poniedziałek, 26 lipca 2010

Czymże nas posolić?

W „Tygodniku Powszechnym”, któremu często zarzucam nierówność, pojawił się świetny tekst. Jego autorem – Michał Rychert, jeden z lepszych polskich teologów-publicystów. Wzmiankuję o artykule nie tylko dlatego, że jest dobry, ale i dlatego, że swoją tematyką wpisuje się w poruszony niedawno na naszym blogu wątek Kościoła katolickiego snów o potędze.

Jest [...] w nas niepohamowana niecierpliwość, aby Królestwo Boże przyszło już teraz. A skoro Bóg się spóźnia – by przejąć inicjatywę, nadać bieg historii zbawienia nie tyle przez ewangeliczne działanie, co na skróty, np. przez odpowiednie ustawodawstwo.

Innymi słowy: choć my sami – chrześcijanie – nie jesteśmy doskonali moralnie i choć do tej doskonałości nam naprawdę daleko (nie wspominając już o tym, że bardzo różnorodnie tę doskonałość rozumiemy), nie wahamy się doskonałości wymagać od „świata”. Narzucamy temu światu – innym ludziom – nasze przekonania moralne (np. w postaci formuł prawnych), sami nie będąc gotowymi na to, by tym przekonaniom nadawać moc i by je ilustrować własnym postępowaniem. W ten sposób nie tylko idziemy na łatwiznę, ale i popadamy w hipokryzję.

Królestwo Boże jest tam, gdzie ludzie w sposób wolny przyjmują prawo Boże jako swoje własne i pozwalają, by kształtowało ich życie. Niewolniczy respekt dla prawa nie przybliży Królestwa. Kościół musi uzbroić się w cierpliwość i zaaprobować wolność ludzi tak, jak czyni to Bóg. […] Kościół ma swoje prawo – to nadane przez Boga. Problem w tym, że nie jest ono przez nas respektowane. Kościół przestał być solą ziemi – nasze życie chrześcijańskie utraciło smak Ewangelii; już nikt nie mówi o chrześcijanach: „patrzcie, jak oni się miłują”. Dlatego potrzebujemy prawdy świadectwa.

Ale czy takie świadectwo jest w polskim Kościele (czy też w Kościele w ogóle) możliwe? Czy możliwe jest we wspólnocie – przynajmniej teoretycznie – tak licznej i tak mocno wewnętrznie zróżnicowanej? Na czym miałoby ono polegać, skoro nawet fundamentalne powołanie do miłości rozumiane bywa w jej obrębie w skrajnie przeciwstawne sposoby?

Ostatecznie należy zadać sobie niezwykle istotne pytanie o to, w jaki sposób ogromna, zhierarchizowana instytucja może świadczyć o jakiejkolwiek prawdzie moralnej. Nie jest to pytanie retoryczne, lecz powrót do ewangelijnego pytania: „Jeśli sól utraci swój smak, to czymże ją posolić?”. No właśnie – czym?

Misza Tomaszewski

Brak komentarzy: