Smuci nas fakt dyscyplinarnego ograniczenia swobody wypowiedzi kapłana, którego postawa jest dla nas ważnym punktem religijnego i moralnego odniesienia. Ksiądz Adam Boniecki od wielu już lat pomaga nam rozeznać się w dylematach, jakich współczesny świat nie szczędzi wierzącemu człowiekowi. Nie w tym rzecz, że podzielamy wszystkie bez wyjątku jego poglądy, lecz że bliska nam jest jego głęboka wrażliwość, jego niechęć do osądzania drugiego człowieka i do odmalowywania moralnej rzeczywistości ludzkich uczynków wyłącznie w czerni i bieli.
Smuci nas także sposób, w jaki z księdzem Bonieckim postąpili przełożeni Zakonu Marianów. Zamykając mu usta – na co zdecydowali się, jesteśmy o tym przekonani, w dobrej wierze – zanegowali wartość wewnątrzkościelnej krytyki i dialogu. Uciekli się do środków dyscyplinarnych, zamiast podjąć dyskusję z jego poglądami, które – tak się składa – podziela wielu polskich chrześcijan. Dyscyplinując księdza Bonieckiego, wystąpili przeciwko nam wszystkim, którzy identyfikujemy się z otwartym sposobem myślenia o Kościele i świecie. Kwestionując zaś równoprawność tego myślenia, zwierzchnicy księdza Bonieckiego wystąpili nie w imieniu wewnętrznie zróżnicowanej wspólnoty, lecz w interesie jednej spośród jej frakcji. W efekcie polski Kościół obudził się dziś bardziej podzielony niż był jeszcze wczoraj wieczorem.
Smuci nas wreszcie fakt ukarania księdza Adama za wypowiedzi – o ile można się tego domyślać – niedotyczące fundamentów wiary chrześcijańskiej. Nasze opinie – czy to w tzw. „sprawie Nergala”, czy w kwestii obecności symboli religijnych w przestrzeni publicznej – nie są wyznacznikami naszej prawowierności. To prawda, że Kościół formułuje w swoim nauczaniu zasadnicze prawdy wiary, jak również fundamentalne wymogi moralne, lecz jest rzeczą roztropności każdego chrześcijanina i wolności jego uformowanego sumienia przełożenie tych zasad na konkret życia codziennego. Pytanie o charakter misji Kościoła we współczesnym świecie, o dopuszczalność i skuteczność środków naszego na ten świat oddziaływania – pozostaje pytaniem otwartym. Źle się dzieje w naszym Kościele, jeżeli kwestie otwarte zaczynają niektórym spośród nas mylić się z tym, co definitywnie już określone.
Redakcja
Odsyłamy również do wspólnego głosu zainicjowanego przez Zarząd KIK Warszawa, Kwartalnik „Kontakt”, Miesięcznik „Więź”, Miesięcznik „Znak”, „Tygodnik Powszechny”, Laboratorium WIĘZI, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Panią Różę Thun oraz Pana Przemysława Radwan-Rohrenschefa. Wspólny głos znajduje się pod adresem: www.ksadamboniecki.pl.
Pod głosem może się podpisać każdy, kto identyfikuje się z treścią listu.
30 komentarzy:
Droga Redakcjo
Spór wokół ks. Bonieckiego dotyka fundamentów tego co rozumiemy pod pojęciem człowiek. U podstaw tego rozumienia leży dylemat: wolność a dobro, człowiek musi czynić dobro a jednocześnie pozostać wolny ale jeśli musi to czy jeszcze jest wolny? Intuicja podpowiada, że rozwiązaniem tego problemu jest miłość: wolny gdy pozna czym jest miłość zapragnie jej pragnieniem tak wielkim że nic nie będzie ważniejsze, tylko ona będzie się liczyć. Dlatego będzie chciał czynić dobro. Ta ogromna chęć spowoduje że decyzję o czynieniu dobra podejmie samodzielnie, a więc pozostanie wolny.
A co to ma wspólnego z ks. Bonieckim? Kościół od wieków praktykuje swoją metodę wprowadzania człowieka na ścieżkę którą opisałem pobieżnie powyżej. Na początek pewne wyrzeczenia, czyli przyjęcie z góry że "tak i tak" czynić trzeba, bez pytania "dlaczego". Bo grzeszny umysł jest zaślepiony, nie potrafi celnie ocenić bez wiary. Wiary która ma na celu poprowadzenie umysłu właściwą ścieżką aby nie popełnił błędu. Dlatego konieczne są wyrzeczenia. Ks. Boniecki podąża ścieżką wytyczaną przez katolickie media inteligenckie, które chcą dążyć do dobra uświęcając środki umysłowe, odrzucając możliwość założenia czegokolwiek odgórnie, czyli odrzucają poniekąd wiarę.
Która droga jest lepsza? Droga Kościoła jest sprawdzona. Droga inteligencji opiera się na niedoskonałym umyśle.
W świetle powyższego usprawiedliwiam ograniczenie swobody wypowiedzi dla ks. Bonieckiego, którego nauczanie odbiega od kościelnego.
Quasar,
Pierwsza wątpliwość, jaka rodzi się we mnie w związku z Twoim komentarzem, jest taka, że kwestionujesz dynamikę wiary. Wiara nie polega, moim zdaniem, na "założeniu czegoś odgórnie". Katechizm mówi o niej jako o odpowiedzi danej przez człowieka Bogu. W tym sensie wiara wydarza się w dialogu z Bogiem, nurtują w niej problemy podobne, a może większe jeszcze, od tych, które mamy z relacjami ludzkimi. Wiara nie jest założeniem, wątpienie i ciągłe poszukiwanie są w niej immanentnie zawarte.
Wątpliwość druga, już ściśle związana ze sprawą księdza Bonieckiego. Problem polega na tym, jak napisaliśmy w odredakcyjnym komentarzu, on nie wystąpił przeciwko doktrynie Kościoła, więc nie ma za co być suspendowany. Kościół ma swoje nauczanie, ale implementowanie tego nauczania w, dajmy na to, polityce czy życiu publicznym - nie jest już elementem tego nauczania. Innymi słowy, Kościół zna cele i wyznacza ramy poszukiwania środków, ale same środki wypracowują już ludzie. W tym sensie kwestia obecności krzyża w przestrzeni publicznej (której jestem zwolennikiem) czy postępowania z ludźmi pokroju Nergala - w żaden sposób nie jest zdefiniowana doktrynalnie. Ludzie mają prawo różnie odpowiadać na pytanie o to, czy np. lepiej dla misji Kościoła, żeby krzyż w parlamencie był, czy żeby go tam nie było.
Pozdrawiam,
Misza
To prawda że wiara powinna przenikać całe życie z wszystkimi jego aspektami. Nie chciałem zasugerować innej niż taka koncepcji wiary. Chciałem tylko zasygnalizować że wiara jest potrzebna koniecznie, niezbędna. A jeśli z obserwacji Nergala (który co ciekawe stał się bodźcem do dyskusji na temat wiary!) widzę że jest on lekkoduchem, typowym dla najnowszych czasów laikiem życiowym, który nie zastanawia się nad trafnością swoich wypowiedzi, a wątpliwej wartości sławy dorobił się wiążąc się z Dodą i że taką postawę zupełnego braku odpowiedzialności promują media, to nie mogę zgodzić się z jego obrońcami. Wiem z własnego doświadczenia, że kłamliwe przedstawianie przez media rzeczywistości wpływa na młodzież i rodzi jej problemy. Oderwanie od rzeczywistości obecne w mediach powoduje że młodzi ludzie błądzą głównie w sprawach obyczajowych i sprawach wiary. Szukają ale nie znajdują bo dorośli nie pokazują im gdzie mogą to znaleźć. Czemu odrywamy się od wartości, które uszczęśliwiają człowieka, negujemy wartość wierności i niszczymy przez to miłość? Czemu gdy Nergal będąc wolnym człowiekiem nie wybiera dobra nie mówimy o tym otwarcie. Czy Nergal jest tylko antyklerykałem czy jest przeciwny wierze Chrześcijańskiej? Zastanówmy się nad tymi rzeczami bez relatywizowania dobra i zła. Postarajmy się być jak dzieci, one widzą rzeczy czarne i białe a nie w odcieniach szarości. Nie dopuszczajmy do siebie tego co ma symptomy nie bycia dobrem, unikajmy ich, bo w ten sposób dużo ryzykujemy przy małej nadziei na opłacalność ryzyka.
Czy Kościół ma prawo wypowiadać swoje stanowisko w sprawie Nergala i Krzyża? Moim zdaniem tak, ma prawo i obowiązek, aby wierni poczuli w Kościele oparcie i potwierdzenie własnych głosów sumień.
Pozdrawiam
Myśli garść na ten temat:
Na pewno głos księdza Bonieckiego jest głosem cennym w polskim Kościele - nawet jeśli jednym się podoba a innym nie. Ale może spróbujmy spojrzeć na to całe zamieszanie trochę inaczej...
Ksiądz Boniecki jest zakonnikiem. Ma nie tylko swoich czytelników i zwolenników, ale ma też swoją rodzinę zakonną, swoich przełożonych. Ślubował między innymi posłuszeństwo. Czy nie jest z perspektywy ewangelicznej rzeczą słuszną, dać temu posłuszeństwu przestrzeń? Może należy poczekać, zastanowić się?
Nawet jeśli decyzja jest kontrowersyjna, nawet jeśli krzywdząca i pochopna? Czy Prawda się nie broni sama?
Księdzu Bonieckiemu nie odebrano głosu - może głosić kazania, może działać jak dotąd w Tygodniku Powszechnym? Niewątpliwie pole jego działania zostało ograniczone, ale czy na pewno został zagłuszony i jak sugerują planowane naklejki nie ma głosu? Być może przez decyzję przełożonego ojców Marianów obudziliśmy się w innym Kościele, ale czy przez protesty, petycje, naklejki nie obudzimy się w jeszcze innym? Skąd pewność, że w lepszym?
Błogosławieni cisi ... czytaliśmy w Dzień Wszystkich Świętych...
Polecajmy tę sytuację i ludzi w nią zaangażowanych w naszych modlitwach.
Aby uprzedzić nieporozumienia: nie sugeruję że powinno się potępiać ludzi, powinno się natomiast potępiać zachowania, które świadczą o złu i ostrożnie podchodzić do tych które mogą o nim świadczyć. Zawieszenie to jeszcze nie ekskomunika, w moim odczuciu świadczy o ostrożnym ale zdecydowanie sygnalizującym problem podejściu przełożonych księdza.
AnTonim,
Dylemat, o którym piszesz, jest żywy. Dlatego ważnym wydaje mi się pytanie o cel upominania się o księdza Bonieckiego. Czy robimy to tylko dla niego? Przypuszczam, że wsparcie jest mu potrzebne, choć to nie tylko o to chodzi. Chodzi też o sporą grupę ludzi świeckich, takich szeregowych chrześcijan, którzy identyfikują się z modelem wiary prezentowanym przez ks. Adama (wcześniej Annę Morawską, Jerzego Turowicza czy ks. Józefa Tischnera, dziś też Halinę Bortnowską) i którzy czują się coraz mniej mile widziani w swoim Kościele, ktorzy coraz częściej słyszą, że w zasadzie to nie są katolikami. Powiedziałbym, że sprawa księdza Bonieckiego przelała czarę goryczy. Wstawienie się za nim jest też wyrażeniem swojego przywiązania dla głoszonej przez niego interpretacji Ewangelii. Mam poczucie, że wielu z nas tego potrzebuje, zanim znów usłyszymy "wypad z Kościoła".
Quasar,
Znowu: co innego nazywać coś "złem", a co innego podejmowac próby przeciwdziałania. Nie przypuszczam, żeby ks. Boniecki uważał wybryki Nergala za fajne. Pytanie, czy w tej sprawie roztropniej jest się oburzać, czy ignorować, tolerować, wykazać się cierpliwością i spokojem. To jest bardzo trudne pytanie i fakt, że różnie na nie odpowiadamy, zupełnie mnie nie dziwi. Dziwi mnie tylko, że za wybór jednej z możliwych odpowiedzi można dostać po głowie...
Pozdrawiam Was,
Misza
cui bono...- mam ochotę spytać. Czy głos ks. Adama Bonieckiego dla poszukujących będzie niesłyszalny? Czekam cierpliwie na jego wyjaśnienia w "Tygodniku". Natomiast jego brak w TVN24, czy Gazecie - jest z pewnością stratą tych mediów. Na szczęście zwekslować tę trudność potrafią fantastycznie, wypuszczając wiernych ks. Bonieckiego - np. Krystynę Jandę - na deklaracje apostazji... Ona sama wprawdzie okrasza to zdanie nerwowym chichotem, ale nagłówki już tego nie oddają. A my co? Przyłączymy się? Też będziemy się przy pomocy takich szantaży z opresywną instytucją komunikować? Od przyjaciół Boże broń, z wrogami sobie poradzę...
Nie chciałem, przepraszam. Jeślim Cię w głowę walnął to tym bardziej proszę o wybaczenie, bo to było wynikiem mojego rozgoryczenia na sytuację w jakiej stoi wielu ludzi, szczególnie młodych, którzy dają posłuch zwodzącym głosom z mediów i od wielu spotykanych ludzi. Prawdziwa miłość nie istnieje, bo po paru latach małżonek/małżonka zdradza, bo taka jest natura ludzka, to jedno z kłamstw, przeciw którym rodzi się we mnie oburzenie. Oburzenie eskaluje i przeradza się z bunt wewnętrzny gdy słyszę mądrych ludzi, którzy chcą milczeć gdy ta krzywda się dzieje.
Wśród portali jest mnóstwo głosicieli (nie)prawdy, w telewizji coraz więcej. Niergal jest niestety jednym z jej rzeczników.
Uwagi o liście w sprawie księdza Bonieckiego
Cz.1.
Ksiądz Boniecki w telewizyjnym wystąpieniu (TVN 24, 17 września) uznał za fakt nieszczególnie szkodliwy promocję w publicznej telewizji osoby, która w wyśpiewywanych przez siebie hymnach zwraca się do Szatana o prowadzenie, ogłasza jego tryumfalne przyjście, wzywa do nienawiści i zemsty za wieki chrześcijaństwa, rzuca wezwanie „chrześcijanie dla lwów”, wreszcie drze Biblię i rozrzuca ją z okrzykiem „żryjcie to gówno”, choć – trzeba przyznać - wszystko to czyni na swoich koncertach i płytach, nie w TVP. Osobę tego pokroju obsadzono w TVP w roli muzycznego jurora, a więc pasowano ją na swoisty autorytet serwowany milionowej widowni, w znacznym stopniu młodej, a więc nie tylko łatwo przyjmującej muzyczne autorytety, ale często traktującej je jako wyrocznie we wszelkich, całkiem pozamuzycznych sprawach.
Ów fakt wyciągnięcia z niszowego środowiska i wypromowania przed masowym audytorium Adama Darskiego – Nergala (bo oczywiście o nim tu mowa) ksiądz Boniecki uznał za sprawę mniej istotną niż zagrożenie stanowiska prezesa tejże TVP, które mogłoby z całej tej sprawy wyniknąć.
Jak na księdza, a więc człowieka, który powinien doceniać wagę duchowych zagrożeń i pasterza Kościoła, który ma prowadzić nas do Nieba i strzec przed podstępami Szatana było to stanowisko dziwne i wprowadzające niemałe zamieszanie w umysłach zarówno wierzących jak i niewierzących.
