poniedziałek, 26 września 2011

Nowa twarz Slowdown Records


Tomek Kaczor

Kiedy kilka lat temu Maciek Trifonidis Bielawski założył swoje Slowdown Records, pierwszą płytą, jaką wydał, był album zespołu Kerd Swobodna wymiana. Jednak dziewięć kolejnych płyt firmowanych logiem Slowdown to już same projekty Trifonidisa, m.in. Tricphonix, Trifonidis Orchestra, Trifonidis Free Orchestra, Tricphonix Street Band... I choć bez wątpienia są one zróżnicowane formalnie, to jednak osoba i wrażliwość Maćka silnie wiązała wszystkie te wydawnictwa, nadając im pewien wspólny mianownik. Co uważniejszy słuchacz mógł nawet wychwycić te same motywy muzyczne, pojawiające się na różnych płytach.

Ostatnie kuszenie Chrystusa - recenzja


Maciek Onyszkiewicz

Jezus posiadał dwie natury. Był w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Czytając Ewangelie łatwo o tym zapomnieć, bo swoją ludzką słabość okazuje wyraźnie zaledwie w kilku fragmentach Pisma. To właśnie w ich kontekście trzeba czytać Biblię.

Ostatnie kuszenie Chrystusa, film Martina Scorsese z 1988 roku, oparty na powieści Nikosa Kazantzakisa, obejrzałem raczej z ciekawości kontrowersji, które wywołał w kręgach kościelnych i wśród wiernych, niż z nadzieją na jakąkolwiek inspirację. Choć reżyser na samym początku podkreśla, że film nie jest ekranizacją Biblii, tylko powieści Kazantzakisa (wystarczy pobieżna znajomość Pisma, by z łatwością rozpoznać, które sceny są próbą przekazania historii zapisanej w Ewangelii, a które są wariacją reżysera na jej temat), wielu ludzi poczuło się tym obrazem bardzo dotkniętych. Do tego stopnia, że wkrótce po premierze płonęły nawet niektóre kina, które zdecydowały się wyświetlać film.

poniedziałek, 19 września 2011

Rodzinna Europa dzisiaj, czyli kilka refleksji na temat polskiego katolicyzmu

Karol Stefańczyk


Wymieniając we wstępie powody napisania Rodzinnej Europy, Miłosz pisze: „Tak więc pierwszym ziarnem była chęć, żeby przybliżyć Europę Europejczykom”. Dalej jednak precyzuje swoje zamiary – okazuje się, że chodzi o „Europejczyka wschodniego”, urodzonego na początku XX wieku, takiego, który „mniej niż ktokolwiek mieści się w stereotypowych pojęciach niemieckiego porządku i rosyjskiej âme slave”. Cóż, rzecz, wydawałoby się, atrakcyjna, szczególnie w przypadku badania różnych mechanizmów i zachowań społecznych rządzących naszym regionem w minionym stuleciu. Czy jednak Rodzinna Europa ma coś do zaoferowania, gdy mówimy o wieku XXI? Zważywszy na fakt, że książka ta ukazała się ponad pięćdziesiąt lat temu, chciałoby się rzec, że niezbyt. A jednak. Miłosz, choć nieustannie przypominał nam o swojej fascynacji Heraklitem, napisał dzieło, które czytane dziś, zostawia w wielu miejscach wrażenie powtarzalności, pewne déjà vu.

Stronice Rodzinnej Europy powinny dać wiele do myślenia zwłaszcza katolikom. To zadziwiające, że już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku (a może nawet wcześniej) Miłosz wskazywał na demony, które targają polskim społeczeństwem także w wieku XXI. Przypominając sobie postaci prefekta Chomika („Pewnie nie miał wielu złudzeń. Ale nie mieli ich i jego poprzednicy, nawracający mieczem heretyków”) i nauczyciela łaciny Rożka („Promieniowała z niego optymistyczna wiara w rozum ludzki, w zdolność do zespołowych osiągnięć i w postęp”), między którymi w szkole musiał wybierać młody Miłosz, zestawiłem je z bohaterami internetowej gry „Vatican Wars”, o której pisał w „Kontakcie” Ignacy Dudkiewicz. A więc z jednej strony templariusze, „strażnicy prawdziwej wiary”, z drugiej zaś krzyżacy, „nowocześni i otwarci”. I choć „Watykańskie Wojny” nie są produktem polskim, zbyt wiele z takiego uproszczonego obrazu obecne jest w nauczaniu rodzimych księży i argumentacji liberalnych środowisk, by zignorować ten fakt. Boli to, że pomimo upływu dziesiątek lat krzywdząca, dwutorowa wizja świata nie zniknęła. Zbyt wyraźnie zaznacza się ją z ambon, z mównicy sejmowej. Albo wybieramy drogę Chomika, albo paktujemy z Rożkiem – zdają się mówić elity polityczne i duchowieństwo. Człowiek, który nie akceptuje ani jednego, ani drugiego, zostaje z poczuciem osamotnienia.

Miesięcznik „W drodze” o niepełnosprawności

Tomek Kaczor

Ostatni numer miesięcznika „W drodze” dotyczy niepełnosprawności. Pytanie, a właściwie teza, jaką postawiono autorom brzmi: „silny potrzebuje słabego”.

Miesięcznik otwiera wywiad z Tadeuszem Sobolewskim, który mówi o życiu z córką Celą, która 22 lata temu przyszła na świat z zespołem Downa. Ciepła i pozytywna rozmowa opowiada o tym, jak w życiu rodziny Sobolewskich to „pozornie bardzo dramatyczne doświadczenie, przyniosło wiele dobrego”. Pokazuje też, jak bardzo w ciągu tych 22 lat zmieniło się w podejściu polskiego społeczeństwa do inności, niepełnosprawności, nienormalności: „Kiedy Cela się urodziła, lekarze oznajmili to żonie z taką miną, jakby kompromitowała szpital, jakby to im psuło jakąś statystykę, z pretensją”.

Polska w lustrze CNN

W ostatnim tygodniu CNN pokazał film i serię materiałów o współczesnej Polsce w tygodniowym cyklu „Eye on…”. Doświadczenie sprzed siedmiu lat spowodowało, że miałem wobec „Eye on Poland” spore oczekiwania, a poza tym byłem niezmiernie ciekaw jak nas za Atlantykiem postrzegają i co twórcy filmu uznają za godne pokazania międzynarodowemu odbiorcy. W telewizji udało mi się obejrzeć tylko półgodzinny film o Polsce i na nim się skupię, bo drobniejsze materiały (przynajmniej część) dostępne są na stronie CNN.

poniedziałek, 12 września 2011

Kto tworzy getto?



Ignacy Dudkiewicz

Rozpoczął się rok szkolny. W tym roku, decyzją Konferencji Episkopatu Polski, po raz pierwszy obchodzimy Tydzień Wychowania. Słuszne i szczytne, by zwracać uwagę na duchowy wymiar wychowania, promować jego chrześcijański model… Czym się taki model wyróżnia? Tego dokładnie nie wie nikt, różnic w chrześcijańskich wersjach wychowania tyle, co w całym Kościele. Stąd tym bardziej obiecująco brzmi zapowiedź biskupów, którzy w swoim pasterskim liście z tej okazji, wyrazili nadzieję, że Tydzień Wychowania będzie okazją „do głębszego zastanowienia się nad różnymi aspektami tak bardzo złożonej problematyki wychowawczej”.

Oto jak kończy się życie milionów ludzi rocznie


Paweł Cywiński

Początek XXI wieku. Każdego dnia umiera śmiercią głodową tyle dzieci, ile rodzi się w warszawskich szpitalach przez okrągły rok. Każdego tygodnia na świecie umiera z głodu liczba ludności odpowiadająca wszystkim mieszkańcom Żoliborza i Śródmieścia. W ciągu najbliższych dwóch miesięcy z głodu umrze tyle ludzi, ile zamieszkuje całą Warszawę. Gdyby w analogiczny sposób przedstawić ilość wszystkich głodujących, to musielibyśmy zmieścić obok siebie pięćset pięćdziesiąt miast porównywalnych z Warszawą.

Ta czasoprzestrzeń głodu to zwykłe dane statystyczne. Bardzo łatwo dostępne, uaktualniane z roku na rok, nie obejmujące żadnych kataklizmów, susz i klęsk głodowych. Wraz z kataklizmami rozmiar byłby wielokroć większy.

poniedziałek, 5 września 2011

Sztuka wojny, Sarajewo 2011


Katarzyna Kucharska

Akcja obu powieści Nenada Veličkovicia toczy się w Sarajewie. „Koczownicy” to opowieść o oblężeniu miasta z perspektywy tymczasowych mieszkańców miejskiego muzeum. „Sahib”, powieść epistolarna, której fabułę tworzą maile pisane przez pracownika organizacji międzynarodowej do swojego chłopaka. Z lektury obu wynika, że Sarajewo końca XX wieku żyje wciąż dwoma wydarzeniami: Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi (1984) i wojną domową (1992-95). Potwierdza to spacer po współczesnym Sarajewie. Wystarczy omieść wzrokiem ściany szczytowe kamienic i fasady bloków.

Zacząć od siebie



Ignacy Dudkiewicz

W niedzielne popołudnie pod bezchmurnym niebem spotkaliśmy się pod pomnikiem w Jedwabnem. My, czyli Gmina Wyznaniowa Żydowska w Warszawie, Klub Inteligencji Katolickiej, oraz ważne osoby dialogu polsko- i chrześcijańsko-żydowskiego, które odpowiedziały na zaproszenie. Byliśmy tam, by w odpowiedzi na zniszczenie pomnika, wołać o pojednanie.

Nie było z nami mieszkańców Jedwabnego, ani proboszcza tamtejszej parafii. Jak powiedział Piotr Kadlcik, przewodniczący GWŻ, to miasto miało pecha. Bogdan Białek dodawał z całą mocą, że obecni mieszkańcy Jedwabnego nie są odpowiedzialni za tę zbrodnię. Rany, mimo upłynięcia siedemdziesięciu lat od spłonięcia stodoły i dziesięciu od odsłonięcia pomnika, wciąż są niezabliźnione. Stygmat boli.