niedziela, 25 grudnia 2011

Bóg się rodzi

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele!

Przeżywając wspólnie z Wami Uroczystość Narodzenia Pańskiego, redakcja „Kontaktu” pragnie złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia. Przypomnijmy sobie słowa pięknej kolędy, które wyśpiewywaliśmy ostatniej nocy, uczestnicząc we mszy świętej pasterskiej:

Wzgardzony, okryty chwałą,
Śmiertelny Król nad wiekami!
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami.

Obyśmy potrafili w naszym życiu rozpoznawać Boga, który „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć” (Mk 10,45). Obyśmy potrafili co dzień Go naśladować, pamiętając, że On sam wybrał „to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone” (1 Kor 1,28). Obyśmy pozwolili Bogu wcielonemu, który podzielił ze swoim stworzeniem dramat rzucenia się w świat, rzeczywiście zamieszkać pośród nas, w naszych sercach, domach i wspólnotach.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Przeszłość polsko-niemiecka

Katarzyna Kucharska

W Berlinie, w muzeum Martin Gropius Bau, wystawiono rachunek polskiej megalomanii narodowej. Na wystawie o historii polsko-niemieckiego sąsiedztwa, w samym jej centrum, wzięto na warsztat płótna Jana Matejki: Bitwę pod Grunwaldem oraz Hołd Pruski.

***

Berlińska wystawa jest w gruncie rzeczy historyczna i specjalista od spraw sztuki niewiele ma na niej do zrobienia, jeśli nie przyzna, że dzieła są po prostu przedmiotem historii. Uwikłane w dyplomatyczne i polityczne gesty, z perspektywy czasu, mają olbrzymi potencjał jako źródła wiedzy, za to ich estetyka, rzemiosło czy duchowy potencjał schodzą na dalszy plan.

Z piłką u Bizanca

Kraków, lata dwudzieste XX wieku. Kawiarniany gwar niesie się w głąb ulicy Juliana Dunajewskiego. Popołudniami i wieczorami kawiarnia „U Bizanca” (na rogu ulicy Karmelickiej i Dunajewskiego) zapełnia się gośćmi. Klientami Bizanca jest w większości inteligencja. Często osobistości nieprzeciętne. Do późna rozprawiają o Polsce, o polityce i... piłce nożnej. Tak, kawiarnia Bizanca jest miejscem spotkań piłkarzy, trenerów, działaczy i dziennikarzy sportowych. Przedstawiciele rożnych klubów mają wydzielone specjalne stoliki. U Bizanca decyduje się, kto zasłużył na powołanie do kadry, tu planuje się rozgrywki ligowe i kontraktuje mecze. To tu profesor Jan Weyssenhoff, pomiędzy pisaniem kolejnych rozdziałów swojej pracy habilitacyjnej z fizyki, pisał jeden z pierwszych polskich podręczników do gry w piłkę nożną: „Sztuka gry w piłkę nożną”. To zapewne tutaj zrodziła się idea założenia Polskiego Związku Piłki Nożnej.


poniedziałek, 12 grudnia 2011

Pols-Kość niezgody


Jan Mencwel

Już jutro, 13 grudnia, na ulice Warszawy wyjdzie kolejny marsz. Tym razem nazywa się Marszem Solidarności i Niepodległości i chodzi w nim o coś więcej niż o ukaranie generała Wojciecha Jaruzelskiego, odpowiedzialnego za wprowadzenie 30 lat temu stanu wojennego. „Dziś już publicznie głosi się walkę z Krzyżem, z Kościołem katolickim, z wiarą i tradycją narodową. (…) Przede wszystkim otwarcie dąży się do ograniczenia niepodległości Państwa Polskiego” – piszą na oficjalnej stronie organizatorzy. A więc, podobnie jak 11 listopada, środowiska prawicowe chcą zorganizować uliczny egzamin z patriotyzmu. Przekaz jest jasny: nam zależy na Polsce, na naszym wspólnym dobru, a wam, którzy zostajecie tego dnia w domu – w najlepszym wypadku tylko na sobie.

Nie dziwi wcale powoływanie się na uczucia patriotyczne przy okazji domagania się „prawdy o Smoleńsku” czy o stanie wojennym – nie sposób organizatorom tych wydarzeń odmówić autentycznej troski o Polskę. Niepokoi za to co innego - 13 grudnia 2011 roku to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz, kiedy polska prawica (zarówno ta „stara”, której mniej lub bardziej symbolicznym liderem jest Jarosław Kaczyński, jak i coraz silniej dające się zauważyć młode pokolenie działaczy i publicystów) próbuje wmówić wszystkim, że ma monopol na słowo „patriotyzm”.

Krucjata Dzielenia Kościoła



Ignacy Dudkiewicz

Niewiele może mnie już zdziwić. To, że niektórzy chcieliby Warszawę zamienić na Budapeszt, jest mało szokujące. Jednak gdy ktoś angażuje do tego Kościół, Matkę Bożą, modlitwę i samego Boga, kłopoty piętrzą się samoistnie. Aż dziw, że nie zauważa ich ani Sekretariat Krucjaty Różańcowej w Teresinie (link), nawołujący do brania przykładu z Węgrów, ani biskupi, ową inicjatywę firmujący nie tylko swoim nazwiskiem, ale i autorytetem Kościoła. Jednocześnie, czego nie dostrzegają (oby przez niedopatrzenie), ten autorytet podważając.

Nie chciałbym rozwodzić się nad sformułowaniami ze strony internetowej Krucjaty. Nie podziwiam węgierskich przemian, polegających na wpisywaniu do Konstytucji Boga i wartości chrześcijańskich, przy jednoczesnej penalizacji bezdomności oraz stawianiu osób bezdomnych przed sądem za rzekome „przestępstwo”, jakiego się dopuścili, nie mając domu. Nie lubię bawić się w wyliczanie, ilu ludzi musi się modlić w danej intencji, by się ona spełniła; tak, jakbyśmy to przede wszystkim efektem skali mogli „przekonać Pana Boga” (jak pięknie nazywał to ksiądz Tischner) i jakby to on był najistotniejszy w modlitwie. Chrystus mówiąc: „Gdzie dwóch lub trzech…”, nie domagał się 10 milionów, a kończąc to zdanie, nie powiedział: spełnię każdą ich prośbę, a obiecał coś znacznie piękniejszego – swoją obecność. Nigdy nie sądziłem, że to katastrofa smoleńska skłoniła Węgrów do zmiany władzy (choć uczciwość każe mi dodać, że inicjatorzy Krucjaty Różańcowej tej absurdalnej oceny też już nie podzielają).

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Rewolucja informacyjna na Bałkanach



Marysia Złonkiewicz

Jesteśmy świadkami rewolucji medialnej na Bałkanach. W tej części Europy powstała pierwsza od czasu rozpadu Jugosławii panregionalna telewizja informacyjna. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby był to projekt czysto bałkański lub wielkich zachodnich koncernów medialnych. W końcu to w stronę Europy Zachodniej zmierza kierunek polityki krajów regionu. Jednakże nowa bałkańska czwarta władza pochodzi z Bliskiego Wschodu. Od dwóch tygodni mieszkańcy Bośni i Hercegowiny, Chorwacji, Serbii, Macedonii, Czarnogóry, Kosowa, Bułgarii oraz Słowenii odbierają należącą do Kataru Al Jazeerę Balkans. Czyżby był to następny przejaw osłabienia europejskiej dominacji na Bałkanach?

Wolfgang Tillmans wielkim artystą jest


Tomek Kaczor

Od 19 listopada sale warszawskiej Zachęty goszczą prace jednego z najbardziej znanych współczesnych fotografów – Wolfganga Tillmansa. I choć na kulturalnej mapie stolicy wystawa Zachęta Ermutigung jest wydarzeniem dużego kalibru, przybliżenie postaci autora wydaje mi się niezbędne.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Niekonsekwencja

Misza Tomaszewski

W polskim Kościele nie zwykło się aprobować podejmowania przez chrześcijanina – czy to świeckiego, czy duchownego – dyskusji z Magisterium. Próby takie skutkują zazwyczaj oskarżeniami o stawianie się poza wspólnotą wiernych, o niestosowne pouczanie wspierającego się na Tradycji Urzędu Nauczycielskiego, w skrajnym przypadku – o maskowanie pytaniami własnych niegodziwych intencji (dodajmy, że chodzi najpewniej o intencje natury seksualnej). Wystarczy przypomnieć sobie gromy, które spadały i wciąż spadają na głowy krytyków kościelnego nauczania dotyczącego antykoncepcji, sformułowanego przez Pawła VI w encyklice Humanae vitae i podtrzymanego przez Jana Pawła II w Evangelium vitae.

Okazuje się jednak, że o ile nie wypada polskiemu chrześcijaninowi krytykować 13 punktu Evangelium vitae, w którym rozprawia się papież z antykoncepcją, o tyle wolno mu swobodnie interpretować punkt 56, dotyczący moralnego zakresu stosowania kary śmierci. Taki przynajmniej sygnał nadał dziś w TVN24 przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Józef Michalik. Powiedział on: „W Katechizmie Kościoła Katolickiego jest powiedziane, że jeśli przestępca jest wielokrotny i nie ma innej możliwości, żeby ochronić inne życie, bo ciągle mu zagraża i państwo jest słabe czy sytuacja jest tego rodzaju, że inaczej się nie da, to – w bardzo wyjątkowych sytuacjach – nie byłoby przekroczeniem prawa Bożego podjęcie decyzji o pozbawieniu życia takiego człowieka”. To prawda, że Katechizm coś takiego właśnie głosi, wyraźnie jednak zastrzegając (za Evangelium vitae), iż „dzisiaj, biorąc pod uwagę możliwości, jakimi dysponuje państwo, aby skutecznie ukarać zbrodnię i unieszkodliwić tego, kto ją popełnił, nie odbierając mu ostatecznie możliwości skruchy, przypadki absolutnej konieczności usunięcia winowajcy są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale” (2267).

Wywiad o Wenezueli z Simonem Aberto Consalvim


Rozmowa Pawła Zerki z Simonem Aberto Consalvim, opozycjonistą, redaktorem naczelnym najważniejszego wenezuelskiego dziennika El Nacional, dziennikarzem, historykiem i politykiem, dwukrotnym Ministrem Spraw Zagranicznych (1977-79 i 1985-88), a także Ambasadorem w Jugosławii, Stanach Zjednoczonych i przy ONZ w okresie, gdy Wenezuela była członkiem Rady Bezpieczeństwa.



Wenezuela to kraj pełen paradoksów. Nie wiadomo, czy jest bardziej demokracją, czy dyktaturą; czy jest bogata, czy biedna. Czy da się ją porównać do jakiegokolwiek innego kraju?

Niektórzy pewnie uznają mnie za szaleńca, ale uważam, że Wenezuela pod wieloma względami przypomina Związek Radziecki. Gdy w latach siedemdziesiątych, w wyniku wojny Jom Kipur, nieoczekiwanie poszybowały ceny ropy naftowej na światowych rynkach, zarówno ZSRR, jak i Wenezuela, mogły sobie pozwolić na sfinansowanie dobrobytu i na nieograniczone wydatki publiczne. Jednak gdy w 1986 r. ceny ropy drastycznie spadły, rozpoczęła się dekadencja ZSRR, a demokracja wenezuelska popadła w kryzys. W 1991 r. Gorbaczow musiał powiedzieć swoim rodakom, że to koniec ZSRR. Dlaczego do tego doszło? Bo niskie ceny ropy nie pozwalały już Rosjanom importować żywności, a ZSRR uzależniony był od produktów importowanych.

Ta sama historia powtarza się w przypadku Wenezueli Hugo Chaveza, uzależnionej w 90% od żywności importowanej. Co prawda, ceny ropy są dzisiaj dużo wyższe niż w latach dziewięćdziesiątych, przekraczają 100 dolarów. Niemniej zobowiązania finansowe Wenezueli za granicą są tak olbrzymie, że gdyby nagle ceny ropy spadły, Wenezuela nie miałaby za co się wyżywić. Stałoby się z nią dokładnie to samo co z ZSRR. Mielibyśmy do czynienia z ogólnym upadkiem całego państwa. Na tym polega problem wielu państw naftowych, które uzależniają swoje funkcjonowanie od wpływów z eksportu ropy, nie dbając o pozostałe sektory gospodarki.

Niecierpliwość

Misza Tomaszewski

Będąc jeszcze, jak Pan Bóg przykazał, redaktorem naczelnym „Znaku”, nie zaś ministrem sprawiedliwości, w swojej pamiętnej książce Kościół w czasach wolności napisał Jarosław Gowin:

Przypuszczać można, że omawiana tu formacja [„katolicy protestu”] nie odegra poważniejszej roli w kształtowaniu przyszłego oblicza polskiego katolicyzmu. Poddani gwałtownej, nierzadko niesprawiedliwej krytyce ze strony środowisk nastawionych tradycyjnie czy integrystycznych, „katoliccy dysydenci” odsuwać się będą na obrzeża Kościoła bądź wręcz porzucać jego mury, zbliżając się do jakiejś formy „chrześcijaństwa bezwyznaniowego”. Taka będzie, dramatycznie wysoka, cena płacona za niecierpliwość.

Przy całej mojej niechęci do kolejnych prób katalogowania polskich katolików, myślę, że warto mieć te słowa w pamięci.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Z kulą u nogi

Misza Tomaszewski

„Tato, spójrz!” – mały chłopiec ciągnie ojca za rękę, wskazując na innego chłopca, który z nieszczęśliwą miną stoi przy krawężniku. Połatane ubranie, tabliczka z napisem: „Nie mam na hleb”. „Ten biedny chłopczyk zrobił błąd w wyrazie – frasuje się malec. – Jaki on niemądry”. Mężczyzna czule obejmuje syna i z szelmowskim uśmiechem udziela mu pouczenia (to jedno z tych pouczeń, których pokolenie ojców zazdrośnie strzeże przed pokoleniem synów, by wtajemniczyć ich w sztukę życia w najbardziej stosownym momencie): „Synu, gdyby biedne dzieci były mądre… – tu ojciec zawiesza głos, by upewnić się, że chłopiec wpatrzony jest w niego jak w obrazek – …to by nie były biedne”.

Satyryczny komiks Macieja Łazowskiego mógłby się stać najkrótszym wprowadzeniem w tematykę niniejszego numeru „Kontaktu”. Próbujemy w nim odwrócić ojcowskie pouczenie, a następnie je uogólnić: „Gdyby ludzie upośledzeni społecznie nie byli upośledzeni społecznie, to – być może – byliby nami”. „Nami”, czyli ludźmi porządnie wykształconymi i nieźle sytuowanymi. Takimi, którzy lubią określać się mianem „przyzwoitych”, w opozycji, rzecz jasna, do ludzi „nieprzyzwoitych” – pasożytów, typów spod ciemnej gwiazdy, elementu przestępczego. W skrócie: społecznego marginesu, zaludniającego jednostki opiekuńcze i penitencjarne, na które łożymy nasze ciężko zarobione pieniądze.

POLECAMY: „Wspólnicy”



W ostatni czwartek w Muzeum Sztuki Nowoczesnej odbył się wernisaż wystawy „Wspólnicy: fotograf i artysta około roku 1970”. Jak zwykle w tej instytucji, wykonano olbrzymią pracę badawczą i kuratorską. A teraz, trwa walka o publiczność, by pracę tę docenić.

Chociaż warszawskie MSN, twórca największego festiwalu dotyczącego designu i namysłu nad przestrzenią publiczną stolicy, zwykle wysoko stawia intelektualną poprzeczkę, tym razem proponuje wystawę, powiedzmy: „przyjazną”. I nie chodzi o pomalowane kolorową farbą ściany, które natychmiast przywołują na myśl galerie sztuki niejednego Muzeum Narodowego…

Na wystawie przedstawiono dziewięć opowieści o współpracy między artystą, a dokumentującym jego artystyczne działanie fotografie; o twórczym wkładzie ich obu. Kuratorka stawia pytania: W jaki sposób podążając za ideą innego artysty, fotograf odnajdzie własną twórczość? Jak dwa zmysły mogą zrealizować się w jednej pracy?

poniedziałek, 14 listopada 2011

Opuścić bezdomność

Szanowni Czytelnicy,

Najbliższy numer „Kontaktu”, który trafi do Was już wkrótce, poświęcony jest tematowi resocjalizacji. Znajdziecie w nim, między innymi, reportaż i fotoreportaż o ludziach, którym udało się „opuścić bezdomność”. Dziś zamieszczamy krótką opowieść jednego z nich.


Fot. Jan Mencwel

- Marzenie? Oprócz mieszkania? - zastanawia się dłuższą chwilę Stefan Gruca. - Bardzo pociągają mnie Mazury. Chciałbym sobie kupić jacht i zostać sternikiem jachtowym. To jest moje marzenie. Ale daleko w przyszłość nie patrzę.


poniedziałek, 7 listopada 2011

Bal u Bieruta


Cyryl Skibiński

Nierówności społeczne i finansowe bolą najbardziej w kraju równych szans. Dowodem na to okupacja Wall Street – amerykański mit kariery „od pucybuta do milionera” chyba nigdy nie był bardziej sponiewierany, niż w ostatnich miesiącach. Jednak z historycznego punktu widzenia to wszystko błahostka. Prawdziwy ból pojawia się dopiero, gdy niesprawiedliwość społeczna jest na porządku dziennym w kraju nie tyle równych szans, co powszechnej równości.

Każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb” brzmiał aforyzm Marksa. W praktyce nie wyszło i dawne elity finansowe natychmiast zastąpił establishment partyjny. Z legitymacją łatwiej było awansować, dostać talon na samochód, a na towarzyszy na odpowiednio wysokich stanowiskach czekały dobrze zaopatrzone sklepy „za żółtymi firankami”. To wszystko banał. Chciałbym jednak przyjrzeć się temu, jak w okresie permanentnego niedoboru przedstawiał się luksus na partyjnym stole.

„Pressje”, teka 25: konserwatyzm otwarty

Misza Tomaszewski

Nawołujemy do postawy szczerego heterointelektualizmu – otwarcia się na inność, obcość w życiu umysłowym. […] Heterointelektualizm rozumiemy nie jako postawę zmierzającą tylko do tego, by odpierać krytykę, rugać i gnębić innego, lecz raczej szukającą w nim inspiracji, nowych pomysłów, rozwiązań. Postawa taka opierałaby się na otwartym dążeniu do zrozumienia, a nie jedynie na „poznaniu wroga”. […] Rozumiemy też, że prawda może ukrywać się dosłownie w każdej myśli i w każdym umyśle. Kiedy w pracy nad ideami kierujemy się szczerą miłością do innego, nasze intelektualne potomstwo ma większą szansę sięgnąć do wieczności.

Czy to cytat z Juliusza Eski, Jerzego Turowicza, Józefa Tischnera? A może fragment manifestu jednego z młodszych środowisk odwołujących się do tradycji Ruchu „Znak”? Nic podobnego. To wyimek z artykułu Michała Zabdyr-Jamroza, otwierającego najnowszy numer „Pressji”, czasopisma wydawanego przez Klub Jagielloński. „Lanserscy konserwatyści z Krakowa” nie pierwszy już raz wywołali konsternację na prawicowych portalach: po macdonaldyzacji herbu papieskiego przyszła pora na wykorzystanie symbolu ukoronowanego cierniem serca Jezusowego. I to wykorzytanie go w celu zaiste straszliwym: do ogłoszenia światu swojej miłości do lewicy.

czwartek, 3 listopada 2011

Solidarni z ks. Adamem Bonieckim

Nie piszemy tego, by wyrazić nasze oburzenie, lecz nasz smutek.

Smuci nas fakt dyscyplinarnego ograniczenia swobody wypowiedzi kapłana, którego postawa jest dla nas ważnym punktem religijnego i moralnego odniesienia. Ksiądz Adam Boniecki od wielu już lat pomaga nam rozeznać się w dylematach, jakich współczesny świat nie szczędzi wierzącemu człowiekowi. Nie w tym rzecz, że podzielamy wszystkie bez wyjątku jego poglądy, lecz że bliska nam jest jego głęboka wrażliwość, jego niechęć do osądzania drugiego człowieka i do odmalowywania moralnej rzeczywistości ludzkich uczynków wyłącznie w czerni i bieli.

Smuci nas także sposób, w jaki z księdzem Bonieckim postąpili przełożeni Zakonu Marianów. Zamykając mu usta – na co zdecydowali się, jesteśmy o tym przekonani, w dobrej wierze – zanegowali wartość wewnątrzkościelnej krytyki i dialogu. Uciekli się do środków dyscyplinarnych, zamiast podjąć dyskusję z jego poglądami, które – tak się składa – podziela wielu polskich chrześcijan. Dyscyplinując księdza Bonieckiego, wystąpili przeciwko nam wszystkim, którzy identyfikujemy się z otwartym sposobem myślenia o Kościele i świecie. Kwestionując zaś równoprawność tego myślenia, zwierzchnicy księdza Bonieckiego wystąpili nie w imieniu wewnętrznie zróżnicowanej wspólnoty, lecz w interesie jednej spośród jej frakcji. W efekcie polski Kościół obudził się dziś bardziej podzielony niż był jeszcze wczoraj wieczorem.

Smuci nas wreszcie fakt ukarania księdza Adama za wypowiedzi – o ile można się tego domyślać – niedotyczące fundamentów wiary chrześcijańskiej. Nasze opinie – czy to w tzw. „sprawie Nergala”, czy w kwestii obecności symboli religijnych w przestrzeni publicznej – nie są wyznacznikami naszej prawowierności. To prawda, że Kościół formułuje w swoim nauczaniu zasadnicze prawdy wiary, jak również fundamentalne wymogi moralne, lecz jest rzeczą roztropności każdego chrześcijanina i wolności jego uformowanego sumienia przełożenie tych zasad na konkret życia codziennego. Pytanie o charakter misji Kościoła we współczesnym świecie, o dopuszczalność i skuteczność środków naszego na ten świat oddziaływania – pozostaje pytaniem otwartym. Źle się dzieje w naszym Kościele, jeżeli kwestie otwarte zaczynają niektórym spośród nas mylić się z tym, co definitywnie już określone.

Redakcja


Odsyłamy również do wspólnego głosu zainicjowanego przez Zarząd KIK Warszawa, Kwartalnik „Kontakt”, Miesięcznik „Więź”, Miesięcznik „Znak”, „Tygodnik Powszechny”, Laboratorium WIĘZI, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Panią Różę Thun oraz Pana Przemysława Radwan-Rohrenschefa. Wspólny głos znajduje się pod adresem: www.ksadamboniecki.pl.
Pod głosem może się podpisać każdy, kto identyfikuje się z treścią listu.

poniedziałek, 31 października 2011

Kolumbia, państwo upadłe?

Fernando Botero: Massacre in Colombia, 1999
Paweł Zerka

W Kolumbii panuje przeświadczenie, że przyczyną konfliktu zbrojnego jest słabość struktur państwa. Trzeba jednak uważać: koncepcja „państwa upadłego” nie tylko odwraca uwagę od specyfiki tutejszego konfliktu, ale też skrywać może niebezpieczne cele polityczne.

W Bogocie czy Medellin, jeśli ma się szczęście, można czuć się jak na Zachodzie. Nie brakuje tu wysokiej jakości uczelni, ekskluzywnych sklepów, znakomitych restauracji i teatrów. W obu miastach działa nowoczesna komunikacja publiczna, a w komercyjnych dzielnicach panuje taka sama atmosfera, jak w Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku. Ci, którzy żyją w zamkniętych osiedlach, a pracują w luksusowych wieżowcach, do których dojeżdżają taxi lub własnymi 4x4, mogą z powodzeniem zapomnieć o tym, że w ich kraju cały czas, od ponad pół wieku, toczy się krwawa wojna domowa.

Dumni z OB-CIACH-u (rozmowa z „Intuicją”)


Mateusz Luft

Prawa strona sceny politycznej - zupełny „obciach”. Lepiej się do nich nie przyznawać. Nieestetyczni, niewygodni, szorstcy. A może nawet niebezpieczni. W każdym razie z pewnością „oszołomstwo”. Swoje blogi tytułują odstraszającymi przymiotnikami „niezależna”, „niepoprawni”.

Mimo swojej złej opinii OB-CIACH-owcy do stereotypu o „prawicowcach” podchodzą z dystansem. Chętnie pokażą się „na mieście”, manifestując z odpowiednią gazetą w ręku. Spotkasz ich w samo południe w każdą trzecią niedzielę miesiąca na głównych skwerach kilkunastu miast Polski, ba, nawet Europy. Organizują alternatywne obchody rocznicy wkroczenia sowieckich wojsk do Polski (17 września) i swoje marsze „oburzonych”.

Dlaczego ludzie o prawicowych poglądach uważają się za „tych brzydkich” i dyskryminowanych? I czy OB-CIACH-owcy różnią się od bohaterów spotów przedwyborczych (Oni pójdą na wybory. A Ty?*), pokazywanych jako szarpiących się w obronie krzyża pod Pałacem Prezydenckim?

Z „Intuicją”, blogerką i jedną z liderek OB-CIACH-u, rozmawiałem przez telefon, ale jej numeru nie mam, ponieważ nie chce ona zdecydować się na ujawnienie swojej tożsamości.

wtorek, 18 października 2011

Oburzenie to za mało. Komentarz po demonstracji 15.X


Jan Mencwel

Gościa z NRD wysłano do pracy na Syberii. Wiedział, że jego listy będą czytane przez cenzurę. Powiedział więc swoim przyjaciołom: „Ustalmy kod. Jeśli dostaniecie ode mnie list napisany niebieskim atramentem, to, co napisałem, jest prawdą. Jeśli list będzie napisany czerwonym atramentem, to nieprawda”. Po miesiącu przyjaciele otrzymują pierwszy list. Cały na niebiesko. Czytają w nim, że wszystko jest tam wspaniałe. Sklepy są pełne dobrego jedzenia. W kinach wyświetlane są filmy z Zachodu. Mieszkania są duże i luksusowe. Jedyna rzecz, której nie da się kupić, to czerwony atrament.

Taki dowcip opowiedział filozof Slavoj Żiżek tłumowi okupującemu Wall Street, tłumacząc, że choć to kawał z czasów komunistycznych, świetnie oddaje sytuację, w jakiej znalazły się zachodnie społeczeństwa w czasach globalnego ekonomicznego kryzysu. Wszyscy wiemy, że coś jest ze światem nie tak. Problem polega na tym, że nie mamy języka, w którym moglibyśmy to opisać. A jeszcze trudniej opowiedzieć o świecie, który byłby lepszy od tego, w jakim żyjemy. Bo narazimy się na śmieszność, niezrozumienie, obciach. I w najlepszym przypadku usłyszymy: „no tak, ale przecież tak musi być”. Albo: „i tak nic z tego nie będzie”.

IV FotoArtFestival w Bielsku-Białej


Tomek Kaczor

Do końca października światową stolicą fotografii będzie Bielsko-Biała. W miniony weekend rozpoczął się tam czwarty FotoArtFestival, podczas którego do miasta zjechało się osobiście aż dwudziestu fotografów z Polski i świata by otworzyć swoje wystawy i spotkać się z publicznością.

poniedziałek, 17 października 2011

Dlaczego nie zawsze opłaca się głosować? O demokracji w kapitalizmie


1

Postanowiłem odłożyć ideologie i potraktować wybory demokratyczne niczym równanie ekonomiczne – co muszę zrobić, aby uzyskać to, co chcę. Czynię tak, ponieważ wybory coraz bardziej przypominają mi targowisko. Pewnie nawet bardziej pasuje tu zwrot – nowoczesny supermarket. Pełen supermarketowych iluzji i konsumpcyjnych mechanizmów wabiących. Idąc do urny, czuję się, jakbym szedł do sklepu. Coś za coś. Głos za coś.

Nie ukrywam, że obecna współpraca nowoczesnych narzędzi wolnorynkowych i demokracji jest dla mnie sytuacją niekomfortową. Nie umiem przejść koło praktyk demokratycznych, bez zwrócenia uwagi na dynamikę i logikę działań kapitalistycznych. Jednakże wszystko wskazuje, że muszę się do tego przyzwyczaić, nauczyć się obsługi tego tandemu, zastanowić się nad najlepszą taktyką.

poniedziałek, 10 października 2011

Lekcja historii w kinie, czyli Bitwa Warszawska 1920 i Róża - podwójna recenzja



Tomek Kaczor

Różę Wojtka Smarzowskiego i Bitwę Warszawską 1920 Jerzego Hoffmana można i trzeba porównywać, choć dla reżysera seniora będzie to porównanie bolesne. Oba filmy to fikcyjne fabuły osnute wokół wydarzeń historycznych. Co więcej, wydarzeń wcale nie tak bardzo odległych od siebie w czasie, bo historię Tadeusza i Róży od historii Janka i Oli dzieli zaledwie 25 lat. Jednak to na Bitwę Warszawską drzwiami i oknami walić będą szkolne wycieczki gimnazjalistów i licealistów, natomiast Różę w godzinach lekcyjnych najprawdopodobniej obejrzą tylko ci uczniowie, którzy w tym celu wybiorą się na wagary.

„Chamofobia” po katolicku

 Kościół w Praszczce koło Wielunia

Ignacy Dudkiewicz
 
Ile razy byliście na Mszy na wsi? Widzieliście tam rzeczy, które „nie mieściły się w głowie”, zabobonne, wypaczające wiarę? Jak często krytykowaliście rozpowszechnienie kultu maryjnego? Czy odnajdujecie się w estetyce kiczu, złota i pstrokatości? Co myślicie o bazylice w Licheniu? Pytania można mnożyć. Wszystkie one sprowadzają się do jednego: jak często myślicie tymi schematami o katolicyzmie ludowym w Polsce?

A ile razy w takiej chwili przypominaliście sobie słowa „Modlitwy o wschodzie słońca”: „chroń mnie, Panie, od pogardy”?

czwartek, 6 października 2011

wtorek, 4 października 2011

Październik w Teatrze Dramatycznym


Po wakacjach Teatr Dramatyczny powraca z promocją:

Alicja 7 i 8 października godz. 19:00
Klub Polski 14, 15 i 16 października godz. 19:00
Persona. Ciało Simone 22 i 23 października godz. 20:00
Don Kiszot 23 i 25 października godz. 19:30

Hasło: DRAMATYCZNY WRACA DO GRY
Koszt biletu: 18zł
Ilość biletów jest ograniczona.
Prosimy o rezerwowanie miejsc pod nr telefonu (22) 656 68 44.

poniedziałek, 3 października 2011

Pięć tez o Nergalu


Misza Tomaszewski

Wydaje się, że o domniemanym wyznawcy szatana, Adamie „Nergalu” Darskim, i jego kontrowersyjnym angażu do nowego programu Telewizji Polskiej napisano już tak wiele, że temat został do cna wyczerpany. Zwyczajowy, tłumny udział w medialnym przedsięwzięciu wzięli katoliccy duchowni i publicyści, którzy – tradycyjnie już – wsparli niemal wszystkie spośród zwaśnionych stanowisk. Na szczególną uwagę zasługuje niecodzienna polemika pomiędzy księdzem Adamem Bonieckim a Przewodniczącym Rady KEP ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturowego, biskupem Wiesławem Meringiem. Wygląda więc na to, że powiedziano już wszystko, co powiedzieć się dało. Czy rzeczywiście?

Nie znalazłszy, być może przez niedopatrzenie, w natłoku komentarzy takiego, który w moim przekonaniu wyczerpywałby temat, pozwalam sobie na sformułowanie pięciu uwag.

Kandydacie. Jak żyć?


Mateusz Luft

Kandydatko, Kandydacie!
Powiedz, kim jesteś! Prowadź merytoryczną kampanię! Nie ignoruj ludzi, którzy chcą się czegoś o Tobie dowiedzieć! Potraktuj nasz kwestionariusz „w sieci” jako kolejne spotkanie z wyborcami „w realu”! Odpowiedz na pytania na www.MamPrawoWiedziec.pl!

Tymi słowami apelujemy do kandydatów już od sześciu tygodni. Naszym (Stowarzyszenia 61) zamierzeniem jest wypytanie kandydatów do Sejmu i Senatu o to, co zamierzają zrobić po nadchodzących wyborach. Postawiliśmy sobie cel ambitny, ale i efekty przechodzą nasze oczekiwania. W internecie można przeczytać już prawie siedemset wypełnionych ankiet z całej Polski.

Tylko czy jest to komukolwiek potrzebne?

poniedziałek, 26 września 2011

Nowa twarz Slowdown Records


Tomek Kaczor

Kiedy kilka lat temu Maciek Trifonidis Bielawski założył swoje Slowdown Records, pierwszą płytą, jaką wydał, był album zespołu Kerd Swobodna wymiana. Jednak dziewięć kolejnych płyt firmowanych logiem Slowdown to już same projekty Trifonidisa, m.in. Tricphonix, Trifonidis Orchestra, Trifonidis Free Orchestra, Tricphonix Street Band... I choć bez wątpienia są one zróżnicowane formalnie, to jednak osoba i wrażliwość Maćka silnie wiązała wszystkie te wydawnictwa, nadając im pewien wspólny mianownik. Co uważniejszy słuchacz mógł nawet wychwycić te same motywy muzyczne, pojawiające się na różnych płytach.

Ostatnie kuszenie Chrystusa - recenzja


Maciek Onyszkiewicz

Jezus posiadał dwie natury. Był w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Czytając Ewangelie łatwo o tym zapomnieć, bo swoją ludzką słabość okazuje wyraźnie zaledwie w kilku fragmentach Pisma. To właśnie w ich kontekście trzeba czytać Biblię.

Ostatnie kuszenie Chrystusa, film Martina Scorsese z 1988 roku, oparty na powieści Nikosa Kazantzakisa, obejrzałem raczej z ciekawości kontrowersji, które wywołał w kręgach kościelnych i wśród wiernych, niż z nadzieją na jakąkolwiek inspirację. Choć reżyser na samym początku podkreśla, że film nie jest ekranizacją Biblii, tylko powieści Kazantzakisa (wystarczy pobieżna znajomość Pisma, by z łatwością rozpoznać, które sceny są próbą przekazania historii zapisanej w Ewangelii, a które są wariacją reżysera na jej temat), wielu ludzi poczuło się tym obrazem bardzo dotkniętych. Do tego stopnia, że wkrótce po premierze płonęły nawet niektóre kina, które zdecydowały się wyświetlać film.

poniedziałek, 19 września 2011

Rodzinna Europa dzisiaj, czyli kilka refleksji na temat polskiego katolicyzmu

Karol Stefańczyk


Wymieniając we wstępie powody napisania Rodzinnej Europy, Miłosz pisze: „Tak więc pierwszym ziarnem była chęć, żeby przybliżyć Europę Europejczykom”. Dalej jednak precyzuje swoje zamiary – okazuje się, że chodzi o „Europejczyka wschodniego”, urodzonego na początku XX wieku, takiego, który „mniej niż ktokolwiek mieści się w stereotypowych pojęciach niemieckiego porządku i rosyjskiej âme slave”. Cóż, rzecz, wydawałoby się, atrakcyjna, szczególnie w przypadku badania różnych mechanizmów i zachowań społecznych rządzących naszym regionem w minionym stuleciu. Czy jednak Rodzinna Europa ma coś do zaoferowania, gdy mówimy o wieku XXI? Zważywszy na fakt, że książka ta ukazała się ponad pięćdziesiąt lat temu, chciałoby się rzec, że niezbyt. A jednak. Miłosz, choć nieustannie przypominał nam o swojej fascynacji Heraklitem, napisał dzieło, które czytane dziś, zostawia w wielu miejscach wrażenie powtarzalności, pewne déjà vu.

Stronice Rodzinnej Europy powinny dać wiele do myślenia zwłaszcza katolikom. To zadziwiające, że już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku (a może nawet wcześniej) Miłosz wskazywał na demony, które targają polskim społeczeństwem także w wieku XXI. Przypominając sobie postaci prefekta Chomika („Pewnie nie miał wielu złudzeń. Ale nie mieli ich i jego poprzednicy, nawracający mieczem heretyków”) i nauczyciela łaciny Rożka („Promieniowała z niego optymistyczna wiara w rozum ludzki, w zdolność do zespołowych osiągnięć i w postęp”), między którymi w szkole musiał wybierać młody Miłosz, zestawiłem je z bohaterami internetowej gry „Vatican Wars”, o której pisał w „Kontakcie” Ignacy Dudkiewicz. A więc z jednej strony templariusze, „strażnicy prawdziwej wiary”, z drugiej zaś krzyżacy, „nowocześni i otwarci”. I choć „Watykańskie Wojny” nie są produktem polskim, zbyt wiele z takiego uproszczonego obrazu obecne jest w nauczaniu rodzimych księży i argumentacji liberalnych środowisk, by zignorować ten fakt. Boli to, że pomimo upływu dziesiątek lat krzywdząca, dwutorowa wizja świata nie zniknęła. Zbyt wyraźnie zaznacza się ją z ambon, z mównicy sejmowej. Albo wybieramy drogę Chomika, albo paktujemy z Rożkiem – zdają się mówić elity polityczne i duchowieństwo. Człowiek, który nie akceptuje ani jednego, ani drugiego, zostaje z poczuciem osamotnienia.

Miesięcznik „W drodze” o niepełnosprawności

Tomek Kaczor

Ostatni numer miesięcznika „W drodze” dotyczy niepełnosprawności. Pytanie, a właściwie teza, jaką postawiono autorom brzmi: „silny potrzebuje słabego”.

Miesięcznik otwiera wywiad z Tadeuszem Sobolewskim, który mówi o życiu z córką Celą, która 22 lata temu przyszła na świat z zespołem Downa. Ciepła i pozytywna rozmowa opowiada o tym, jak w życiu rodziny Sobolewskich to „pozornie bardzo dramatyczne doświadczenie, przyniosło wiele dobrego”. Pokazuje też, jak bardzo w ciągu tych 22 lat zmieniło się w podejściu polskiego społeczeństwa do inności, niepełnosprawności, nienormalności: „Kiedy Cela się urodziła, lekarze oznajmili to żonie z taką miną, jakby kompromitowała szpital, jakby to im psuło jakąś statystykę, z pretensją”.

Polska w lustrze CNN

W ostatnim tygodniu CNN pokazał film i serię materiałów o współczesnej Polsce w tygodniowym cyklu „Eye on…”. Doświadczenie sprzed siedmiu lat spowodowało, że miałem wobec „Eye on Poland” spore oczekiwania, a poza tym byłem niezmiernie ciekaw jak nas za Atlantykiem postrzegają i co twórcy filmu uznają za godne pokazania międzynarodowemu odbiorcy. W telewizji udało mi się obejrzeć tylko półgodzinny film o Polsce i na nim się skupię, bo drobniejsze materiały (przynajmniej część) dostępne są na stronie CNN.

poniedziałek, 12 września 2011

Kto tworzy getto?



Ignacy Dudkiewicz

Rozpoczął się rok szkolny. W tym roku, decyzją Konferencji Episkopatu Polski, po raz pierwszy obchodzimy Tydzień Wychowania. Słuszne i szczytne, by zwracać uwagę na duchowy wymiar wychowania, promować jego chrześcijański model… Czym się taki model wyróżnia? Tego dokładnie nie wie nikt, różnic w chrześcijańskich wersjach wychowania tyle, co w całym Kościele. Stąd tym bardziej obiecująco brzmi zapowiedź biskupów, którzy w swoim pasterskim liście z tej okazji, wyrazili nadzieję, że Tydzień Wychowania będzie okazją „do głębszego zastanowienia się nad różnymi aspektami tak bardzo złożonej problematyki wychowawczej”.

Oto jak kończy się życie milionów ludzi rocznie


Paweł Cywiński

Początek XXI wieku. Każdego dnia umiera śmiercią głodową tyle dzieci, ile rodzi się w warszawskich szpitalach przez okrągły rok. Każdego tygodnia na świecie umiera z głodu liczba ludności odpowiadająca wszystkim mieszkańcom Żoliborza i Śródmieścia. W ciągu najbliższych dwóch miesięcy z głodu umrze tyle ludzi, ile zamieszkuje całą Warszawę. Gdyby w analogiczny sposób przedstawić ilość wszystkich głodujących, to musielibyśmy zmieścić obok siebie pięćset pięćdziesiąt miast porównywalnych z Warszawą.

Ta czasoprzestrzeń głodu to zwykłe dane statystyczne. Bardzo łatwo dostępne, uaktualniane z roku na rok, nie obejmujące żadnych kataklizmów, susz i klęsk głodowych. Wraz z kataklizmami rozmiar byłby wielokroć większy.

poniedziałek, 5 września 2011

Sztuka wojny, Sarajewo 2011


Katarzyna Kucharska

Akcja obu powieści Nenada Veličkovicia toczy się w Sarajewie. „Koczownicy” to opowieść o oblężeniu miasta z perspektywy tymczasowych mieszkańców miejskiego muzeum. „Sahib”, powieść epistolarna, której fabułę tworzą maile pisane przez pracownika organizacji międzynarodowej do swojego chłopaka. Z lektury obu wynika, że Sarajewo końca XX wieku żyje wciąż dwoma wydarzeniami: Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi (1984) i wojną domową (1992-95). Potwierdza to spacer po współczesnym Sarajewie. Wystarczy omieść wzrokiem ściany szczytowe kamienic i fasady bloków.

Zacząć od siebie



Ignacy Dudkiewicz

W niedzielne popołudnie pod bezchmurnym niebem spotkaliśmy się pod pomnikiem w Jedwabnem. My, czyli Gmina Wyznaniowa Żydowska w Warszawie, Klub Inteligencji Katolickiej, oraz ważne osoby dialogu polsko- i chrześcijańsko-żydowskiego, które odpowiedziały na zaproszenie. Byliśmy tam, by w odpowiedzi na zniszczenie pomnika, wołać o pojednanie.

Nie było z nami mieszkańców Jedwabnego, ani proboszcza tamtejszej parafii. Jak powiedział Piotr Kadlcik, przewodniczący GWŻ, to miasto miało pecha. Bogdan Białek dodawał z całą mocą, że obecni mieszkańcy Jedwabnego nie są odpowiedzialni za tę zbrodnię. Rany, mimo upłynięcia siedemdziesięciu lat od spłonięcia stodoły i dziesięciu od odsłonięcia pomnika, wciąż są niezabliźnione. Stygmat boli.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Etyka reportera vs. autorytet etnografa. Wokół książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”


Jan Mencwel 

O dobrym czasie, jaki przeżywa ostatnio w Polsce literatura faktu, może świadczyć fakt, że rozpętała się kolejna publiczna dyskusja wokół książki rodzimego reportażysty. Rok temu burzę wywołał „Kapuściński non-fiction” Domosławskiego, dziś, na nieco mniejszą skalę, toczy się spór sprowokowany przez książkę Wojciecha Tochmana – „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Obydwie dyskusje dotykają kwestii etyki reportażysty, która najwyraźniej domaga się nowej definicji – ale czy nowe pokolenie autorów chcących wskrzesić tradycję „polskiej szkoły reportażu” ma odwagę, żeby na poważnie się z tym tematem zmierzyć?

piątek, 26 sierpnia 2011

Inicjatywa proboszczów, czyli o niecierpliwości


Misza Tomaszewski 

„Łagodne środki już w tej sytuacji nie wystarczą. Konieczne jest wkroczenie chirurga i rozcięcie rany, tak by śmiercionośna ropa mogła wypłynąć na zewnątrz i umożliwić organizmowi Kościoła ozdrowienie”. Tymi słowami Tomasz Terlikowski komentuje sytuację, w jakiej znalazł się austriacki Kościół po opublikowaniu przez tzw. Inicjatywę Proboszczów listu otwartego, zatytułowanego Wezwanie do nieposłuszeństwa.

Duchowni zrzeszeni w austriackiej Inicjatywie – a jest ich obecnie około trzystu – deklarują na swojej stronie internetowej, że „z niepokojem i rosnącym niezadowoleniem obserwują, jak ludzie odpowiedzialni za kierowanie miejscowym, jak również światowym Kościołem uchylają się od odpowiedzi na wielką ilość otwartych pytań i problemów”. O jakie problemy chodzi? Księża wymieniają m.in.: kryzys parafii w konsekwencji spadku liczby powołań, niezrealizowane powołanie wszystkich chrześcijan do współodpowiedzialności za Kościół, konflikty sumienia związane z obowiązującym w Kościele prawem małżeńskim, stagnację na polu ekumenicznym.

Ludzie są dobre

Na początek krótkie wprowadzenie:



Zostawiłem wczoraj kurtkę gdzieś na Powiślu. Zanim się spostrzegłem, minęły dobre dwie godziny. Kiepska sprawa. W kurtce klucze do mieszkania i portfel, w portfelu – dowód osobisty, karta bankomatowa, trochę gotówki. Zapowiadał się niezły cyrk: wyrabianie nowych dokumentów, wymiana zamków w drzwiach… Niech to szlag.

Natychmiast zerwałem się na równe nogi, by w akcie desperacji nawiedzić i przeszukać feralne miejsce. „Pozamiatane – myślałem. – Zważywszy na to, ile osób kręciło się tam dzisiejszego wieczoru, szanse są bliskie zeru… W najlepszym wypadku znajdę samą kurtkę”. Po drodze chwyciłem jeszcze telefon, odruchowo zerknąłem na wyświetlacz. Dwa nieodebrane połączenia z nieznanego numeru. Oddzwaniam.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Czego Janosik chce od Warszawy?


Życzliwy chłopak w żółtej koszulce. Na niej widnieje rysunek przedstawiający warszawską Syrenkę napadniętą przez cień zbója z ciupagą. To Janosik chce ograbić Warszawę. Chłopak zbiera podpisy pod obywatelskim projektem ustawy. Jego koszulka krzyczy do mnie: „STOP Janosikowe”. Pełen wątpliwości, zgadzam się na chwilę rozmowy. Dowiaduję się, że „janosikowe” to podatek, który bogate województwa (w tym województwo mazowieckie) płacą na rzecz biedniejszych. Podobno w ten sposób co roku z budżetu stolicy znika prawie miliard złotych. Dla chłopaka jest jasne, że to jawna niesprawiedliwość, więc jako mieszkaniec Warszawy powinienem zaprotestować. Nie zdradzając przed nim moich wątpliwości, przyjmuję ulotkę i obiecuję zapoznać się z projektem.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Galeria U


W stolicy Białorusi zabroniono mówienia po białorusku i noszenia narodowych symboli nieuznawanych przez państwo. Ponieważ na demonstracjach zakazano okrzyków, zbuntowani obywatele nie zaczęli klaskać. Teraz zakazano publicznego klaskania. Miejsce przy Prospekcie Niezależności, w którym kilka lat temu stało słynne miasteczko namiotowe, mieszkańcy omijają szerokim łukiem. Kilkuosobowe grupy przechodniów mogą zostać zatrzymane przez OMON jako potencjalna demonstracja.

A jednak już kilometr dalej znajduje się Galeria U - oaza wolności akceptowana przez reżim.

wtorek, 16 sierpnia 2011

List do redakcji

Cyryl Skibiński oraz jego rozmówcy w artykule „Rewolucja na wydaniu” zwracają uwagę na możliwość podniesienia międzynarodowej pozycji Polski poprzez aktywne wsparcie działań mających miejsce w różnych krajach zmierzających do poszerzenia w nich sfery wolności. W artykule słusznie podkreślona została rola tradycji Solidarności oraz pokojowego przejścia do wolności w Polsce jako doświadczenia dodającego naszej roli wiarygodności. Co ważne, autor artykułu zwraca uwagę, iż rola Polski nie powinna być budowana przeciw pozostałym krajom Europy Środkowo-Wschodniej, lecz wraz z nimi i powinniśmy starać się nie o monopol na tym polu, lecz o pozycję lidera.

Chciałbym zwrócić uwagę, iż zaangażowanie polityków wolnej Polski w sprawę demokratyzacji krajów północnej Afryki nie powinno być nazywane debiutem. Co więcej w porównaniu z sytuacjami wcześniejszymi ma ono dużo mniejszą rangę. Zaangażowanie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 roku w rozwiązywanie konfliktu na Ukrainie, czy prezydenta Lecha Kaczyńskiego w sprawy Gruzji wiązały się z obecnością na miejscu głowy państwa i wywarły faktycznie znaczący wpływ na rozwój wydarzeń.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Manifest redaktora działu Poza Europą


Dziś na świecie żyje siedem miliardów mieszkańców. Półtora miliarda ludzi oraz pięć i pół miliardów tubylców. Rozróżnienie jest proste. Pierwsi to My, drudzy to Oni. Choć w zasadzie wokoło jesteśmy wyłącznie My. Trudno dokładnie powiedzieć gdzie są Oni. Gdzieś na pewno. Gdzieś poza Europą. Ale gdzie dokładnie – nie wiemy. A ta nasza niewiedza Ich dotycząca jest wyjątkowo nam wygodna. Ktoś wie, gdzie leży Kiribati lub Gujana? A po co miałby wiedzieć.

My - najbogatsze społeczeństwa świata, świetnie wyedukowane pokolenia, świadome swoich licznych praw i potężnych możliwości jednostki – z dumą określamy nasz świat Światem Pierwszym, bogatą Północą. I z tej perspektywy obserwujemy siebie i innych. A jeżeli coś jest obce naszej rzeczywistości mówimy, że jest nienormalne. Że jest Trzecim Światem lub Peryferium. Zatem, brak pitnej wody to nienormalność. Powszechny analfabetyzm – nienormalność. Egzystencja za dwa dolary dziennie – nienormalność. Nie wspominając już o różnych rozwiązaniach prawnych, rytuałach religijnych, systemach wartości. Norma to My. Wpatrzeni w siebie, nie zdajemy sobie sprawy, że nasza norma dotyczy malutkiej grupy mieszkańców tej planety, a nienormalność na tym świecie sięga osiemdziesięciu procent. Tu ideologiczny projekt trzecioświatyzmu przychodzi nam z pomocą – sumienia nie obciąża, oka nie smuci, odpowiedzialności nie wzywa.

Kupa atrakcji



W miniony weekend miałem przyjemność odwiedzić Rzeszów, by poprowadzić warsztaty fotograficzne odbywające się w ramach imprezy organizowanej przez Narodowe Centrum Kultury. Wstyd się przyznać, ale brak czasu spowodował, że oprócz zorientowania się we własnych obowiązkach nie zdążyłem dokładnie sprawdzić, na czym właściwie owa rzeszowska impreza miała polegać. Sama nazwa „Europejski Stadion Kultury” niewiele wyjaśniała…

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Instrukcja

Zabronione jest oglądanie sztuki na pusty żołądek. Tylko w skrajnych przypadkach można pozwolić sobie na to, by głód potęgował egzystencjalną troskę wywołaną przez dzieło. A więc najpierw – najeść się. Potem: kawa, woda, toaleta. Wchodząc na ekspozycję warto wiedzieć, ile nas czeka, znać plan i od razu wybrać z niego jedną trzecią.

Amerykanie, którzy zarazili świat formułą szybkiego jedzenia, wkrótce potem ratowali swoje ciała i psychikę promocją tak zwanego slow food; jedzenia wolnego i koneserskiego, do którego kluczem jest umiarkowanie. Podobnie z muzeami: między abstynencją odchudzającą nasze umysły i wyobraźnie, a uzależnieniem, które także czasem prowadzi do opłakanych skutków (dematerializacji i oderwania od rzeczywistości), mamy złoty środek, czyli sporadyczne wizyty.

Zostań papieżem


Sezon ogórkowy i wakacyjny w pełni. Nie zdziwiło mnie zatem ani trochę, gdy na stronie „Vatican Insider”, wydawanej przez włoski dziennik „La Stampa”, zobaczyłem tytuł: „Let’s play being Pope”.

„Vatican Wars” to gra dostępna na Facebooku, w której wcielić się można w rolę kościelnego hierarchy, którego zadaniem jest objęcie tronu piotrowego. W konklawe, które ma kończyć grę, każdy uczestnik zabawy będzie mógł oddać swój głos na innego gracza. By zdobyć doświadczenie, popularność i pozycję, należy codziennie czytać Pismo Święte, kupować odpowiednie szaty, udzielać się charytatywnie i wygrywać debaty na „najważniejsze tematy w Kościele”.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Arytmetyczny szantaż

O próbę refleksji nad funkcjami i sensem kary pokusimy się w następnym, jesiennym numerze „Kontaktu”. Dziś jednak – dziesięć dni po tragicznych wydarzeniach w Oslo i na wyspie Utøya – gdy liczni polscy politycy i publicyści nawołują do rozpoczęcia nowej debaty nad karą śmierci, nie sposób nie odnieść się do tematu.

Kebab w mieszanym sosie


Jeszcze niedawno, ku rozpaczy warszawiaków, zanosiło się na to, że wszystkie witryny przy głównym placu Żoliborza zajmą banki. O problemie napisała „Gazeta Wyborcza”, mieszkańcy zorganizowali happening przekornie przemianowując „Plac Wilsona” na „Plac Bankowy” i wokół sprawy zrobił się szum. Na krytykę pozytywnie odpowiedział burmistrz i obiecał, że dzielnica będzie prowadzić politykę czynszową promującą sklepy i restauracje, aby po 17.00 – a więc godzinie zamknięcia banków - plac nie przypominał bezludnej wyspy, tylko tętniące życiem serce dzielnicy. Zresztą zaraz za słowami poszły czyny i zadeklarowano, że lokal zwalniany właśnie przez sklep obuwniczy, zajmie kawiarnia. Radość wielka. I tym większe rozczarowanie, gdy zamiast przytulnej kawiarni powstał tam bar serwujący kebab.

środa, 27 lipca 2011

„Kontakt” już na półkach!


Z radością informujemy, że począwszy od numeru „Polska Na Eksport” Kontakt będzie można kupić w księgarniach i salonach prasowych EMPiK-u oraz w mniejszych księgarniach w Warszawie i całej Polsce. Wkrótce na stronie opublikujemy listę miejsc, w których można dostać Kontakt. Na razie,dzięki staraniom red. Cyryla Skibińskiego, 450 egzemplarzy pisma leży już na półkach EMPIK-ów.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dlaczego nie lubię Lonely Planet?

Przewodnik Lonely Planet
po całym kontynencie Afrykańskim.
Edycja: 12; Objętość: 1216 stron

Przewodniki Lonely Planet nazywane są „biblią backpackersów”. Rozpoznawalne z daleka granatowe okładki, strony pokryte drobnymi notatkami, im brudniejsze od trudów podróży, tym większy wzbudzają szacunek. Po powrocie stanowią wartość sentymentalną – są najwspanialszą pamiątką, dowodem przebytej trasy, podróżniczym trofeum. Uważaj. Padłeś ofiarą propagandy.

Korporacja

Atrakcja stała się towarem. Trzeba ją wypromować, ładnie zapakować i kompleksowo sprzedać. Jeżeli jej brak, trzeba ją wykreować. Dzisiejsza turystka jest zakładnikiem wielkich korporacji przemysłu rozrywkowego. Zainteresowanie zwiedzających jest w pełni kontrolowane, liczy się tylko to, z jakimi wspomnieniami wrócisz z wyjazdu. Korporacje zrobią wszystko, abyś przekraczając próg domu, planował już przyszłoroczny wyjazd. Rola przewodnika w tym procesie jest niezwykle istotna. Dzisiaj backpackersi stali się pożądanymi klientami. Można na nich dobrze zarobić.

Sen o Kościele ubogim („Gazeta Wyborcza”, 9-10 lipca 2011)

Liczni przedstawiciele polskiego Kościoła zwykli wypowiadać się o nim w tonie uspokajającym, zamiast poważnych zaniedbań zarzucając mu co najwyżej nieliczne uchybienia. Mało który spośród nas, katolików, potrafi zrozumieć, że najbardziej gorzkie słowa wypływają nie z nienawiści, lecz z zawiedzionej nadziei; że najbardziej wartościową krytyką jest nasza – członków Kościoła – samokrytyka, wypowiadana w imię jakichś o tym Kościele marzeń. Rolą zaś marzeń nie jest stać się rzeczywistością, lecz rzeczywistość inspirować i wyznaczać kierunki jej przemian.

Katolicyzm Fair Trade („Kontakt” 17/2011)

Jako że wciąż jeszcze jesteśmy ludźmi młodymi i gniewnymi, od czasu do czasu zdarza nam się formułować wątpliwości odnośnie niektórych aspektów moralnego nauczania naszego Kościoła, jak również pewnych sposobów jego obecności w świecie. Narażamy się wówczas na zarzut, że postępując w ten sposób, zachowujemy się nie jak mieszkańcy Domu Bożego, lecz jak przypadkowi goście, którym uczta Pańska pomyliła się ze szwedzkim stołem. Niektórzy mniemają, że w zupełnie dowolny sposób wybieramy z religijnego uniwersum elementy odpowiadające naszym gustom i bieżącym potrzebom, odrzucamy zaś te, które z różnych przyczyn nam się nie podobają. Nie dziwi, że wystawiającym nam takie świadectwo krytykom przywodzimy na myśl zblazowanych klientów wielkich centrów handlowych. Nazywają nas „katolikami supermarketowymi”.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Nowy „Kontakt” na wakacje, a „Polska na eksport”

Nowy numer „Kontaktu” już wkrótce opuści drukarnię!

Niech tylko przeschnie klej spajający kolejne strony z okładką, a poślemy go do Waszych domów. Tych, którzy nie zdecydowali się wykupić prenumeraty, będziemy mogli zaprosić do kupienia „Kontaktu” w warszawskich księgarniach.

Tematem numeru jest tym razem „Polska na eksport”. Wydajemy go w pierwszym miesiącu polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, który przebiega w atmosferze entuzjazmu. Kolejne wystąpienia polityków i okolicznościowe wydania gazet usilnie utwierdzają nas w przekonaniu, że podjęliśmy zadanie przewodzenia wspólnocie krajów - które jak dotąd były raczej przyczyną naszych kompleksów - jako kraj silny i kompetentny.

W konfrontacji z tym wykreowanym wizerunkiem Polski wracają do nas jednak stare pytania: czy Polska w ogóle może coś zaproponować Europie i światu? Jak dotąd towarzyszyło nam przecież poczucie, że jesteśmy tylko krajem adaptującym polecone nam wzorce; stanowimy publiczność spektaklu, który odbywa się poza naszym udziałem.

O niespodziewanym skutku niepodległości Sudanu Południowego


Czyżby dotychczasowe mapy się zdezaktualizowały? W sobotę Sudan oficjalnie podzielił się – narodziła się Republika Południowego Sudanu. W nowej stolicy – Dżubie – wszyscy się cieszą, świętują i wiwatują ku chwale nowej ojczyzny. Jednakże gdy opadnie już kurz świątecznej euforii, trzeba będzie na nowo spojrzeć na całą Afrykę. Przełamano pewne polityczne tabu. Rządy większości krajów świata uznając nowe afrykańskie państwo, podważyły kardynalną zasadę nienaruszalności granic kolonialnych w postkolonialnej Afryce. I nikt nie wie, jakie będą tego skutki. Jedno jest pewne: nie warto kupować jeszcze nowej mapy świata. Niewykluczone bowiem, że w następstwie uznane zostanie niedługo następne afrykańskie państwo – Republika Somalilandu.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Modlitwa Powszechna Bogdana Michałowicza

Boże pełen miłosierdzia, zasiadający na wysokościach,
polecamy Twojej Ojcowskiej miłości tych,
którzy podzielili los sługi Twojego Abla,
w cieniu Twych skrzydeł świętych
i czystych niczym światło firmamentu niebieskiego,
skryj po wsze czasy1
ofiary prześladowań i wojen religijnych,
ludobójstwa i pogromów,
kłamliwych oskarżeń i niesprawiedliwych wyroków,
- tych, których mogiły dawno porosły mchem
- tych, którzy dziś czekają na złożenie do grobu
- i tych, których rozproszone szczątki nie zostaną nigdy pochowane.
Ogarnij ich wszystkich Twoja miłością”

O jedno auto mniej!


W Warszawie zamknęli Świętokrzyską. Na dwa lata. Choć rzadko mi się to zdarza, zaraz po zmianie organizacji ruchu, przejeżdżałem akurat samochodem przez centrum. Pomyślałem, że wprawdzie zrobiło się trochę gęsto, ale o dziwo da się z tym żyć. Naiwny... Nie wziąłem pod uwagę tego, że trwał jeszcze długi weekend, a w mieście było o połowę mniej samochodów.

Gdy kilka dni później jechałem z Mokotowa na Żoliborz, na wysokości pl. Unii Lubelskiej natknąłem się na korek, który nieprzerwanie ciągnął się aż do samego centrum. Dzięki Bogu tym razem byłem na rowerze, ale i tak duża, jednolita masa aut, wypełniona zirytowanymi kierowcami, utrudniała mi sprawne poruszanie się po ulicy. To jednak pozwoliło mi na pewną obserwację. Otóż średnio w ośmiu na dziesięć z mijanych przeze mnie samochodów siedziała tylko jedna osoba. O ile luźniej byłoby na ulicach, gdyby choć połowa z nich zdecydowała się na rower lub komunikację miejską? A ta, wbrew temu co twierdzi wielu jej zagorzałych przeciwników, wcale nie jest u nas taka zła!