Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poza Europą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poza Europą. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 listopada 2011

Wywiad o Wenezueli z Simonem Aberto Consalvim


Rozmowa Pawła Zerki z Simonem Aberto Consalvim, opozycjonistą, redaktorem naczelnym najważniejszego wenezuelskiego dziennika El Nacional, dziennikarzem, historykiem i politykiem, dwukrotnym Ministrem Spraw Zagranicznych (1977-79 i 1985-88), a także Ambasadorem w Jugosławii, Stanach Zjednoczonych i przy ONZ w okresie, gdy Wenezuela była członkiem Rady Bezpieczeństwa.



Wenezuela to kraj pełen paradoksów. Nie wiadomo, czy jest bardziej demokracją, czy dyktaturą; czy jest bogata, czy biedna. Czy da się ją porównać do jakiegokolwiek innego kraju?

Niektórzy pewnie uznają mnie za szaleńca, ale uważam, że Wenezuela pod wieloma względami przypomina Związek Radziecki. Gdy w latach siedemdziesiątych, w wyniku wojny Jom Kipur, nieoczekiwanie poszybowały ceny ropy naftowej na światowych rynkach, zarówno ZSRR, jak i Wenezuela, mogły sobie pozwolić na sfinansowanie dobrobytu i na nieograniczone wydatki publiczne. Jednak gdy w 1986 r. ceny ropy drastycznie spadły, rozpoczęła się dekadencja ZSRR, a demokracja wenezuelska popadła w kryzys. W 1991 r. Gorbaczow musiał powiedzieć swoim rodakom, że to koniec ZSRR. Dlaczego do tego doszło? Bo niskie ceny ropy nie pozwalały już Rosjanom importować żywności, a ZSRR uzależniony był od produktów importowanych.

Ta sama historia powtarza się w przypadku Wenezueli Hugo Chaveza, uzależnionej w 90% od żywności importowanej. Co prawda, ceny ropy są dzisiaj dużo wyższe niż w latach dziewięćdziesiątych, przekraczają 100 dolarów. Niemniej zobowiązania finansowe Wenezueli za granicą są tak olbrzymie, że gdyby nagle ceny ropy spadły, Wenezuela nie miałaby za co się wyżywić. Stałoby się z nią dokładnie to samo co z ZSRR. Mielibyśmy do czynienia z ogólnym upadkiem całego państwa. Na tym polega problem wielu państw naftowych, które uzależniają swoje funkcjonowanie od wpływów z eksportu ropy, nie dbając o pozostałe sektory gospodarki.

poniedziałek, 31 października 2011

Kolumbia, państwo upadłe?

Fernando Botero: Massacre in Colombia, 1999
Paweł Zerka

W Kolumbii panuje przeświadczenie, że przyczyną konfliktu zbrojnego jest słabość struktur państwa. Trzeba jednak uważać: koncepcja „państwa upadłego” nie tylko odwraca uwagę od specyfiki tutejszego konfliktu, ale też skrywać może niebezpieczne cele polityczne.

W Bogocie czy Medellin, jeśli ma się szczęście, można czuć się jak na Zachodzie. Nie brakuje tu wysokiej jakości uczelni, ekskluzywnych sklepów, znakomitych restauracji i teatrów. W obu miastach działa nowoczesna komunikacja publiczna, a w komercyjnych dzielnicach panuje taka sama atmosfera, jak w Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku. Ci, którzy żyją w zamkniętych osiedlach, a pracują w luksusowych wieżowcach, do których dojeżdżają taxi lub własnymi 4x4, mogą z powodzeniem zapomnieć o tym, że w ich kraju cały czas, od ponad pół wieku, toczy się krwawa wojna domowa.

poniedziałek, 12 września 2011

Oto jak kończy się życie milionów ludzi rocznie


Paweł Cywiński

Początek XXI wieku. Każdego dnia umiera śmiercią głodową tyle dzieci, ile rodzi się w warszawskich szpitalach przez okrągły rok. Każdego tygodnia na świecie umiera z głodu liczba ludności odpowiadająca wszystkim mieszkańcom Żoliborza i Śródmieścia. W ciągu najbliższych dwóch miesięcy z głodu umrze tyle ludzi, ile zamieszkuje całą Warszawę. Gdyby w analogiczny sposób przedstawić ilość wszystkich głodujących, to musielibyśmy zmieścić obok siebie pięćset pięćdziesiąt miast porównywalnych z Warszawą.

Ta czasoprzestrzeń głodu to zwykłe dane statystyczne. Bardzo łatwo dostępne, uaktualniane z roku na rok, nie obejmujące żadnych kataklizmów, susz i klęsk głodowych. Wraz z kataklizmami rozmiar byłby wielokroć większy.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Manifest redaktora działu Poza Europą


Dziś na świecie żyje siedem miliardów mieszkańców. Półtora miliarda ludzi oraz pięć i pół miliardów tubylców. Rozróżnienie jest proste. Pierwsi to My, drudzy to Oni. Choć w zasadzie wokoło jesteśmy wyłącznie My. Trudno dokładnie powiedzieć gdzie są Oni. Gdzieś na pewno. Gdzieś poza Europą. Ale gdzie dokładnie – nie wiemy. A ta nasza niewiedza Ich dotycząca jest wyjątkowo nam wygodna. Ktoś wie, gdzie leży Kiribati lub Gujana? A po co miałby wiedzieć.

My - najbogatsze społeczeństwa świata, świetnie wyedukowane pokolenia, świadome swoich licznych praw i potężnych możliwości jednostki – z dumą określamy nasz świat Światem Pierwszym, bogatą Północą. I z tej perspektywy obserwujemy siebie i innych. A jeżeli coś jest obce naszej rzeczywistości mówimy, że jest nienormalne. Że jest Trzecim Światem lub Peryferium. Zatem, brak pitnej wody to nienormalność. Powszechny analfabetyzm – nienormalność. Egzystencja za dwa dolary dziennie – nienormalność. Nie wspominając już o różnych rozwiązaniach prawnych, rytuałach religijnych, systemach wartości. Norma to My. Wpatrzeni w siebie, nie zdajemy sobie sprawy, że nasza norma dotyczy malutkiej grupy mieszkańców tej planety, a nienormalność na tym świecie sięga osiemdziesięciu procent. Tu ideologiczny projekt trzecioświatyzmu przychodzi nam z pomocą – sumienia nie obciąża, oka nie smuci, odpowiedzialności nie wzywa.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dlaczego nie lubię Lonely Planet?

Przewodnik Lonely Planet
po całym kontynencie Afrykańskim.
Edycja: 12; Objętość: 1216 stron

Przewodniki Lonely Planet nazywane są „biblią backpackersów”. Rozpoznawalne z daleka granatowe okładki, strony pokryte drobnymi notatkami, im brudniejsze od trudów podróży, tym większy wzbudzają szacunek. Po powrocie stanowią wartość sentymentalną – są najwspanialszą pamiątką, dowodem przebytej trasy, podróżniczym trofeum. Uważaj. Padłeś ofiarą propagandy.

Korporacja

Atrakcja stała się towarem. Trzeba ją wypromować, ładnie zapakować i kompleksowo sprzedać. Jeżeli jej brak, trzeba ją wykreować. Dzisiejsza turystka jest zakładnikiem wielkich korporacji przemysłu rozrywkowego. Zainteresowanie zwiedzających jest w pełni kontrolowane, liczy się tylko to, z jakimi wspomnieniami wrócisz z wyjazdu. Korporacje zrobią wszystko, abyś przekraczając próg domu, planował już przyszłoroczny wyjazd. Rola przewodnika w tym procesie jest niezwykle istotna. Dzisiaj backpackersi stali się pożądanymi klientami. Można na nich dobrze zarobić.

poniedziałek, 11 lipca 2011

O niespodziewanym skutku niepodległości Sudanu Południowego


Czyżby dotychczasowe mapy się zdezaktualizowały? W sobotę Sudan oficjalnie podzielił się – narodziła się Republika Południowego Sudanu. W nowej stolicy – Dżubie – wszyscy się cieszą, świętują i wiwatują ku chwale nowej ojczyzny. Jednakże gdy opadnie już kurz świątecznej euforii, trzeba będzie na nowo spojrzeć na całą Afrykę. Przełamano pewne polityczne tabu. Rządy większości krajów świata uznając nowe afrykańskie państwo, podważyły kardynalną zasadę nienaruszalności granic kolonialnych w postkolonialnej Afryce. I nikt nie wie, jakie będą tego skutki. Jedno jest pewne: nie warto kupować jeszcze nowej mapy świata. Niewykluczone bowiem, że w następstwie uznane zostanie niedługo następne afrykańskie państwo – Republika Somalilandu.

niedziela, 12 czerwca 2011

Jak Indus w Europie

Przesuwający się po podłodze, ze schorowanymi nogami żebracy, żeby zwrócić uwagę na swoją niedolę dotykali siedzących w wagonach swoimi chorymi członkami, a przechodzący transwestyci z ostrym makijażem na twarzy podstawiali proszące dłonie pod nos i zalotnie zaczepiali dotykając głowy i ramion siedzących. Ci ostatni, na ogół chodzący grupami, choć w pociągu byli najbardziej natarczywi i tak w swoim uparciu przegrywali z dziećmi na dworcu. Te potrafiły za jedną osobą w milczeniu chodzić nawet po kilkanaście minut.

poniedziałek, 30 maja 2011

Mit Annapurna Sanctuary - Europejczyka droga na szczyt

Dla przeciętnego Europejczyka Nepal to góry. Reszta go nie interesuje, reszty nie rozumie, reszta jest tylko akompaniamentem. On tam jedzie się wspinać, osiągać szczyty, okiełznać Himalaje. Im dotrze wyżej, dalej, niebezpieczniej, tym bardziej jest z siebie zadowolony. Staje się kimś wyjątkowym. Wszak nie każdy widział Mount Everest czy wszedł na Annapurna Sanctuary – wysoko leżący płaskowyż otoczony ze wszystkich stron przez szczyty, w tym te należące do masywu Annapurny. Jemu to się udało. Stał się zdobywcą, stając się tym samym częścią mitu. Będąc u celu odprawił rytuał - obejrzał panoramę o wschodzie słońca. Zadumał się. Na koniec zapozował do autoportretu z Annapurną w tle. Wszak jej miejscem w tej bajce jest wyłącznie tło. Po śniadaniu, szczęśliwy i spełniony rozpoczął mozolny powrót, by w pierwszej napotkanej kawiarence internetowej udostępnić zdjęcie na Facebooku. Kilka osób je polubi, kilku znajomych pogratuluje, ktoś niedowierzy, wszyscy się dowiedzą. Próg domu przekroczy w w nimbie zdobywcy, a nazajutrz zacznie snuć opowieść o swoim wyjątkowym wyczynie i o wielkim trudzie któremu podołał. Mit musi trwać.

poniedziałek, 28 marca 2011

Polskie Imperium Kolonialne


Wydawany przez Ligę Morską i Kolonialną Miesięcznik Morze, numer 5 (127) 1935 str. 20

Niecałe pięć lat temu piłkarska drużyna Trynidadu i Tobago pierwszy (i jedyny) raz w historii zagrała na Mundialu. Poprowadził ich do tego, nie kto inny, tylko sam Leo Beenhakker. To po tym sukcesie, zaproponowano mu objęcie posady polskiego szkoleniowca. Występy egzotycznej drużyny, mimo że zupełnie nieudane, wywołały niemałą sensację. Rozmaite ciekawostki dotyczące piłkarzy z Karaibów można było przeczytać we wszystkich polskich gazetach. Można też było przeczytać, że Polskę z Trynidadem i Tobago łączy nie tylko Leo Beenhakker, ale i Jakub Kettler. Pozwólcie, że przypomnę.

poniedziałek, 14 marca 2011

Marzenie podróżnego Europejczyka

Europejczyk w kowbojskim kapeluszu skończył montować swój aparat na statywie i ustawiał obiektyw. Nieznacznie przybliżył obraz, nastawił ostrość, wybrał czas naświetlania. Już jest gotów by oddać magię buddyzmu, ducha Orientu i romantyzm tradycji. Jego zdjęcie będzie kwintesencją mongolskiego interioru.

poniedziałek, 21 lutego 2011

O chrześcijanach, dyktatorach, mediach i rewolucjach słów kilka

Przez ostatni miesiąc telewizje całego świata skupiają swoje obiektywy na Bliskim Wschodzie. Od dawna nie poświęcono temu regionowi tyle czasu antenowego. Dziennikarze od Nowego Yorku po Dżakartę relacjonują demonstracje, transmitują rządowe oświadczenia, analizują sytuacje, przepytują mądrych ludzi, przeliczają zabitych, wyciągają błyskawiczne wnioski, tropią nowych przegranych bądź promują przyszłych wygranych. Wszystko – na żywo. W tym natłoku arabskich doniesień aż trudno o informacje z reszty świata. Kto z was wie na przykład, że w tym czasie Chiny wyprzedziły Japonię i stały się drugą gospodarką świata po USA, a Nepal wygrał z Belgią i po siedmiu miesiącach impasu powstał w Katmandu rząd, podczas gdy Belgowie nie są w stanie zrobić tego od czerwca zeszłego roku? Ale jest też dobra strona arabskiego maratonu medialnego – globalna popularyzacja wiedzy o Bliskim Wschodzie. Zarówno widzowie, jak i dziennikarze, przechodzą szybki kurs arabistyki i islamistyki. W końcu na temat arabskich protestów powiedziane zostało już chyba wszystko. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwie, w zasadzie nie związane ze sobą, sprawy, o których jakoś mniej się mówi:

poniedziałek, 7 lutego 2011

Arabska Wiosna Ludów – komentarz z Bliskiego Wschodu

Byle z dala od wielkiej polityki. Siedzę przy bulgoczącej nargili, mocno zaparzonej herbacie i strasznie chce mi się śmiać. Właśnie dowiedziałem się, że Barack Obama skrytykował Hosni Mubaraka. Po rozmowie telefonicznej z egipskim prezydentem zasugerował mu jak najszybszą dymisję, a na późniejszej konferencji prasowej stwierdził, że „demokratyczna transformacja w Egipcie musi nastąpić niezwłocznie”. Natychmiast przypomniał mi się Nicolas Sarkozy, który kilkanaście dni temu dokładnie to samo mówił odnośnie prezydenta Tunezji Ben Aliego. Cały wschodni świat patrzy jak Zachód grozi arabskim dyktatorom palcem i następnie umywa ręce. Śmieją się z tego podobnie jak ja. Większość z nich wie, że ta krytyka warta jest tyle, co dym z mojej nargili.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Egipskie wakacje


Plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan i Czechów. W 2020 roku muszą być tam miliony Polaków! - pamiętacie, kto nie tak dawno tymi słowami przekonywał nas, że „Polacy muszą mieć prawo do wypoczynku”? Co za szczęście, że ów wielki mówca planował nasze masowe urlopy na plażach gorącego Egiptu dopiero na 2020 rok. Inaczej strach pomyśleć, ilu rodaków miało by teraz przechlapane przez te cholerne zamieszki. Choć w zasadzie i dziś jest całkiem gorąco – media przecież aż kipią od informacji na temat losu polskich wczasowiczów, a do kwestii polskich urlopów w „niestabilnych” krajach odniósł się nawet sam Radosław Sikorski...

Stop. Jeżeli nie dziwi was ton, w jakim piszę, to pewnie nie zwróciliście też uwagi na to, w jak tendencyjny sposób w polskich mediach podawane są informacje z Egiptu i Tunezji, w których rozpętały się właśnie dramatyczne wydarzenia na skalę, być może, naszego 1989 roku.

sobota, 30 października 2010

Wartościowy wyścig

Jeżdżąc po nowych chińskich asfaltach, mijałem chińskie ciężarówki, rowery i autobusy, piłem wodę z chińskich wodociągów, rozmawiałem przez komórkę dzięki chińskiej infrastrukturze telefonicznej i satelitom, wszyscy ludzie dookoła byli ubrani w chińską odzież, a w szkołach mogłem się uczyć mandaryńskiego. Lokalne dzieci nazywały mnie „china”, co powoli staje się synonimem słowa, którym powinny na mnie wołać - „faranji”, czyli przybysz z obcego, zachodniego świata. Otóż nie byłem w Państwie Środka, tylko w Rogu Afryki - Etiopii i Somalilandzie. Chińczycy z yuanami w ręku w ciągu 15 lat zdobyli Afrykę. Europa w takich samych rękach ma jeszcze prawa człowieka, demokracje, zaciekawienie afrykańską sytuacją wewnętrzną i garb kolonizacyjny. Nic dziwnego, że jest powolniejsza i brzydsza…