Cyryl Skibiński
Od wielu lat jak mantrę powtarza się, że telewizja publiczna nie realizuje „misji” a swoim programem przypomina stacje wyłącznie komercyjne. Niewiele czasu spędzam przed telewizorem, ale nie trzeba być szczególnie wytrwałym widzem żeby zauważyć, że jest w tym twierdzeniu sporo przesady.
Problem z oceną misyjności stacji polega na tym, że nie do końca wiemy, na czym owa misja miałaby polegać. Pierwszym skojarzeniem jest oczywiście konieczność promowania kultury. No i rzeczywiście, na tym polu dwa pierwsze programy TVP nieszczególnie różnią się od Polsatu czy TVN-u. Emitowane są dokładnie te same, w zdecydowanej większości mało ambitne filmy, a jedyną wyraźną przewagą telewizji publicznej jest niedawno wznowiony Teatr Telewizji. Jednak laur pierwszeństwa zapewnia telewizji z Woronicza fakt, że dwie pierwsze stacje utrzymują TVP Kulturę.
Dużo ciekawszym aspektem tego zagadnienia wydaje mi się społeczna rola telewizji. A na tym polu misyjność TVP jest już naprawdę wyraźna, choć serwowana widzom w nieco zakamuflowanej formie. Chodzi oczywiście o przekaz społeczny i kulturotwórczą (w sensie cywilizacyjnym) rolę seriali. Widzowie utożsamiając się ze swoimi ulubionymi bohaterami, oglądając wnętrza ich mieszkań oraz śledząc ich tryb życia skłonni są przejmować przedstawiane w serialu wzorce.
Doskonałym przykładem świadomie dydaktycznego ale zabawnego i nie natrętnego serialu jest „Ranczo”. Od sześciu lat możemy oglądać na różnych kanałach TVP perypetie mieszkańców jednej z podlaskich wsi (filmowe Wilkowyje) i z rosnącym sercem kibicować zachodzącym we wsi zmianom. Przez ten czas wielu bohaterom udało się przełamać przygniatający ich początkowo marazm: pani sklepowa wykazała się przedsiębiorczością i założyła kilka nowych punktów w okolicy; mama wielodzietnej rodziny, asystując dzieciom w odrabianiu lekcji, mimochodem sama nauczyła się angielskiego, dzięki czemu może dorabiać, pomagając innym mieszkańcom miasteczka; żona pijaka spod sklepu założyła własny interes i zatrudniła w nim męża, jako… ochroniarza. To tylko kilka przykładów, ale przesłanie jest jasne: „Ranczo” ma inspirować widzów do brania spraw w swoje ręce i przekonywać, że wszystko może zmienić się na lepsze (ciekawe, że aktywną rolę przypisuje się tu głownie kobietom).
Pisząc o misyjności TVP nie twierdzę oczywiście, że seriale emitowane przez inne stacje pozbawione są kulturotwórczej roli. Jednak większość produkcji TVP adresowana jest do innej grupy widzów – klasy średniej, mieszkańców wsi i małych miasteczek (stąd konieczność dowartościowania roli kobiety) – o których życiu i perypetiach opowiadają takie seriale jak „Klan”, „Plebania” czy „Ranczo”, niż seriale produkowane dla TVN-u. Te dotyczą głównie losów najzamożniejszej i dobrze wykształconej części klasy średniej – „Kasia i Tomek”, „Brzydula”, „Szpilki na Giewoncie” – i zazwyczaj pozbawione są zacięcia dydaktycznego a ich kulturotwórcza rola ogranicza się do rozbudzania w widzach aspiracji konsumenckich i budowania wzorców estetycznych czy to w kwestii wystroju mieszkania, ubioru czy fryzury. Wymiaru „estetyzacyjnego” nie pozbawione są zresztą także seriale „Dwójki”, w których oglądamy zawsze wysprzątane mieszkania i czyste wiejskie obejścia. Zwrócił na to uwagę prof. Roch Sulima („Kontakt” 15/2010: Ład nie ład, s. 6–13), nie oceniając zresztą tego zjawiska jednoznacznie pozytywnie.
Seriale mogą także uwrażliwiać widzów na problemy społeczne, pomagać w przełamywaniu negatywnych stereotypów i rozbudzać zdolność empatii. Do tej pory chyba jedynym do tego stopnia zaangażowanym społecznie serialem był TVN-owski tasiemiec sądowy „Sędzia Anna Maria Wesołowska”. Sędzina Wesołowska (która rzeczywiście jest praktykującym sędzią) pozwala widzowi obserwować złożoność wielu postępowań i wyroków, ułatwia uświadomienie sobie trudności w dokonaniu sprawiedliwej oceny zdarzenia i złożoności przyczyn (także społecznych), które doprowadziły do przestępstwa. Dzięki temu tępi się ostrze społecznej pogardy wymierzone w osoby skazane, co umożliwia na przykład budowanie przychylniejszego nastawienia społeczeństwa do kwestii resocjalizacji więźniów (i łożenia na ten cel publicznych pieniędzy).
