![]() |
| Fernando Botero: Massacre in Colombia, 1999 |
Paweł Zerka
W Kolumbii panuje przeświadczenie, że przyczyną konfliktu zbrojnego jest słabość struktur państwa. Trzeba jednak uważać: koncepcja „państwa upadłego” nie tylko odwraca uwagę od specyfiki tutejszego konfliktu, ale też skrywać może niebezpieczne cele polityczne.
W Bogocie czy Medellin, jeśli ma się szczęście, można czuć się jak na Zachodzie. Nie brakuje tu wysokiej jakości uczelni, ekskluzywnych sklepów, znakomitych restauracji i teatrów. W obu miastach działa nowoczesna komunikacja publiczna, a w komercyjnych dzielnicach panuje taka sama atmosfera, jak w Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku. Ci, którzy żyją w zamkniętych osiedlach, a pracują w luksusowych wieżowcach, do których dojeżdżają taxi lub własnymi 4x4, mogą z powodzeniem zapomnieć o tym, że w ich kraju cały czas, od ponad pół wieku, toczy się krwawa wojna domowa.
A jednak, w niektórych rankingach Kolumbia cały czas uznawana jest za niesprawne, czasem nawet jako upadłe państwo (ang. failed state). W niektórych - bowiem podobnych zestawień jest mnóstwo. Najpopularniejsze z nich to te, które regularnie publikują Bank Światowy, OECD, CIA, USAID, miesięcznik Foreign Policy, kanadyjski Uniwersytet Carlton czy Instytut Brookings. Autorzy każdego z tych rankingów mają ambicję opracowania jedynego w swoim rodzaju wskaźnika, który w końcu pokazałby czarno na białym, które państwa są sprawne, a które nie. A to przekłada się na ogromny bałagan definicyjny. Takie terminy, jak „państwo upadłe” czy „państwo zbójeckie” (ang. rogue state), na stałe zagościły w debacie publicznej. Często mówi się też o państwach słabych, niesprawnych albo niestabilnych. Sęk w tym, że stosując którykolwiek z tych terminów rzadko kiedy przywiązuje się wagę do ich dokładnego znaczenia. Szafuje się nimi na prawo i lewo, z reguły tylko po to, aby zamknąć usta politycznym adwersarzom (a przy okazji popisać się znajomością angielskiego).
Co prawda, bez względu na definicję, wszyscy bez wyjątku za upadłe uznają takie państwa, jak Somalia, Kongo czy Afganistan. Ale gdy chodzi o mniej jaskrawe przypadki, ostateczna pozycja w rankingu zależy wyłącznie od zastosowanego kryterium słabości państwa. Jedni trzymają się kurczowo Maxa Webera i uważają za upadłe takie państwo, które nie jest w stanie utrzymać monopolu na prawomocne stosowanie przemocy. Inni zwracają uwagę na słabość administracji i instytucji państwowych. Na utratę kontroli nad terytorium narodowym lub nad obywatelami. Na niemożność zapewnienia podstawowych usług publicznych. Albo na symboliczną utratę przez państwo legitymacji w oczach obywateli.
Jeżeli upadek państwa rozumie się na tyle szeroko, wówczas faktycznie można uznać Kolumbię za państwo częściowo upadłe. Rząd kontroluje tylko część kraju, rywalizuje z guerrillą i bandas criminales (spadkobiercami paramilitares) w zakresie stosowania przemocy, a przy tym nie potrafi zneutralizować olbrzymich społecznych nierówności, zapewnić powszechnego dostępu do edukacji czy służby zdrowia. Panuje wręcz przekonanie, że niesprawność państwa jest główną przyczyną wojny domowej wyniszczającej Kolumbię od dekad. Niemniej, to pozornie neutralne twierdzenie skutecznie odwraca uwagę od specyfiki kolumbijskiego konfliktu, i to być może w sposób zamierzony.
Jest co najmniej pięć argumentów przeciwko stosowaniu terminu „państwo upadłe” w stosunku do Kolumbii:
Po pierwsze, pojęcie to pojawiło się w krajowej debacie publicznej w pierwszej dekadzie XXI w. Czyli dokładnie wtedy, gdy rząd negocjował warunki demobilizacji z prawicowymi grupami zbrojnymi! Koncepcja ta posłużyła jako dogodne usprawiedliwienie dla przemocy wcześniej stosowanej przez paramilitares. Owszem, uciekali się oni do nielegalnych działań zbrojnych, ale -ich zdaniem- zmusiły ich do tego okoliczności, bo państwo samo nie dawało sobie rady w walce z lewicową partyzantką. Z tej perspektywy, paramilitares przedstawiali się jako obrońcy narodu. To z kolei pozwoliło rządowi na ich łagodne potraktowanie.
Po drugie, dyskusja na temat Kolumbii jako państwa upadłego utrwala wizję, zgodnie z którą mamy albo państwo, albo nielegalne grupy zbrojne wypełniające pozostawioną przez nie lukę. Tymczasem, w ostatnich latach wyszły na jaw częste powiązania między przedstawicielami państwa a partyzantką lub paramilitares. To pokazuje, że w przypadku Kolumbii mamy raczej do czynienia z niebezpieczną fuzją grup zbrojnych i państwa, i że trudno wytłumaczyć dynamikę tutejszego konfliktu bez odwołania się do tych powiązań. Taka wizja jest jednak niewygodna dla rządu. Zważywszy zaś na wspomnianą osmozę między środowiskami zbrojnymi a państwem, można na poważnie zastanawiać się, czy przypadkiem niektórym przedstawicielom władzy nie zależy na tym, aby Kolumbia pozostała upadła?
Po trzecie, koncepcja failed state traktuje państwo jako aktora jednorodnego. Tymczasem, konflikt zbrojny w Kolumbii trwa tak długo między innymi ze względu na silne sprzeczności występujące wewnątrz struktur państwa, zwłaszcza gdy porówna się władzę centralną z regionalną. Dobrze obrazują to trwające w tych dniach wybory samorządowe, które na prowincji w wielu przypadkach odbywają się pod dyktando miejscowych kacyków, powiązanych z nielegalnymi grupami zbrojnymi. Zwykle państwo, owszem, stoi w opozycji względem tych grup, ale czasami niekoniecznie.
To z kolei prowadzi do czwartego argumentu: dyskusja na temat państwa upadłego odwraca uwagę od tego, że państwo również może być podmiotem korzystającym z przemocy w sposób nielegalny. Kolumbijskie wojsko, mówiąc bez ogródek, ma na rękach krew wielu niewinnych obywateli. W ostatnich miesiącach mówi się dużo o tzw. falsos positovos, czyli „fałszywych partyzantach”, zabijanych przez wojsko po to tylko, aby podreperować statystyki walki z guerrillą. Tymczasem, rząd do tej pory nie jest gotów wziąć na swoje barki odpowiedzialności za udział w konflikcie zbrojnym. Winni mają być wyłącznie paramilitares i partyzanci, natomiast państwo stawia się w pozycji ofiary.
Wreszcie, po piąte, o upadłych państwach mówi się zwykle mając na myśli europejską koncepcję państwa. Jednym słowem, Kolumbię uważa się za niesprawną, bo daleko jej do Francji, Szwecji czy Norwegii. Nie bierze się pod uwagę zupełnie odmiennego kontekstu historycznego, kulturowego, społecznego i ekonomicznego. A być może do Kolumbii bardziej pasowałoby określenie „państwo w budowie” - niestety, po polsku brzmiące niezręcznie z uwagi na niedawne wybory parlamentarne? Może jej przeznaczeniem jest inny model? A może -przy zachowaniu wszelkich proporcji- przechodzi teraz przez podobny etap rozwoju, co Stany Zjednoczone w połowie XIX w., pogrążone w wojnie domowej, której rozwiązanie dało dopiero podstawy do ukształtowania się stabilnej państwowości?
***
Nie ulega wątpliwości to, że kolumbijska rzeczywistość przesiąknięta jest przemocą. Jeszcze zanim w latach 60. wybuchła wojna domowa między wojskiem, partyzantami i prawicowymi grupami zbrojnymi, przez dziesięciolecia trwała rzeź pomiędzy dwoma głównymi stronnictwami politycznymi: liberałami i konserwatystami. Tamta epoka przeszła do historii pod nazwą La Violencia. Można zaryzykować stwierdzenie, że Kolumbia nie jest żadnym failed state, lecz państwem, które działa w warunkach głęboko zakorzenionej kultury przemocy. Niektórzy, sięgając daleko w przeszłość, dopatrują się źródeł tej przemocy w działalności hiszpańskich kolonizatorów albo w retoryce przez wieki upowszechnianej przez tutejszy Kościół. Ale potrzebą chwili nie jest znalezienie abstrakcyjnego "winnego", lecz przełamanie krwawego fatum.
Dziś większość obywateli nie jest w stanie wyobrazić sobie końca wojny domowej. Nie tylko nie widzą szans na pokojowe rozwiązanie, ale przede wszystkim trudno jest im zwizualizować sobie własny kraj bez konfliktu. Czy kulturę przemocy da się przezwyciężyć? I czy państwu, które to wyzwanie powinno podjąć, dostatecznie mocno na tym zależy?
Tekst ukazał się uprzednio na dotyczącym Kolumbii blogu Pawła Zerki: notyzbogoty.blogspot.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz