piątek, 22 października 2010

Może to nas otrzeźwi



„Może to nas otrzeźwi” - powiedział Donald Tusk tuż po morderstwie w łódzkim biurze europosła PiS. A ja się zastanawiam, czy chcę dążyć do takiej trzeźwości, do jakiej wzywa nas premier. Cóż z tego, że wezwiemy do porzucenia „języka nienawiści”, że „przestaniemy widzieć w politycznym konkurencie wroga”, że stworzymy „front do walki z nienawiścią”, że znajdziemy winnych i ich napiętnujemy? Prawdziwe problemy, którymi polska polityka od lat się nie zajmuje, znowu dadzą o sobie znać, wyciągając kolejnego trupa z szafy.

Takich politycznych trupów w ostatnim czasie było wiele. Mimo to nadal nie dostrzegamy, że państwo polskie jest nieprofesjonalne i nieudolne do tego stopnia, iż pomimo rozdętej sfery administracji publicznej nie jest w stanie zapewnić stuprocentowego bezpieczeństwa oficjalnej delegacji prawie setki najważniejszych osób w państwie; że w Polsce wciąż istnieją obszary biedy, bylejakości i beznadziei, w których ludzie wsiadają do przepełnionych ponad miarę busów, by w byle jakich warunkach dojechać do byle jakiej pracy - grunt, by przeżyć; nie wszyscy mają jednak to szczęście. Że ta sama bieda tworzy patologie, które mogą popchnąć ludzi do czynów desperackich i szaleńczych („Bieda wyziera z każdego kąta parterowego domku” - przeczytałem w „GW” o domu rodzinnym Ryszarda C., mordercy z Łodzi; ten fragment był niestety dla autorów jedynie barwną ilustracją, a nie ważnym tropem do zrozumienia mentalności sprawcy). Że państwo polskie może ugiąć się przed garstką desperatów okupujących publiczną przestrzeń, a manifestacje z napisem „mohery na stos” mogą uchodzić w szanujących się mediach za „pełne radości, spontaniczne zgromadzenia młodych ludzi, chcących dać wyraz swoim poglądom”.

Język nienawiści w polityce z pewnością jest problemem, którego nie powinniśmy bagatelizować. Sądzę jednak, że pozbycie się go nie zbawi nas ani nie otrzeźwi. Otrzeźwić nas może tylko język polityki - ale takiej prawdziwej, mówiącej o problemach, wyzwaniach, metodach, celach, skutkach i przyczynach. A do takiej trzeźwości potrzeba nam zarówno merytorycznej, rzetelnej opozycji, jak i rządu świadomego problemów i wyzwań, z jakimi trzeba się zmierzyć, oraz realnego politycznego sporu pomiędzy obydwoma tymi podmiotami. Myśląc o tym, jak daleko nam jeszcze do takiego stanu rzeczy, mam raczej ochotę skoczyć na kilka głębszych.

Jan Mencwel

1 komentarz:

Luft pisze...

Wczoraj na zajęciach w moim instytucie prof. Krzemiński (członek Rady Gospodarczej przy premierze) przekonywał, że rząd wobec spirali paranoi PiSu nie może nic innego robić, jak obelgi zbywać milczeniem i odpowiadać, gdy zachodzi taka potrzeba. Wydaje mi się jednak, że Platforma mimo wielu pokojowych kroków wykonanych po 11 IV, jako strona konfliktu ustami Palikota, Niesiołowskiego i kilku innych osób nie tylko „odgryzała się”, ale przyłożyła rękę do niepotrzebnej eskalacji napięcia.
Słowa „Może to nas otrzeźwi” chciałbym rozumieć, jako przyznanie się do błędu, i proponowaną przez Cezarego Michalskiego na stronach Krytyki Politycznej skruchę - wzięcie na siebie odpowiedzialności za wytworzoną atmosferę. Chciałbym, ale boję się, że Tusk wykorzysta zdarzenie tylko, jako okazję do wślizgnięcia się w rolę „ojca narodu”. A wtedy wydarzenia ostatnich dni nic nie zmienią specjalnie naszej sytuacji.
Tym gorzej, że dzieje się to w przededniu wyborów samorządowych, które miał szansę być najmniej upartyjnionymi i najbardziej merytorycznymi od kilku lat.