Jeśli Bóg, to człowiek. Skażony egoizmem w konsekwencji grzechu pierworodnego, ale przecież stworzony na obraz i podobieństwo swojego Stwórcy. Ani dobry, ani zły, będący zawsze gdzieś pośrodku. Na swojej drodze ku Bogu wyposażony nie tylko w nauczanie Kościoła, czasem zbyt skorego do ujednoznaczniania Ewangelii, ale i w sumienie moralne, pełniące funkcję busoli. Jest to busola omylna, dlatego też naszym fundamentalnym obowiązkiem jest jej strojenie – formowanie naszego sumienia, konfrontowanie go z różnymi punktami odniesienia, na pierwszym zaś miejscu z nauczaniem Kościoła. Kościoła, który wciąż powinien starać się o to, by aktualizować swoją zdolność do bycia moralnym drogowskazem dla człowieka, zazwyczaj znajdującego się „pomiędzy”. Który, wystrzegając się wpadnięcia w idealistyczną pułapkę „wszystko albo nic”, formułować powinien program pozytywny, oparty na zasadzie: „Postępujesz źle, ale jeśli uważasz, że tak trzeba, to zwróć przynajmniej uwagę na to, by…”. Nie wolno nam, chrześcijanom, ignorować faktu, że świat, a wraz z nim człowiek, jest niedoskonały. Kościół został założony dla człowieka, który żyje w świecie, nie zaś dla człowieka, który po manichejsku świata się wyrzeka.
Jeśli człowiek, to świat. Świat, który – jak już wspomnieliśmy – nie jest doskonały. Świat, który – jak mogłoby się wręcz wydawać – jest zbudowany z wszelkich możliwych niedoskonałości. Uważamy, że naszym – ludzi, którym względnie się wiedzie – moralnym obowiązkiem jest wiedza o trapiącym ten świat złu. Na świecie jest dość cierpienia, by obciążyć nim sumienia nas wszystkich. Pytanie, czy my, katolicy, jesteśmy gotowi do wzięcia za to swojej cząstki odpowiedzialności. Czy swoje zaangażowanie społeczne gotowi jesteśmy rozumieć jako obowiązek, nie zaś fakultatywną dobroczynność. Myślenie o Drugim – nie tylko tym nienarodzonym, lecz także tym bezdomnym, głodnym czy ubogim – i służenie mu na miarę naszych możliwości nie jest jałmużną, nie jest gestem łaski. Pomyślenie zaś o sobie jako o człowieku, który jest „w porządku”, jest jedną z gorszych rzeczy, jakie mogą przytrafić się chrześcijaninowi.
Jeśli świat, to Kościół. Kościół, który konsekwentnie wyrzeka się ziemskich przywilejów, nawet jeśli możni tego świata oferują mu je na wyścigi. Który próbuje sam siebie ograniczać, pamiętając o tym, że – jak każdemu dziełu współtworzonemu przez człowieka – zagraża mu pycha. Który nie ulega pokusie skorzystania ze sprzyjającej koniunktury politycznej, ponieważ nie rozpatruje swojej misji w politycznych kategoriach. Który wreszcie nie zamyka się w sobie, tracąc w ten sposób wrażliwość społeczną, lecz który potrafi uczynić Ewangelię żywą inspiracją dla człowieka. To jasne, że Ewangelia stanowi nie tylko inspirację, ale i przestrogę, lecz jeśli nie stanie się ona najpierw inspiracją, jeśli ludzie nie uczynią jej najpierw swoją drogą, to i pożytek z niej jako z przestrogi będzie znikomy. Kościół, który jest naszym Kościołem.
Misza Tomaszewski
PS. Zainteresowanych tym, co myślimy o Kościele i świecie, odsyłam do naszych tekstów: Sen o Kościele ubogim i Katolicyzm Fair Trade.
My - najbogatsze społeczeństwa świata, świetnie wyedukowane pokolenia, świadome swoich licznych praw i potężnych możliwości jednostki – z dumą określamy nasz świat Światem Pierwszym, bogatą Północą. I z tej perspektywy obserwujemy siebie i innych. A jeżeli coś jest obce naszej rzeczywistości mówimy, że jest nienormalne. Że jest Trzecim Światem lub Peryferium. Zatem, brak pitnej wody to nienormalność. Powszechny analfabetyzm – nienormalność. Egzystencja za dwa dolary dziennie – nienormalność. Nie wspominając już o różnych rozwiązaniach prawnych, rytuałach religijnych, systemach wartości. Norma to My. Wpatrzeni w siebie, nie zdajemy sobie sprawy, że nasza norma dotyczy malutkiej grupy mieszkańców tej planety, a nienormalność na tym świecie sięga osiemdziesięciu procent. Tu ideologiczny projekt trzecioświatyzmu przychodzi nam z pomocą – sumienia nie obciąża, oka nie smuci, odpowiedzialności nie wzywa.
Czy umiemy bez tej dumy spojrzeć w lustro? Czy umiemy wykrzyczeć, że jesteśmy wyzyskiwaczami? To jest niezbędne. Tak, i ja jestem wyzyskiwaczem. Pośrednio czerpię profity z historycznego, ale i teraźniejszego wyzysku Ich. I nieprawdą jest, że lepiej o tym nie wiedzieć. Wiedza jest moim obowiązkiem, moim minimum, moim zaczynkiem zmian. Inaczej nadal będę tożsamościowym kaleką, przygwożdżonym ciasnotą pierwszoświatowych horyzontów. Przygwożdżonym sytą perspektywą mojej elitarnej normalności. Europejczykiem nazywającym gorszy status i różnorodność nienormalnością, czasem ładniej: egzotyką. Czas na zmiany. Jeżeli nie spróbujemy głębiej poznać Ich, to nie uda nam się odpowiedzialnie zdefiniować Nas. Jesteśmy niepełni. Nie ma „ja” bez „on”. Nie ma Europy, bez Poza Europy. Oto rola tego działu „Kontaktu”.
W Poza Europą tubylec jest człowiekiem. W Poza Europą za tego człowieka jesteśmy po chrześcijańsku odpowiedzialni. W Poza Europą nie używamy względem innych retoryki europejskiego humanistycznego uniwersalizmu. Choć w Poza Europą nadal jesteśmy Europejczykami. W Poza Europą wyrzekamy się europocentrycznej perspektywy. W Poza Europą upodmiotowiamy, tych których Europejczycy poza Europą uprzedmiotowiali. W Poza Europą nie poszukujemy jedynej słusznej prawdy. W Poza Europą pragniemy pokazywać głębie różnorodności. W Poza Europą nie mamy ambicji tłumaczenia świata. W Poza Europą stawiamy zarówno na empatię, jaki i na dialog. W Poza Europą nie boimy się krytykować. W Poza Europą wsłuchujemy się w innych. W Poza Europą nie zadowalamy się prostymi odpowiedziami. W Poza Europą obnażamy wszelkie objawy europocentryzmu, imperializmu, orientalizmu i kolonializmu. W Poza Europą jesteśmy świadomi naszego pozaeuropejskiego dziedzictwa. W Poza Europą jesteśmy zaledwie gośćmi. Poza Europą to miejsce kontaktu.
Paweł Cywiński
Warszawa jest miastem trudnym. Zrujnowana podczas wojny, została odbudowana chaotycznie. Nie ma wyraźnego, przyciągającego mieszkańców centrum, które w naturalny sposób powinno znajdować się w rejonie pustynnego Placu Defilad. Wiele rejonów Warszawy jest wciąż zaniedbanych, a całe miasto ginie, przykryte wielkoformatowymi reklamami. Czarę goryczy przepełniają niedostatki infrastruktury drogowej: mała ilość mostów, uliczne „wąskie gardła” powodujące korki, brak obwodnicy i rozsądnie zaprojektowanych ścieżek rowerowych.
To się prędzej czy później zmieni, ale stolica boryka się z problemem znacznie trudniejszym do rozwiązania niż uliczne korki. Jest nim zanik warszawskiej tożsamości, brak identyfikacji i przywiązania do miejsca, w którym się mieszka. W efekcie mieszkańcy nie czują się gospodarzami swojego miasta, dzielnicy, podwórka i nie chcą brać za nie odpowiedzialności.
Do tego także przyczyniła się wojna: wielu mieszkańców miasta zginęło w Powstaniu, część z tych, którzy przeżyli, nigdy do Warszawy nie wrócili. Rozpoczął się za to gwałtowny napływ ludzi szukających w stolicy lepszych warunków do życia i pracy. Powstało nowe miasto, ale hasło „cały naród buduje swoją stolicę” nie wystarczyło do zbudowania nowej tożsamości jego mieszkańców.
W wolnorynkowej rzeczywistości stolica oczywiście nie przestała przyciągać. Przyjeżdżają tu nie tylko ludzie szukający pracy, ale też ludzie kultury. Ich działalność jest coraz lepiej widoczna, rozwija się kultura szeroko dostępna oraz ta niszowa – Warszawa staje się miastem ciekawym, ale problem pozostaje: żyje tu coraz więcej ludzi, ale wielu z nich wciąż nie czuje się warszawiakami.
Dział „Warszawa” ma pomóc warszawską tożsamość budować. Artykuły poświęcone aktualnym problemom miasta mają pokazywać pozytywne wzorce działania i je promować. Teksty historyczne pozwalają miasto zrozumieć, nadać barwy jego dzisiejszemu, szaremu wizerunkowi. Krótkie formy przybliżają czytelnikowi warszawskie „smaczki” oraz wskazują miejskich bohaterów – miasto staje się bardziej ludzkie i zyskuje oryginalne oblicze, co ułatwia mieszkańcom zidentyfikowanie się z nim.
Cyryl Skibiński