W liście do bpa Meringa (27 września) x Boniecki stanowisko to potwierdził, a zarazem mu zaprzeczył. Uznał satanizm Nergala wyłącznie za prowokację, której nie należy ulegać (czyli nie reagować: nie zauważać, nie komentować), bo robi to reklamę prowokatorom. W tym samym liście pięć zdań później wyraził pogląd zgoła przeciwny i uznał protest bpa Meringa przeciw pojawieniu się Nergala w TVP za zasadny (czyżby ustało zagrożenie reklamą?). Pokazało to, że albo nie wie czego chce, albo nie potrafi przyznać się do błędu, który popełnił w swojej pierwszej wypowiedzi. Że sam ma w umyśle zamęt uniemożliwiający mu właściwą ocenę spraw o których się wypowiada i że zamęt ten sieje wśród innych. Podobny zamęt zasiał mówiąc, że krzyż może i nie może wisieć w instytucjach publicznych. Żeby być „trendy” ofiarował i Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek.
Podsumowując x Boniecki wykazał się co najmniej wyjątkową niefrasobliwością negliżując sprawy fundamentalnej wagi dla Kościoła, a upomniany nie potrafił przyznać się do błędu powodując zamieszanie w umysłach swoimi wewnętrznie sprzecznymi wypowiedziami, tym samym narażając na szwank nauczanie Kościoła. Jeśli na rzecz spojrzeć głębiej, to stanowisko księdza postawiło pod znakiem zapytania jego wiarę w fundamentalne tezy wiary katolickiej. Być może Szatan jest dla niego, jak dla Nergala, jedynie metaforą, z tego jednak wynikałoby że może i Bóg jest dla niego jedynie bytem metaforycznym - humanistycznym uosobieniem dobra, kształtowanym zgodnie z naszym indywidualnym sumieniem, a nie osobowym, duchowym bytem. Do takich poglądów każdy oczywiście ma prawo, czy jednak wyznawanie ich nie oznacza postawienia się poza Kościołem? Napisałem o tym szerzej w innej dyskusji na forum Kontaktu wokół „5 tez o Nergalu” Miszy; są tam również cytaty z wypowiedzi x Bonieckiego.
(Grzegorz Strzemecki)
CDN
Uwagi o liście w sprawie księdza Bonieckiego
cz.2
W kontekście takich wypowiedzi zakonni przełożeni księdza podjęli decyzję ograniczającą jego medialne wystąpienia. Nie podali przyczyn – nie mieli takiego obowiązku; niewykluczone, że chcieli raczej wyciszyć sprawę i dać mu czas na refleksję niż powiększać wrzawę poddając motywy decyzji pod publiczną dyskusję. Jednak ów zamęt posiany przez x Bonieckiego okazał się niezwykle płodny. Tysiące ludzi zakwestionowało decyzję przełożonego ojców Marianów uznając ją a priori za nadużycie, najwyraźniej nie dostrzegając rażących błędów w postawie x Bonieckiego, który stał się obiektem swoistej idolatrii.
Pewna zapalczywa celebrytka „w obronie księdza” posunęła się nawet do szantażowania Kościoła aktem apostazji. Podobno przy tym chichotała - może żartowała? Rzeczywiście miała z czego! W świat i w media poszły słowa ukazujące opresyjny Kościół, który „normalni” ludzie opuszczają. Czy to się nie nazywa zgorszeniem? (takie mało „trendy” słowo) . To przykład skrajny, ale uważna lektura „listu w sprawie ks. Adama Bonieckiego” pokazuje jakie zamieszanie panuje w umysłach jego autorów i sygnatariuszy.
Autorzy listu zwracają się o zmianę decyzji choć nie znają jej motywów; nawet o nie nie pytają. Trudno zgadnąć czy ktoś z nich zaprzątał sobie głowę studiowaniem ostatnich wypowiedzi i tekstów księdza. Nikt z autorów ani sygnatariuszy nie próbuje tej decyzji ani sobie ani innym tłumaczyć z choćby drobnym ułamkiem skwapliwości z jaką tłumaczone były ekscesy Nergala, czy to przez samego x Bonieckiego czy związanych z KIKiem autorów. Czy tak postępują „osoby dobrej woli”, za jakich autorzy apelu się przedstawiają?
„Smutek niedowierzanie i niepokój” budzi w nich przywołanie x Bonieckiego do ochłonięcia. Jego niefrasobliwe słowa o sprawach fundamentalnych i groźnych chyba w ogóle ich nie obchodzą. Skarżą się na zranienie zakazem (nb faktycznie jedynie ograniczeniem) i wspominają o dobru kościoła. Nie dostrzegają jednak zranień oraz uszczerbku na dobru Kościoła i jego misji nauczania, jakie przyniosły wypowiedzi księdza. Przedstawiają się jako członkowie Kościoła, jednak nie chcą przyjąć do wiadomości i zaakceptować jego reguł. Przewrotnie stawiają na jednej płaszczyźnie wewnątrzkościelną i wewnątrzzakonną dyscyplinę i posłuszeństwo ze zniewoleniem, równocześnie dezawuując posłuszeństwo jako takie. W ten sposób podważają zasady kluczowe w funkcjonowaniu Kościoła i wzmacniają fałszywy jego obraz, choć sami zarzucają to zwierzchnikom zakonu ojców Marianów. Uzasadniają swój list pragnieniem poznawania opinii x Bonieckiego, choć przecież wiadomo, że ksiądz będzie mógł je wypowiadać w „Tygodniku Powszechnym”.
(Grzegorz Strzemecki)
CDN
Uwagi o liście w sprawie księdza Bonieckiego
cz.3.
Czy takie jednostronne i niesprawiedliwe - dla ojców Marianów i dla samego Kościoła - przedstawienie rzeczywistości jest owym poszukiwaniem prawdy, o którym piszą powołując się na akurat im pasujący cytat z Jana Pawła II? Przecież także on upominał księży i biskupów korzystając z przysługujących mu środków kościelnej dyscypliny.
Autorzy listu piszą wreszcie, że „Ksiądz Boniecki jest przewodnikiem dla bardzo wielu, również młodych”, a przecież to właśnie ów autorytet czyni jego bagatelizujące i niespójne wypowiedzi o Nergalu tym bardziej szkodliwymi. W rezultacie, choć twierdzą, że występują „przez wzgląd na dobro Kościoła”, to faktycznie go atakują i czynią mu szkodę. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak jak dla wspomnianej celebrytki x Boniecki stał się dla nich idolem, którego kultu nie mają siły się wyrzec i stał się on dla nich ważniejszy niż sam Kościół, ba – stał się ucieleśnieniem innego, lepszego Kościoła. Apeluję o opamiętanie i refleksję nad słowami księdza – czy rzeczywiście pasują go na proroka. A i owocom warto się przyjrzeć.
Choć czuję się w obowiązku zabrać głos, nie mam złudzeń co do skutków swojego wystąpienia. Środowisko warszawskiego KIKu od lat uczestniczy w pomniejszaniu, bagatelizowaniu i usuwaniu z pola widzenia spraw prawdziwie ważnych czy wręcz groźnych równocześnie przyjmując pozę gromiącego mentora w sprawach mniejszej wagi albo wręcz w złych sprawach, jak sprawa księdza Bonieckiego właśnie. Można wetknąć polską flagę w g…no i można nazwać Biblię g…nem, a w odpowiedzi z KIKu i pokrewnych środowisk usłyszymy milczenie, apele o wyciszenie, umiar, bądź w najlepszym razie gładkie ogólniki. Jednak wezwanie do opamiętania przez stosowną kościelną instytucję błądzącego księdza celebryty, który plecie głupstwa narażając na szwank nauczającą misję Kościoła wywołuje burzę. Takich działań na przestrzeni ostatnich lat było więcej. Stały się one wręcz specjalnością, żeby nie powiedzieć programem działania KIKu – stąd mój brak złudzeń.
Na tym kończę, zaś poruszony temat KIKu – by nie być gołosłownym – postaram się rozwinąć w odrębnym tekście.
Pozdrawiam wszystkich którzy zaglądają na to forum (o ile tacy jeszcze są).
Grzegorz Strzemecki
Panie Grzegorzu,
piękno Kościoła Powszechnego, który i Pan i ja wraz z redakcją współtworzymy jest wyrażone w niepojętej różnorodności naszego świata. Ja rozumiem Kościół Powszechny jako chrystusowy proces powołany do istnienia w konkretnej rzeczywistości – czy to kulturowej, czy historycznej. Podkreślam słowo „proces”. Na swojej życiowej drodze miałem do czynienia z wieloma chrześcijanami o najróżniejszej narodowości, kulturze, języku czy wykształceniu. Również o najróżniejszych poglądach na świat. I wcale nie jestem przekonany czy w codziennym chrześcijańskim życiu i rozumieniu swojego powołania tak wiele łączy: wierzącego w Jezusa Chrystusa, choć będącego w znakomitej mniejszości Indonezyjczyka z Południowej Sumatry, bogatego i wpływowego chrześcijanina w północnej Etiopii, którego tradycja kultury chrześcijańskiej jest o sześćset lat starsza niż nasza narodowa, świadomego i głęboko przeżywającego swoją wiarę Francuza, żyjącego w iście sekularnym kraju, czy wychowanego w kulturze polskiego katolicyzmu, wierzącego Polaka ad 2011.
Głęboko zapadły mi w pamięci słowa Krzysztofa Śliwińskiego wypowiedziane w czasie wywiadu, który z nim przeprowadzałem: „Pamiętajmy przede wszystkim, że my wiemy na pewno gdzie Kościół jest - wokół Eucharystii. Ale gdzie go nie ma to wie tylko Pan Bóg. I ja muszę powiedzieć, że jestem przekonany, że istnieje nie tylko dobroć, ale i prawdziwa świętość poza granicami widzialnego Kościoła. Nie mam żadnego problemu, aby uważać, że Gandhi był pod pewnymi względami święty. Panu Bogu podobało się uczynić świętym takiego właśnie człowieka.”. Tę bardzo mądrą myśl odniósłbym tym bardziej do samego wnętrza naszego Kościoła. Dlatego jest mi niezwykle przykro, gdy ktoś, tak jak to uczynił Pan, z łatwością, wskazuje kto jest w Kościele, a kto poza nim. Nie starajmy się podążać szlakiem takich argumentów i dyskusji. Niech Pan nie zapomina, że my wierzymy, a nie wiemy. Zatem, może warto czasem wsłuchać się w argumenty innych. Niekoniecznie po to aby je przejąć, ale aby starać się zrozumieć inne od mojego stanowisko. To pomaga w chrześcijańskiej miłości bliźniego swego.
W toku Pańskich wielu komentarzy bez problemu wyłania się Pana tożsamość polityczna, Pana niechęć do pakownego terminu III RP, Pana niechęć do naszego środowiska, KIKu, Znaku, Kontaktu. Również do ks. Bonieckiego. Zapewne ma Pan to głęboko przemyślane i ugruntowane – jednakże spróbuję zapytać, co mogę zrobić aby spróbował nas Pan szanować. Nawet jeżeli nie jako adwersarzy, to jako współwyznawców (jeżeli jeszcze nie uznał Pan, że wśród na Kościoła nie ma).
Ja podchodzę do Pana z głębokim szacunkiem. Widzę, że poświęcił Pan masę czasu na przygotowywanie tych kilkunastu obszernych odpowiedzi. Bardzo sobie cenię takich rozmówców. Nawet jeżeli się z nimi nie zgadzam. My, w ramach szacunku, jakim darzymy naszych czytelników, staramy się redakcyjnie odpowiadać w dyskusji pod naszymi tekstami. Chcemy, aby nasze łamy były miejscem kontaktu. Staramy się również nie dezawuować, insynuować, nie obrażać ludzi z którymi rozmawiamy i prowadzimy dialog. Czego i Panu życzę.
Paweł Cywiński, redaktor działu Poza Europą.
Przepraszam, tym razem nie zamierzam się włączać w dyskusję. Odniosę się tylko do jednego zdania.
GS: Czy takie jednostronne i niesprawiedliwe przedstawienie rzeczywistości jest owym poszukiwaniem prawdy, o którym piszą, powołując się na akurat im pasujący cytat z Jana Pawła II?
Wytykanie powoływania się na "akurat pasujący cytat" z Jana Pawła II tylko jednej ze stron sporu o kształt polskiego Kościoła - że tak pozwolę sobie nazwać naszą aktualną sytuację - jest po prostu nieuczciwe. Autor tych słów najwyraźniej nie zauważa, że gdy sam powoływał się kilka tygodni temu na "tak, tak; nie, nie", to też dokonał pewnej selekcji w tekście Ewangelii.
Chętnie przeczytałbym Twoje, Grzegorzu, przemyślenia na temat zinstrumentalizowanego hasła głoszonego przez bliskie Ci - jak sądzę - środowiska katolickie: "Brońcie krzyża od Giewontu do Bałtyku (Jan Paweł II)" w kontekście tej papieskiej wypowiedzi:
Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym.
Raz jeszcze i na wszelki wypadek powtórzę, że jestem przeciwnikiem usuwania symboli religijnych z przestrzeni publicznej. Niemniej, wydaje się, że papieski przekaz został tu cokolwiek wypaczony, czyż nie? Zredukowano go do wezwania do obrony totemicznego znaku. Trudno mi dopatrzyć się tak daleko idącego wypaczenia w omawianym cytacie z listu:
aby szukać prawdy i krzewić ją łagodnie i z miłością, w przekonaniu, że prawda nie inaczej się narzuca, jak tylko mocą samej prawdy.
Nie mam wątpliwości, że w nauczaniu papieskim znalazłyby się też wypowiedzi o nieco innym rozkładzie akcentów. Problem ten jest bardziej jeszcze wyraźny w Ewangelii, na którą tak się wszyscy lubimy powoływać.
Bardzo dobrze, nie ma sprawy, powołujmy się na Ewangelię, na Papieża i na wszystko, co jeszcze można "skremówkować". Szlag jednak mnie trafia w związku ze wszystkimi próbami przemilczania fragmentów, które nam akurat nie pasują do świadopoglądu, w związku z czym ugłaskujemy je i dokonujemy karkołomnych zabiegów, by wykazać, że ich "prawdziwy" sens (w odróżnieniu od tego, który się narzuca) utwierdza właśnie nasze przekonania. Jest to szczególnie godne politowania w związku z tym, że bez zawahania wytykamy takie działania innym.
Przekonanie, że - w odróżnieniu od innych chrześcijan - dysponuje się jedyną prawdziwą i spójną wykładnią nie tylko Ewangelii, ale i wypowiedzi papieskich, jest porażające i skutecznie zniechęca mnie do zabierania głosu w dyskusji.
Panie Pawle
Szacunek do rozmówcy wyłania się z szczególnego potraktowania jego argumentów i odniesieniu się do nich z własnego punktu widzenia i sposób jak najbardziej szczery. Pan (jak też Pan Misza) nie odniósł się do wysuwanych argumentów o szkodliwym dla młodych głoszeniu nieprawdy i innych wysuwanych przez Pana Grzegorza argumentów. To że Pana wypowiedź jest utrzymana w spokojnym tonie nie świadczy jeszcze o szacunku do rozmówcy. Gdyby Pan o tym wiedział posądzić by Pana można o ironię zawartą w Pana wypowiedzi ale ja sądzę, że niestety Pan sam się nad tym nie zastanowił.
Pisze Pan o innych niż chrześcijańska drogach do Boga i zgadzam się z Panem, bo jedność z Bogiem jest niewyrażalna słowami, a słowa chwalące Boga są tylko zewnętrznym znakiem wewnętrznej z Nim jedności. Słowa nie muszą być chrześcijańskie aby być znakiem jedności z Bogiem. Tylko co to ma wspólnego z Nergalem? Uważa Pan, że jego "prowokacje artystyczne" to właśnie taki "inny wyraz jedności z Bogiem", który akurat z jakichś powodów nawołuje do szargania Jego Imienia? Nie zauważa Pan, że ta relatywizacja przerodziła się już w absurd?
Łatwiej jest być dorosłym, bo my zwykle prowokacje traktujemy z przymrużeniem oka, bo wiemy z doświadczenia jacy są otaczający ludzie, czego od nich można oczekiwać, że można na nich liczyć, że w potrzebie będą mi oparciem.
A młody dopiero poznaje świat i jest ciekawy ludzi, chce odnaleźć w nich to wszystko czego może pragnąć człowiek, ale zamiast tego musi się dostosować do byle jakiego ogółu aby być akceptowanym. I wstydzi się swojej inności i ją ukrywa dlatego nikt w nim jej nie zauważa. A gdyby zauważyli nawzajem swoją inność byliby najszczęśliwszymi ludźmi, bo zaakceptowaliby siebie nawzajem takimi jacy są, bo zobaczyliby że są tacy sami. Bez udawania, które przynosi cierpienie.
Kto był podatny na nieprawdę z czasem sam stanie się jej głosicielem. I jest ich już bardzo wielu.
Dlatego nie można mi milczeć jak chce propozycja ks. Bonieckiego i z resztą nie potrafię milczeć. Nastawianie policzka ma bardzo głęboki sens ale pod warunkiem, że nadstawiam własny policzek.
Oto mój wpis po poprawieniu przeze mnie pozamerytorycznego błędu (błędne imię adresata)
Panie Pawle,
na szybko, bo teraz naprawdę nie mam czasu.
Nie ekskomunikowałem księdza Bonieckiego. Pokazywałem tylko co moim zdaniem wynika z głoszonych przez niego poglądów.
Oczywiście trafił Pan w czuły punkt. Sam mam siebie za bardzo kiepskiego chrześcijanina (biorąc pod uwagę moje własne postępowanie) o dość wątłej wierze (raczej liczę na Pana Boga niż do końca wierzę), natomiast w swoich tekstach próbuję - proszę to samemu ocenić na ile dobrze - pokazać jak z A wynika B lub C oraz co jest istotne i ważne a co nie i dlaczego.
Jak Pan zauważył przyłożyłem się do tych tekstów. To chyba wyraz szacunku dla adwersarzy. Pan zarzuca mi brak szacunku.
Niechęć? To zbyt proste... Czuję wielką sympatię osobistą i szacunek do wielu ludzi w KIKu równocześnie prawdopodobnie (bo najczęściej omijam ten temat) nie podzielając ich poglądów. Więcej: uważając je za niebezpiecznie usypiające dla Polski. Wspominam o tym w ostatnim akapicie. Postaram się go w przyszłości rozwinąć. Teraz pozwolę sobie na analogię (powiedzmy, że odległą żeby nie traktować jej jak niedawnego wystrzału min Rostowskiego): Winston Churchill był wielokrotnie traktowany jako niesympatyczny "podżegacz wojenny" zaś Neville Chamberlain mówił takie miłe rzeczy o pokoju. Do czasu...
Proszę zwrócić uwagę, że staram się być do bólu konkretny. Pan z kolei porusza się na wyżynach ogólników. Staram się pokazać to, co w tezach głoszonych przez moich adwersarzy jest niesłuszne. Pan, zgodnie z duchem "salonu" już się ustawił na pozycji "moralnego autorytetu", mnie zaś - nędznego robaka działającego z niskich pobudek, niechęci i braku szacunku.
Proponuję odnieść się do konkretów, np mojej oceny "listu w sprawie x Bonieckiego" czy wypowiedzi samego księdza, choćby w punktach. Wtedy dyskusja stanie się bardziej rzeczowa i konstruktywna.
Grzegorz Strzemecki
P.S.
Przy okazji innych podobnych apeli i protestów przekonałem się, że także w KIKu jest chyba więcej osób myślących podobnie jak ja. Zawsze mam jednak siedzą cicho, bo są w mniejszości. Tak wygląda debata publiczna w KIK. Mam w związku z tym pytanie: Czy można byłoby umieścić mój tekst jako tekst polemiczny w stosunku do "Listu w sprawie x Bonieckiego..." na stronie KIK. W praktyce wystarczyłby tylko zwyczajny link. Wtedy będziemy mieli prawdziwą debatę. Nie taką jak w III RP.
Pozdrawiam z szacunkiem, niezależnie od głębokiej różnicy poglądów
Do Miszy,
masz oczywiście rację, że każdy cytat jest wyrwany z kontekstu i używamy go do celów jaki nam pasuje (podobnie jest z analogiami). Pozostaje ocena rzetelności i stosowności jego użycia. I tu wkraczamy w merytoryczną ocenę dyskutowanych zagadnień.
Np. moja analogia z Churchillem i Chamberlainem jest stosowna jeśli jakoweś zagrożenia istnieją – jeśli nie, jest w jakimś stopniu nadużyciem. Co do mojej uwagi w ocenie „listu” - gdybym był uosobieniem polemicznej łagodności powinienem był napisać: „sądzę, że w świetle uchybień w podejściu do prawdy cytat z JPII o prawdzie nie wydaje mi się stosowny”.
Niestety nie jestem takim łagodnym barankiem. Muszę przyznać, że od XX lat na wiele faktów z III RP nóż mi się w kieszeni otwiera i muszę bardzo się modlić by tam pozostał. Zatem niechęć do III RP (A może raczej niechęć do skumulowanych niebezpiecznych zjawisk, które stały się jej istotą) którą zauważył Pan Paweł faktycznie istnieje.
Chciałbym jednak przekonać wszystkich swoich adwersarzy, że ta niechęć nie jest zaślepioną złością z niskich pobudek tylko wynika z najrzetelniejszej oceny rzeczywistości (w moim głębokim przekonaniu z pobudek wyższych) na jaką jestem się w stanie zdobyć, podobnie jak w ocenie wystąpień x Bonickiego i listu w jego obronie. Dlatego z takim uporem trzymam się faktów, cytatów etc., bo o subiektywne zniekształcające oceny jest tak łatwo (ich kumulacja to jedno ze znamion III RP). To w ich świetle jestem faszystą (bo pójdę 11 listopada na marsz i chciałbym uważać się za patriotę), oszołomem (bo nie podoba mi się III RP i „autorytety” – nikt nie spyta dlaczego?), nienawistnikiem i działającym z niskich pobudek (bo nie przestaje mnie intrygować zjawisko socjologicznej ciągłości pokoleniowej całych środowisk i wpływ tego zjawiska na naszą rzeczywistość, choć oczywiście uznaję indywidualną odpowiedzialność każdego za własne czyny – taka ciągłość to skądinąd zwykły mechanizm funkcjonowania wszystkich społeczności, w złym i w dobrym, także KIKu), wreszcie moherem (bo mniej lub bardziej kibicuję Radiu Maryja i go bronię, choć rzadko go słucham), itd. itp.
Zwróć uwagę Miszo, jak w toku dyskusji o Nergalu łatwo Ci przyszło powiedzieć (jeśli dobrze pamiętam), że Gazeta Polska i Radio Maryja są szkodliwe dla Kościoła (ot taka drobna generalizująca opinia). Nie wątpię, że jak się poszuka to znajdzie się coś do zarzucenia, bo nikt nie jest bezgrzeszny. Jednak z Twojej klawiatury spłynęło to jak truizm. Czy w tym momencie zawiesiłeś swoją miłość na kołku? Pozwolę sobie zauważyć, że ze swojej strony starałem się trzymać zasady pokazywania, co w tezach x Bonieckiego i „listu…” uważam za szkodliwe.
To czego chcę dokonać w dyskusji, to nie poniżenie adwersarza, ale przekonanie go do moich racji. Np.: popatrz to jest groźne i nie można wobec tego przejść obojętnie. Takie postępowanie jest błędne i niebezpieczne. Że piszę o zagrożeniach i innych niemiłych rzeczach zamiast cieszyć się życiem? Oczywiście, że staram się nim cieszyć, na ile potrafię, albo przynajmniej zarabiał pieniądze. Jednak gdybym nie widział zagrożeń to bym nie tracił czasu na całą tę pisaninę, za którą nikt mi nie płaci. To chyba normalne (i zdrowe), że mobilizują nas zagrożenia.
To tak a propos niskich pobudek, które po raz kolejny mi zarzucono.
Grzegorz
Drogi Grzegorzu,
Zapowiedziałem, że w dyskusję nad listem ks. Bonieckiego nie będę się włączał, i póki co zamierzam się tego trzymać. Pozwalam sobie nawiązać tylko do Twojej ostatniej wypowiedzi.
Nie zarzuciłem Tobie, jak również – mam nadzieję – nikomu innemu, działania z niskich pobudek. Z rozmysłem powtarzam w kolejnych dyskusjach, że założenie dobrej woli czy dobrej wiary oponenta jest warunkiem sensowności prowadzenia z nim dyskusji. W naszym komentarzu do sprawy ks. Bonieckiego zaznaczyliśmy, że zakładamy najlepszą wiarę jego przełożonych.
Zupełnie inną rzeczą jest ocena szkodliwości czyjejś działalności. Mam pewne wyobrażenie o Kościele, które staram się pogłębiać i konfrontować z Ewangelią i jego nauczaniem. W perspektywie tego wyobrażenia aktywność medialna np. „Naszego Dziennika” czy „Radia Maryja” – przy wszystkich ich zaletach wiążących się oddaniem głosu ludziom, których w ostatnich dwudziestu latach go pozbawiono – są szkodliwe dla Kościoła: przeciwskuteczne i nieraz balansujące na granicy moralnej dopuszczalności. Różnica polega na tym, że nikogo z Kościoła nie wyłączam, nikogo też nie oskarżam o np. moralny cynizm (przeciwnie, wierzę w najgłębsze przekonanie przedstawicieli wymienionych środowisk, że oto realizują misję zadaną nam przez Chrystusa), sam natomiast nie raz byłem już wyłączany i oskarżany. Dodajmy, że oskarżenie Zarządu KIK o instrumentalne wykorzystywanie wypowiedzi papieża jest z pogranicza oskarżeń o cynizm.
Piszesz o sobie ironicznie jako o „faszyście”, „oszołomie”, „nienawistniku” czy „moherze”. Czy ktoś na tym forum określił Cię przy pomocy tych słów? Odnoszę wrażenie wręcz przeciwne. Staramy się wytrwale odpowiadać na Twoje kolejne komentarze, traktujemy poważnie – jako partnera w dyskusji o Kościele, a nie szaleńca lub wroga. Jestem przekonany, że KIK kiepsko wywiązuje się ze swojej roli budowania płaszczyzny do dyskusji, by upodmiotawiać tych spośród swoich członków, którzy nie identyfikują się z jego głosem. Nikt tu jednak nikogo nie prześladuje i nie wyłącza z Kościoła. A jeśli chodzi o „Kontakt”, to dzieje się nawet więcej, ponieważ na równych prawach uczestniczysz w debacie z autorami tekstu, ostro ich krytykujesz, nawiązujesz do kolejnych tematów. Dlatego nie bardzo rozumiem, w jakim celu próbować się wpisać w rolę ofiary.
Pozdrawiam,
Misza
Panie Grzegorzu, Quasarze,
sytuuje moją wypowiedź na głębokim marginesie całej tej dyskusji. Dyskusji, jak wszyscy widzimy rzeczowej, ale nie zawsze przyjemnej. Pozwolę sobie nadal nie odnosić się co do meritum - o Nergalu pisać nie chcę – bo uważam, że jemu tylko o to chodzi. A jednocześnie jestem sygnatariuszem dwóch tekstów o ks. Bonieckim, które całkowicie wyczerpują moje stanowisko w tej sprawie.
Moim, jeszcze raz podkreślam marginalnym wpisem, chciałem tylko zaprotestować, przeciwko tak prostemu wskazywaniu kto jest poza Kościołem, a kto w nim. Kościół Chrystusowy jest wielki i różnorodny, i nie sądzę by ktokolwiek był depozytariuszem całej prawdy i pełni Kościoła. Dlatego nie podobają mi się insynuację czy przyczynowo-wynikowe stwierdzenia: „Do takich poglądów każdy oczywiście ma prawo, czy jednak wyznawanie ich nie oznacza postawienia się poza Kościołem?„ lub „Rozumiem, że można mieć takie poglądy na Boga, ale to nie jest chrześcijaństwo, przynajmniej według znanych mi kryteriów„. Uznajmy pokornie, że nie są nam udostępnione granice naszego niewidzialnego Kościoła. Nie znamy boskich kryteriów. Natomiast prowadźmy dialog, spierajmy się, dyskutujmy wewnątrz Kościoła.
Skierowałem również prośbę o trochę szacunku, poprzez wyzbycie się ciągłych insynuacji i stygmatyzacji. Marzy mi się abyśmy dyskutowali bez nieprzyjemnego określania lub samookreślenia się poprzez płytkie łatki ciemnogrodów, salonów, moherów, elit III RP, ludzi plecących głupstwa, wierzących w nowego proroka, bałwochwalców, ludzi pozbawionych „dobrej woli”, ludzi normalnych w cudzysłowie, czy poprzez dopowiadanie dezawuujących intencji – jak chęć bycia trendy, i tak dalej. Jestem przekonany, że bez tego się da, a i będzie nam łatwiej, przyjemniej i być może bardziej konstruktywnie.
Ad vocem,
Quasar - szacunek to nie tylko odniesienie się do argumentów. Natomiast mam wrażenie, że nasz naczelny dzielnie to robi, czego dowodem jest ta naprawdę długa dyskusja.
Quasar – bardzo mi się podoba uwaga o zewnętrznej roli języka. Sądzę, że bardzo ciekawą byłaby praca poświęcona roli metafor i metonimii w rozumieniu Boga Chrześcijańskiego w perspektywie obiektywizmu. Kiedyś mit obiektywizmu i dogmatów próbował obalić Lakoff, ale to było na początku badań nad metaforami. Jestem ciekaw jak możemy zmierzyć się dziś ze stwierdzeniem: prawda zawsze pozostaje w związku z systemem pojęciowym. Muzułmanie „wybrnęli” z tego problemu sakralizacją języka arabskiego... Dużo by pisać. Moje pokazanie, że są różne drogi do Boga wewnątrz Kościoła, jak i poza nim nie ma nic wspólnego z Nergalem. To był wstęp do myśli o tym, że nie możemy określić, gdzie Kościoła nie ma.
Panie Grzegorzu – zupełnie się nie gniewam za pomylenie naszych imion :)
Panie Grzegorzu – mam nadzieję, że wybaczy mi Pan, że nie odniosę, się do listu w sprawie x. Bonieckiego.
Panie Grzegorzu – ani przez moment nie miałem intencji pozycjonowania moralnych autorytetów i nędznych robaków. Jeżeli tak to Pan odebrał, proszę przyjąć moje szczere przeprosiny.
Pozdrawiam Was obu serdecznie,
Paweł Cywiński
Panie Pawle
"Zło dobrem zwyciężaj" rozumiem jako wstawianie się za dobrem, staranie się by dobro wypełniało całą moją przestrzeń myśli i czynów. Dlatego nie skupiam się na tym czego chce Nergal i przeciwdziałaniu jego zamierzeniom. Pan postępuje tak gdy: "o Nergalu pisać nie chcę – bo uważam, że jemu tylko o to chodzi". Ja chcę postawą wobec krzywdy jaką widzę opowiadać się po stronie dobra, czyli być świadkiem dobra także dla Nergala. Bo czyny trzeba potępiać, nie ludzi. Ta różnica może jest subtelna ale ważna.
Pokój temu Blogowi i wszystkim jego współtwórcom!
Pomyślałem, że warto zaproponować 10-tkę różańca, albo inną (bardziej progresywną;) modlitwę za ks. Bonieckiego. Bo wszędzie - również i tu - jego osoba wylądowała na sztandarze, którym machają jedni, a do którego strzelają drudzy. A kontekst osobisty jego posługi jako zakonnika umyka nam w dyskusji - choć mało w niej zakonników.
Stąd propozycja: poszukajmy też ciekawych głosów z ich strony! Ja znalazłem - bo subskrybuję - wypowiedź o. Leona Knabita z Tyńca:
http://www.tyniec.benedyktyni.pl/ps-po/?p=7619&utm_source=feedburner&utm_medium=email&utm_campaign=Feed%3A+benedyktyni%2FKnAO+%28PSPO%29
I bardzo mi trafia do przekonania!
An
@Misza i @ Paweł Cywiński: Mi jest smutno że dużo piszecie o dialogu a nie dialogujecie. Smutno mi że mówicie o szacunku a nie okazujecie go poprzez odpowiadanie na pytania i argumenty mojego taty. Obiektywnie patrząc na taki dialog można niestety przeżyć coś na kształt zniechęcenia i zarzucić dialog co byłoby niestety intelektualną stratą dla Kościoła.
Ola Strzemecka
Olu,
Z góry zapowiedziałem, że nie będę w tej chwili wypowiadał się w tym wątku, ponieważ chwilowo po prostu brakuje mi na to czasu, a zrąb swoich poglądów na sprawę przedstawiłem w komentowanym wpisie.
Oskarżasz nas o niedialogiczną postawę. No to przypomnijmy sobie, od czego zaczęłaś polemikę z tekstem o Nergalu. Jakoś nie zabrakło nam wtedy chęci, by z Tobą rozmawiać, choć na widok takiego komentarza człowiekowi po prostu się odechciewa odwoływać do jakichkolwiek argumentów.
Włączyłem się do tej dyskusji, ponieważ Twój Tata napisał mimochodem coś, co moim zdaniem świadczyło nie najlepiej o jego podejściu do oponentów w dyskusji (w tym wypadku do KIK-u). Chciałem to szybko sprostować - i tyle.
Niestety, nie jestem w tej chwili w stanie włączyć się do dyskusji na tyle, na ile bym chciał. To nie kwestia braku szacunku, lecz obiektywnych ograniczeń.
Proszę o wyrozumiałość,
Misza
Mnie podoba sie mysl Ojca Leona Knabita.
http://www.tyniec.benedyktyni.pl/ps-po/?p=7619
Matka Teresa takze zawsze posluszna przelozonym, zawsze pokorna, zasypywala ich listami by sie spieszyli z decyzjami, bo dzielo Boze czeka ale nigdy o nic zlego nie posadzila tych ktorym byla posluszna.
Mysle ze przelozeni ks. Bonieckiego nie kieruja sie checia zamkniecia mu ust. Problematyka poruszana przez ks. Bonieckiego wzbudza kontrowersje, rowniez wsrod duchownych Kosciola. Chodzi o danie sobie czasu ciszy, nauke pokory, by Duch Swiety mogl dzialac. Bo umysl potrzebuje ciszy medytacji - czyli modlitwy by otworzyc sie na dzialanie Ducha Swietego.
Burza rozpetywana wokol tego zdarzenia psuje te zamierzenia. Kosciol nie opiera sie na intelektualnych dociekaniach mistrzow rozumu, choc tez sa oni dla spolecznosci Kosciola bardzo wazni. Ale Kosciol opiera sie na dzialaniu Ducha Swietego. To dzieki Niemu trwa i wychowuje polejne pokolenia.
Przepraszam za brak polskich znakow, pisze z obczyzny
Pozdrawiam wszystkich i zycze owocnych przemyslen
Dzięki przeziębieniu znalazłem trochę czasu i pomyślałem, że warto wrócić do wypowiedzi w sprawie księdza Bonieckiego, do których - jak dotąd - się nie odniosłem.
1. Inna rzecz wyrażenie środowiskowej opinii na temat suspendowania księdza Bonieckiego, inna - kontynuowanie medialnego sporu o niego. Decyzję Ojca Prowincjała uważam za błędną (co więcej, mam pewne podstawy do tego, by przypuszczać, że on sam ją za taką uważa, tyle że dziś nie sposób się już wycofać bez wyrządzenia Kościołowi jeszcze większej krzywdy), ale niechętnie spoglądam też na znęcanie się nad księdzem Naumowiczem i na dalsze pogłębianie kościelnych podziałów. Swoje poglądy w bardziej uporządkowany sposób wyłożyłem na Areopagu XXI(tu i tu).
2. W kwestii posługiwania się w dyskusji wokół sprawy księdza Bonieckiego argumentem z posłuszeństwa, wszystkich odsyłam do dyskusji na ten temat, którą przeprowadzili (również na Areopagu) Tomasz Wiścicki i marianin Krzysztof Paczos (tu). Ojciec Paczos, skądinąd autor poważnych publikacji poświęconych ślubowi posłuszeństwa, w dość prosty sposób wykazuje, że paternalistyczne jego rozumienie nie jest dziś aktualne i że sama idea posłuszeństwa ewoluowała. Podobnie, jak nie wyobrażamy sobie dziś, by czytać korespondencję zakonników czy karać ich karcerem, tak też nie powinniśmy akceptować odbierania im prawa do swobodnej wypowiedzi, o ile wypowiedź ta nie narusza granic wyznaczonych przez Magisterium.
3. W swoich wcześniejszych wpisach Grzegorz sugerował, że ksiądz Boniecki takie granice przekroczył. To nieporozumienie, oparte na pomyleniu nauczania Kościoła z jego aplikowaniem w życiu społecznym i politycznym. Można to ująć i tak: Kościół (w sensie nauczającym) określa zasadnicze cele dążeń chrześcijanina, jak również ich ramy (bo cel nie uświęca środków). Tenże Kościół nie rozstrzyga jednak, które spośród dopuszczalnych środków najbardziej nas do wspomnianych celów przybliżą. Dlatego też nie udziela on (co najwyżej robią to jego przedstawiciele we własnym imieniu) ostatecznych odpowiedzi na pytania o obecność krzyża w parlamencie (chciałbym, żeby tam wisiał, ale gdyby wymagało to bijatyki pod nim, to pierwszy wnoszę o jego zdjęcie) czy obecność Nergala w Telewizji Publicznej. Ksiądz Boniecki nie zanegował żadnych spraw fundamentalnej wagi dla Kościoła, a jedynie - w sposób lapidarny i kontrowersyjny - przedstawił inny możliwy sposób troski o te sprawy. Jak trudno niektórym z nas nie byłoby w to uwierzyć, ignorowanie Nergala może być wyrazem troski o Kościół i jego misję. W jednym z wcześniejszych komentarzy wspomniałem już protest związany z dystrybucją książki pań Bratkowskiej i Szczuki przez EMPiK. Mam poczucie, że postawa, której brak wytyka Grzegorz księdzu Bonieckiemu, doprowadziła w tamtym przypadku do sporego zła, jakim było rozreklamowanie owej książki wśród antyklerykalnej młodzieży. Nie twierdzę tu (za Zbigniewem Nosowskim), że ksiądz Boniecki jest nieomylny, bo nie jest. Nie naruszył jednak doktrynalnych granic, a przekonanie przeciwne oparte jest jedynie na wspomnianym wyżej pomyleniu porządków.
4. Domysły Grzegorza dotyczące tego, czy dla księdza Bonieckiego Szatan jest jedynie metaforą, a Bóg - ogólnohumanistyczną ideą dobra - są imputowaniem mu poglądów, których nie wygłosił. To czysta spekulacja, podszyta własnymi założeniami odnośnie jego osoby. Polecam zapoznać się z wypowiedzią księdza Bonieckiego na temat Szatana - tego, w którego wierzy, i tego, w którego nie wierzy: tu). Istnienie Nieprzyjaciela należy do depozytu wiary Kościoła, ale sposób walki z nim - już nie. Mam poczucie, że w tej walce wcale nie są najskuteczniejsi ci, którzy najgłośniej o nim krzyczą i najwytrwalej tropią jego cień w słowach i postępowaniu innych ludzi.
5. W całej tej dyskusji (zarówno tu, jak i w innych miejscach) zwolennicy suspendowania księdza Bonieckiego nadzwyczaj często wypowiadali słowo „zamęt”. Nie chciałbym już rozwijać tego wątku, więc tylko odeślę do swojego wpisu sprzed paru miesięcy, w którym komentowałem słynne wystąpienie Grzegorza Brauna na KUL-u (w szczególności zaś jego słowa o arcybiskupie Życińskim): tu. Jak w wywiadzie dla „Kontaktu” powiedział kiedyś ksiądz Jacek Prusak, „nie chodzi o to, żeby odrzucać Kościół i głosić, że poczucie bezpieczeństwa w sytuacjach moralnych jest czymś złym. Nie należy jednak traktować integryzmu, poczucia bezpieczeństwa, jako życia w prawdzie. To nie jest to samo, bo życie w prawdzie bardzo często nie daje żadnego poczucia bezpieczeństwa”.
Pozdrawiam,
Misza
Drogi Miszo Twoje poglądy w kwestiach o których piszesz akceptuję choć nie w pełni podzielam. Nie odniosłeś się (a szkoda) do tego co pisałem o krzywdzie jaką wyrządzamy młodym gdy nie opowiadamy się jasno, czyli wprowadzamy zamęt. Przykro mi ale ks. Adam wg mnie nie wypowiadał się jasno. Być może zbyt mało o to dbał, bo myślę że ma jasno sprecyzowane poglądy.
Ale gdy przyzwalamy na medialność osób które niepoważnie lub wzgardliwie traktują wiarę w Boga niestety godzimy się by młodzi mieli od kogo uczyć się niepoważnego traktowania wiary. A to jest wg mnie wielka nasza wina wobec nich.
Szkoda, z mojego punktu widzenia bardzo szkoda, a nawet przykro. Pozostaję w przeświadczeniu, że Wam nie jest po drodze z tymi którzy szukają prawdziwych problemów zwykłych ludzi i starają się szukać rozwiązań dla nich. Wolicie mniej lub bardziej wydumane konstrukcje myślowe mające małe znaczenie dla zapobiegania krzywdzie ludzkiej. Widocznie nie zależy wam na dobru a na racji. Cóż, do takich wniosków dochodzę widząc Wasze milczenie. W takim razie "strząsam pył z moich butów" i odchodzę.
Nie bardzo wiem, co rozumiesz przez "wydumane konstrukcje". Wydawało mi się, że na tyle, na ile to możliwe staramy sie w "Kontakcie" zajmować kwestiami jak najbardziej praktycznymi, wyciągając z naszej wiary właśnie praktyczne konsekwencje (vide: najnowszy numer). Chciałbym też, żebyś wskazał mi drugą redakcję, która z takim zaangażowaniem próbuje odpowiadać na komentarze pod swoimi tekstami - to a propos naszego milczenia. Nie jesteśmy do dyspozycji w każdej chwili, niemniej próbujemy mierzyć się z zarzutami i podejmować dyskusję. Tak więc czuję się niezbyt ładnie potraktowany, gdy czytam o strząsaniu prochu z Twoich sandałów po wysiłku, jaki włożyłem we wcześniejszy jej przebieg. No, ale mniejsza o to.
Nie odpisywałem, ponieważ w poprzednim wpisie odesłałem już do innej wypowiedzi, w której wyraziłem, co myślę o zarzucie "wprowadzania zamętu" i kwestii bezpieczeństwa w wierze. To prawda, że ks. Boniecki mógł wypowiedzieć się w sposób bardziej kompletny o krzyżach i Nergalach, niemniej trzeba pamiętać i o tym, że są sprawy, w których trzeba się wypowiadać jasno, i są takie, w których nie trzeba. We wzmiankowanych tematach dopuszczalne są różne opinie wśród chrześcijan, nie rozumiem więc, dlaczego mielibyśmy ukrywać to przed ludźmi młodymi. Dlaczego mielibyśmy wychowywać chrześcijan w poczuciu fałszywej jednorodności światopoglądowej, zamiast w poszanowaniu różnic pomiędzy nami? Ale, jak mówię, nie bronię tu zdawkowości wypowiedzi ks. Adama. Co oczywiście nie zmienia mojego poglądu na temat jego suspendowania. A temat chrześcijańskiego wychowania, trochę opuszczony ostatnio, warto podejmować i zastanawiać się, jakie powinny byc jego ogólne ramy.
Misza przepraszam. To moja niezbyt delikatna prowokacja. Chciałem usłyszeć Twoją odpowiedź na kwestię wychowania młodych - to jej i tylko jej dotyczył zarzut milczenia.
Na pewno masz rację że nie powinniśmy młodych izolować od prawdy, nie o to też mi chodzi.
Troszkę uzasadnienia:
Ja z własnego doświadczenia i przeświadczenia po prosu wiem, że młodzi potrzebują rodziców na których się mogą wzorować i co ważne mieć w nich oparcie (co zresztą nie jest jakąś wyjątkową wiedzą ale ważną dla tego co chcę powiedzieć). Szanuję to że ( i jeśli) wielu potrafi dzieciom wytłumaczyć dlaczego nie negują Nergala w telewizji choć on profanuje Biblię. Że umieją połączyć w spójne wytłumaczenie prosto rozumującemu 13-latkowi dlaczego nie chcą krzyża w sejmie z pewnością, że ten 13latek kiedyś nie zechce odejść z Kościoła by tej inności, która przecież "nie jest zła", spróbować.
My wiemy: inność nie jest zła ale wiemy że jesteśmy powołani by postawą miłości być światłem dla tych co "są inni". Bo tolerancja to nie jak się obecnie rozumie totalna akceptacja. Nie! Tolerancja to szacunek dla inności ale w tym szacunku jest też potrzeba głoszenia swojej prawdy. Głoszenia co to musi być cierpliwe i łaskawe jak mówi św. Paweł, czyli z miłością.
My to rozumiemy. Aby nasze dzieci poszły pewną drogą i doszły daleko muszą mieć jasne ideały.
Co tu mówić o dzieciach. Wielu dorosłych nie rozumie jakim cudem można być księdzem i o kimś kto rzuca Biblię mówiąc "eat that shit" mówić sympatyczny pan.
A propos. Buzek ostatnio również powiedział, że Europa musi powrócić do podstawowych wartości. Też tak uważam: do tych najprostszych i najbardziej podstawowych. Bo w zbyt rozrośniętej i pogmatwanej ideologii wielu się gubi. To też jest przyczyna kryzysów moralności a w konsekwencji też ekonomicznych. Dwa przykłady:
1. pochodne narzędzia ekonomiczne, zarabianie na samym fakcie posiadania pieniędzy. To jest niemoralne.
2. Na samym początku bankowości religia piętnowała pobieranie odsetek od pożyczek, teraz się to wydaje całkiem normalne.
To taka dygresja na marginesie
Prześlij komentarz