Także TVP podjęło się niedawno realizowania podobnie ambitnej misji społecznej i od grudnia minionego właśnie roku emituje serial „Głęboka woda”, którego akcja skupia się na działaniu Ośrodka Pomocy Społecznej. Reżyserką i współautorką scenariusza jest Magdalena Łazarkiewicz, a produkcję w dużej części finansował Europejski Fundusz Społeczny. Jako, że pokazano już pięć z trzynastu odcinków serialu, sądzę, że można pokusić się o jego krótkie omówienie.
Głównym bohaterem „Głębokiej wody” jest nowy dyrektor OPS (Marcin Dorociński znany z roli ubeka-macho w „Rewersie”) słynący z niekonwencjonalnych metod i - w razie potrzeby - niezbyt skrupulatnego przestrzegania regulaminu. Partneruje mu Mika (Katarzyna Maciąg), młoda, ideowa pracownica ośrodka oraz pozostali pracownicy, miedzy innymi niedoszła zakonnica czy gryzipiórek bez powołania. Muszę przyznać, że zazwyczaj z trudem znoszę grę aktorów w polskich serialach (ponoć narzekają na nich nawet scenarzyści, ponieważ aktorzy bywają tak zajęci graniem w reklamach i innych produkcjach, że często nie maja kiedy nauczyć się dialogów i kładą je, serwując ich skrajnie uproszczoną wersję). Tutaj początkowo nie było inaczej, ale szybko udało mi się przyzwyczaić i gra aktorska przestała mnie razić. Na pochwałę zasługuje zresztą gra większości, zmieniających się w każdym odcinku, aktorów drugoplanowych. A nie mają łatwych ról, bo zazwyczaj grają zrozpaczonych, przegranych ludzi, a w cierpiętnictwie łatwo przesadzić.
„Głęboka woda” z założenia jest serialem z misją. Jednym z zadań, jakie autorzy przed sobą postawili (Magdalena Łazarkiewicz mówi o tym w wywiadzie zamieszczonym na stronie serialu) było odczarowanie negatywnego obrazu instytucji Pomocy Społecznej. Czy udało się to zrobić? W moim odczuciu tak. Czy problemy i funkcjonowanie tego typu ośrodków zostało przedstawione realistycznie? Nie umiem tego ocenić, ale komentarze pracowników OPS-ów i MOP-sów na forum podpiętym pod stronę serialu są pod tym względem krytyczne.
Na szczęście problem społecznego odbioru opieki społecznej ma znaczenie co najmniej drugorzędne. To, co stanowi największą wartość serialu, to, jak mi się wydaje, realistyczne i odarte z uproszczeń przedstawienie życia osób spychanych na społeczny margines. Bohaterowie są przekonujący psychologicznie a ich problemy wydają się nie być wydumane. Każdy odcinek porusza konkretne zagadnienie: niszczący ostracyzm jakiemu poddane są osoby opuszczające więzienie i ich rodziny; trudność przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie; skutki ukrywania i nie leczenia alkoholizmu przez jednego z członków rodziny (przedstawione na przykładzie tak zwanego dobrego, inteligenckiego domu); trudność z przyjmowaniem pomocy; zbyt łatwą oceną potrzeb ludzi ubogich często uznawanych za niezrozumiałą, z punktu widzenia człowieka „dobrze ustawionego”, fanaberię itd.
„Głęboka woda” ma swoje tempo i trzyma w napięciu. Być może rezygnacja (świadoma?) z realnego przedstawienia pracy OPS-u, usensacyjnienie jej, było warunkiem, bez którego serialu nie dało by się oglądać z zapartym tchem (a co najmniej z dreszczykiem). W kazdym razie całość robi wrażenie, przesłanie jest klarowne, można zatem uznać, że telewizja publiczna po raz kolejny z sukcesem realizuje swoją społeczna misję. Jako, że autorzy nowego serialu postawili przed sobą fenomenalnie ważne zadanie, to mimo warsztatowych niedociągnięć, gorąco go polecam. Wydaje mi się po prostu, że dość skutecznie oducza łatwego ferowania jednoznacznych, krzywdzących ocen zachowań ludzi, których życie znamy wyłącznie ze statystyk policyjnych.
Od wielu lat jak mantrę powtarza się, że telewizja publiczna nie realizuje „misji” a swoim programem przypomina stacje wyłącznie komercyjne. Niewiele czasu spędzam przed telewizorem, ale nie trzeba być szczególnie wytrwałym widzem żeby zauważyć, że jest w tym twierdzeniu sporo przesady.
Problem z oceną misyjności stacji polega na tym, że nie do końca wiemy, na czym owa misja miałaby polegać. Pierwszym skojarzeniem jest oczywiście konieczność promowania kultury. No i rzeczywiście, na tym polu dwa pierwsze programy TVP nieszczególnie różnią się od Polsatu czy TVN-u. Emitowane są dokładnie te same, w zdecydowanej większości mało ambitne filmy, a jedyną wyraźną przewagą telewizji publicznej jest niedawno wznowiony Teatr Telewizji. Jednak laur pierwszeństwa zapewnia telewizji z Woronicza fakt, że dwie pierwsze stacje utrzymują TVP Kulturę.
Dużo ciekawszym aspektem tego zagadnienia wydaje mi się społeczna rola telewizji. A na tym polu misyjność TVP jest już naprawdę wyraźna, choć serwowana widzom w nieco zakamuflowanej formie. Chodzi oczywiście o przekaz społeczny i kulturotwórczą (w sensie cywilizacyjnym) rolę seriali. Widzowie utożsamiając się ze swoimi ulubionymi bohaterami, oglądając wnętrza ich mieszkań oraz śledząc ich tryb życia skłonni są przejmować przedstawiane w serialu wzorce.
Doskonałym przykładem świadomie dydaktycznego ale zabawnego i nie natrętnego serialu jest „Ranczo”. Od sześciu lat możemy oglądać na różnych kanałach TVP perypetie mieszkańców jednej z podlaskich wsi (filmowe Wilkowyje) i z rosnącym sercem kibicować zachodzącym we wsi zmianom. Przez ten czas wielu bohaterom udało się przełamać przygniatający ich początkowo marazm: pani sklepowa wykazała się przedsiębiorczością i założyła kilka nowych punktów w okolicy; mama wielodzietnej rodziny, asystując dzieciom w odrabianiu lekcji, mimochodem sama nauczyła się angielskiego, dzięki czemu może dorabiać, pomagając innym mieszkańcom miasteczka; żona pijaka spod sklepu założyła własny interes i zatrudniła w nim męża, jako… ochroniarza. To tylko kilka przykładów, ale przesłanie jest jasne: „Ranczo” ma inspirować widzów do brania spraw w swoje ręce i przekonywać, że wszystko może zmienić się na lepsze (ciekawe, że aktywną rolę przypisuje się tu głownie kobietom).
Pisząc o misyjności TVP nie twierdzę oczywiście, że seriale emitowane przez inne stacje pozbawione są kulturotwórczej roli. Jednak większość produkcji TVP adresowana jest do innej grupy widzów – klasy średniej, mieszkańców wsi i małych miasteczek (stąd konieczność dowartościowania roli kobiety) – o których życiu i perypetiach opowiadają takie seriale jak „Klan”, „Plebania” czy „Ranczo”, niż seriale produkowane dla TVN-u. Te dotyczą głównie losów najzamożniejszej i dobrze wykształconej części klasy średniej – „Kasia i Tomek”, „Brzydula”, „Szpilki na Giewoncie” – i zazwyczaj pozbawione są zacięcia dydaktycznego a ich kulturotwórcza rola ogranicza się do rozbudzania w widzach aspiracji konsumenckich i budowania wzorców estetycznych czy to w kwestii wystroju mieszkania, ubioru czy fryzury. Wymiaru „estetyzacyjnego” nie pozbawione są zresztą także seriale „Dwójki”, w których oglądamy zawsze wysprzątane mieszkania i czyste wiejskie obejścia. Zwrócił na to uwagę prof. Roch Sulima („Kontakt” 15/2010: Ład nie ład, s. 6–13), nie oceniając zresztą tego zjawiska jednoznacznie pozytywnie.
Seriale mogą także uwrażliwiać widzów na problemy społeczne, pomagać w przełamywaniu negatywnych stereotypów i rozbudzać zdolność empatii. Do tej pory chyba jedynym do tego stopnia zaangażowanym społecznie serialem był TVN-owski tasiemiec sądowy „Sędzia Anna Maria Wesołowska”. Sędzina Wesołowska (która rzeczywiście jest praktykującym sędzią) pozwala widzowi obserwować złożoność wielu postępowań i wyroków, ułatwia uświadomienie sobie trudności w dokonaniu sprawiedliwej oceny zdarzenia i złożoności przyczyn (także społecznych), które doprowadziły do przestępstwa. Dzięki temu tępi się ostrze społecznej pogardy wymierzone w osoby skazane, co umożliwia na przykład budowanie przychylniejszego nastawienia społeczeństwa do kwestii resocjalizacji więźniów (i łożenia na ten cel publicznych pieniędzy).
Także TVP podjęło się niedawno realizowania podobnie ambitnej misji społecznej i od grudnia minionego właśnie roku emituje serial „Głęboka woda”, którego akcja skupia się na działaniu Ośrodka Pomocy Społecznej. Reżyserką i współautorką scenariusza jest Magdalena Łazarkiewicz, a produkcję w dużej części finansował Europejski Fundusz Społeczny. Jako, że pokazano już pięć z trzynastu odcinków serialu, sądzę, że można pokusić się o jego krótkie omówienie.
Głównym bohaterem „Głębokiej wody” jest nowy dyrektor OPS (Marcin Dorociński znany z roli ubeka-macho w „Rewersie”) słynący z niekonwencjonalnych metod i - w razie potrzeby - niezbyt skrupulatnego przestrzegania regulaminu. Partneruje mu Mika (Katarzyna Maciąg), młoda, ideowa pracownica ośrodka oraz pozostali pracownicy, miedzy innymi niedoszła zakonnica czy gryzipiórek bez powołania. Muszę przyznać, że zazwyczaj z trudem znoszę grę aktorów w polskich serialach (ponoć narzekają na nich nawet scenarzyści, ponieważ aktorzy bywają tak zajęci graniem w reklamach i innych produkcjach, że często nie maja kiedy nauczyć się dialogów i kładą je, serwując ich skrajnie uproszczoną wersję). Tutaj początkowo nie było inaczej, ale szybko udało mi się przyzwyczaić i gra aktorska przestała mnie razić. Na pochwałę zasługuje zresztą gra większości, zmieniających się w każdym odcinku, aktorów drugoplanowych. A nie mają łatwych ról, bo zazwyczaj grają zrozpaczonych, przegranych ludzi, a w cierpiętnictwie łatwo przesadzić.
„Głęboka woda” z założenia jest serialem z misją. Jednym z zadań, jakie autorzy przed sobą postawili (Magdalena Łazarkiewicz mówi o tym w wywiadzie zamieszczonym na stronie serialu) było odczarowanie negatywnego obrazu instytucji Pomocy Społecznej. Czy udało się to zrobić? W moim odczuciu tak. Czy problemy i funkcjonowanie tego typu ośrodków zostało przedstawione realistycznie? Nie umiem tego ocenić, ale komentarze pracowników OPS-ów i MOP-sów na forum podpiętym pod stronę serialu są pod tym względem krytyczne.
Na szczęście problem społecznego odbioru opieki społecznej ma znaczenie co najmniej drugorzędne. To, co stanowi największą wartość serialu, to, jak mi się wydaje, realistyczne i odarte z uproszczeń przedstawienie życia osób spychanych na społeczny margines. Bohaterowie są przekonujący psychologicznie a ich problemy wydają się nie być wydumane. Każdy odcinek porusza konkretne zagadnienie: niszczący ostracyzm jakiemu poddane są osoby opuszczające więzienie i ich rodziny; trudność przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie; skutki ukrywania i nie leczenia alkoholizmu przez jednego z członków rodziny (przedstawione na przykładzie tak zwanego dobrego, inteligenckiego domu); trudność z przyjmowaniem pomocy; zbyt łatwą oceną potrzeb ludzi ubogich często uznawanych za niezrozumiałą, z punktu widzenia człowieka „dobrze ustawionego”, fanaberię itd.
„Głęboka woda” ma swoje tempo i trzyma w napięciu. Być może rezygnacja (świadoma?) z realnego przedstawienia pracy OPS-u, usensacyjnienie jej, było warunkiem, bez którego serialu nie dało by się oglądać z zapartym tchem (a co najmniej z dreszczykiem). W kazdym razie całość robi wrażenie, przesłanie jest klarowne, można zatem uznać, że telewizja publiczna po raz kolejny z sukcesem realizuje swoją społeczna misję. Jako, że autorzy nowego serialu postawili przed sobą fenomenalnie ważne zadanie, to mimo warsztatowych niedociągnięć, gorąco go polecam. Wydaje mi się po prostu, że dość skutecznie oducza łatwego ferowania jednoznacznych, krzywdzących ocen zachowań ludzi, których życie znamy wyłącznie ze statystyk policyjnych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz