niedziela, 12 czerwca 2011

Jak Indus w Europie

Przesuwający się po podłodze, ze schorowanymi nogami żebracy, żeby zwrócić uwagę na swoją niedolę dotykali siedzących w wagonach swoimi chorymi członkami, a przechodzący transwestyci z ostrym makijażem na twarzy podstawiali proszące dłonie pod nos i zalotnie zaczepiali dotykając głowy i ramion siedzących. Ci ostatni, na ogół chodzący grupami, choć w pociągu byli najbardziej natarczywi i tak w swoim uparciu przegrywali z dziećmi na dworcu. Te potrafiły za jedną osobą w milczeniu chodzić nawet po kilkanaście minut.

Choć była dopiero dziesiąta rano, temperatura dochodziła do czterdziestu stopni w cieniu. Pociąg z Raxaul na granicy Indii z Nepalem stopniowo napełniał się pasażerami. Zanim jeszcze ruszyliśmy, przez korytarz, zaczęły przetaczać się cały tabuny żebraków i obnośnych handlarzy. Przechodzący zaczepiali każdego z osobna. Próbowali sprzedać wodę, zawiniętą w gazetę soczewicę z curry, placki, które właśnie mieli w wiadrze. Żebracy przechodząc podkładali rękę przed samą twarz, aż proszony stanowczo kilkukrotnie odmówił.

Oczywiście, jako przybysze z Zachodu byliśmy szczególnymi ofiarami tego procederu. Wszystkim tym wątpliwie przyjemnym biznesowym i żebraczym zalotom miejscowi poddawali się bez mrugnięcia okiem. Mało kto reagował jakąkolwiek uwagą. Równie rzadko ktoś dawał pieniądze.

I wtedy - wstyd się przyznać, bo może to brak wrażliwości, nauczka na przyszłość, albo szyderczy uśmiech Maslowa – poczułem niekłamaną odrazę. Nie chodziło mi jednak o zasady wielkiego biznesu, który żyje z kupowania w Azji pracy ludzkiej za dolara dziennie. Nie było to święte oburzenie, że wciąż istnieją miejsca – często byłe kolonie europejskie – gdzie znaczna część społeczeństwa utrzymywana jest na skraju egzystencji. Ale poczułem oczywiście w rozumieniu "europejskim", że ich nachalne zachowanie jest prawdziwym szantażem, godzącym w moje poczucie bezpieczeństwa, w imię tych kilku rupii z mojego portfela. Że to, co robią, narusza moje własne poczucie "nietykalności" - z którym tak bardzo wszyscy się liczą w „mojej” Europie.

Każdy protest byłby jednak bezprzedmiotowy. Obojętność miejscowych wskazywała, że wszyscy do tego całkowicie przywykli.

To była krótka lekcja tolerancji. Lecz czy na pewno moje poruszenie było nieuprawnione? Czy jako gość w obcym kraju powinienem zaakceptować miejscowe zwyczaje, wyrzekając się tym samym własnego poczucia bezpieczeństwa? Czy możemy oczekiwać od Indusów, żeby u siebie traktowali turystów, biorąc poprawkę na ich „zachodnie” maniery? Czy powinniśmy się w milczeniu dostosować do otoczenia?

I pomyślałem wtedy ze współczuciem o Chińczykach i Japończykach odwiedzających „stary kontynent”, którzy muszą przywyknąć do tego „obrzydliwego” zwyczaju podawania ręki na powitanie. O Turku, który nie dawno opowiadał mi, jak to przez pierwszy rok pobytu w Polsce jadł omalże tylko suchy chleb, bo bał się, że w innej żywności może być mięso niezachowujące zasady halal.

Mateusz Luft

Brak komentarzy: