wtorek, 18 października 2011
Oburzenie to za mało. Komentarz po demonstracji 15.X
Jan Mencwel
Gościa z NRD wysłano do pracy na Syberii. Wiedział, że jego listy będą czytane przez cenzurę. Powiedział więc swoim przyjaciołom: „Ustalmy kod. Jeśli dostaniecie ode mnie list napisany niebieskim atramentem, to, co napisałem, jest prawdą. Jeśli list będzie napisany czerwonym atramentem, to nieprawda”. Po miesiącu przyjaciele otrzymują pierwszy list. Cały na niebiesko. Czytają w nim, że wszystko jest tam wspaniałe. Sklepy są pełne dobrego jedzenia. W kinach wyświetlane są filmy z Zachodu. Mieszkania są duże i luksusowe. Jedyna rzecz, której nie da się kupić, to czerwony atrament.
Taki dowcip opowiedział filozof Slavoj Żiżek tłumowi okupującemu Wall Street, tłumacząc, że choć to kawał z czasów komunistycznych, świetnie oddaje sytuację, w jakiej znalazły się zachodnie społeczeństwa w czasach globalnego ekonomicznego kryzysu. Wszyscy wiemy, że coś jest ze światem nie tak. Problem polega na tym, że nie mamy języka, w którym moglibyśmy to opisać. A jeszcze trudniej opowiedzieć o świecie, który byłby lepszy od tego, w jakim żyjemy. Bo narazimy się na śmieszność, niezrozumienie, obciach. I w najlepszym przypadku usłyszymy: „no tak, ale przecież tak musi być”. Albo: „i tak nic z tego nie będzie”.
W poszukiwaniu czerwonego atramentu
Żiżek przekonywał okupujących Wall Street, że są na dobrej drodze, żeby wynaleźć czerwony atrament: pierwszy raz od dawna zdarza się sytuacja, w której pod hasłem „coś jest nie tak z kapitalizmem” chce się podpisać ktoś oprócz garstki zdziwaczałych lewaków. Tak dzieje się nie tylko w USA, ale też w wielu miastach Europy i świata, w których na ulice wychodzą już nie setki, ale tysiące ludzi. I chyba tylko najbardziej konserwatywni publicyści mogą nadal publicznie twierdzić, że "nic się nie stało". Ale cała reszta już wie, „że coś się dzieje”.
Podczas gdy na całym świecie młodzi ludzie odczuwający (lub tylko obserwujący) skutki kryzysu ekonomicznego, próbują wynaleźć swój własny atrament, w Warszawie grupie ukrywającej się pod hasłem Porozumienie 15 Października udało się stworzyć najwyżej niewielkich rozmiarów kleksa. I to z atramentu nieokreślonego koloru. 15 października na „marsz Oburzonych” w Warszawie przyszło zaledwie kilkaset osób. Na słowo „zaledwie” niejeden uczestnik marszu obruszyłby się pewnie i próbował przekonywać, że „jak na tego typu manifestacje to nie było tak mało”. Ale nie oszukujmy się: nie ma co porównywać akcji przez kilka dni promowanej przez główne media z niszowymi manifestacjami Pracowniczej Demokracji. Nawet jeśli „Oburzonych” było pięciuset, to jest to tyle co nic w porównaniu z tysiącami na ulicach Brukseli, Rzymu czy Paryża.
Nie jestem może najgorętszym zwolennikiem protestujących na Wall Street i mam sporo wątpliwości co do tego, czy na pewno wiedzą, co chcą osiągnąć. Ale już osiągnęli jedną, bardzo ważną rzecz: dzięki nim miliony ludzi na całym świecie zastanawiają się, czy na pewno słabości kapitalizmu, o których mówią, nie dotyczą także ich. I czy na pewno jest tak, że "i tak nic się nie da zmienić".
Oburzeni kontra racjonalni
Polski ruch "Oburzonych" mógł osiągnąć to samo, ale zrobił jeden ważny błąd - użył nie tego "atramentu". Język, którym przemówili organizatorzy marszu, wydał się bardzo wielu osobom nieautentyczny, awanturniczy i nie występujący w ich imieniu. Sam miałem podobne odczucia. Wątpliwości budziła już sama nazwa marszu. Nawiązuje ona do hiszpańskich Indignados, od kilku miesięcy protestujących na Puerta del Sol w Madrycie. Tłumacząc ją na „oburzeni”, organizatorzy zdali się chyba na wszechwiedzącego Google Translatora, który faktycznie podpowiada właśnie takie słowo. Ale wystarczy chwilę pomyśleć, żeby dostrzec, że w hiszpańskim słowie jest człon odnoszący choćby do angielskiego dignity – godność. Hiszpanie nie są więc wcale oburzeni. Oni są pozbawieni godności, a więc raczej „upokorzeni” albo „wykluczeni”. Problem w tym, że w Madrycie naprawdę protestują wykluczeni – młodzi ludzie, często z wyższym wykształceniem, pozbawieni szans na znalezienie pracy i na lepszą przyszłość (40% młodych ludzi w Hiszpanii to bezrobotni). W Polsce ten problem nie dotyka tak bardzo młodych ludzi. Ale nie znaczy to, że nie można było wspomnieć o sprawach, które ich (nas?) dotykają i poruszają. Wbrew pozorom nie jest ich wcale tak mało.
"Oburzajcie się!"? Nie umiem. Oburzony bywa biskup. Jest - permanentnie - polityk gatunku Błaszczaka. Albo ciotka z pretensjami. "Oburzenie" to słowo z leksykonu mieszczańskiego paternalizmu - słusznie napisał w komentarzu publicysta Newsweeka Piotr Bratkowski. Hiszpanie zwrócili uwagę na to, że system pozbawia ich możliwości godnego życia, choćby z tego powodu, że aby mieć własne miejsce do mieszkania, trzeba związać się na całe życie z bankiem, który da im kredyt. Amerykanie wymyślili nazwę „Ruch 99%” - przypomnieli tym samym wszystkim współobywatelom, że za kryzys płacą prawie wszyscy – z wyjątkiem 1% najbogatszych, którzy jako jedyni w kryzysie nie zbiednieli. Ta rażąca dysproporcja przemawia do coraz większej liczby ludzi przyłączających się do protestów. I zawiera w sobie konkretny postulat: podnieść podatki dla najbogatszych, którzy w dobie kryzysu sami już kilka razy o to prosili.
Nie będzie niczego?
Polscy organizatorzy, zamiast spojrzeć na siebie i na to, co ich samych dotyka, nazwę po prostu przetłumaczyli (i to błędnie),a w dodatku napisali manifest oraz sformułowali 21 postulatów, w których nawiązują do … historycznych postulatów pierwszej „Solidarności”. Gdy czytałem obydwa te teksty na stronie www.15pazdziernika.pl, zastanawiałem się, dlaczego do wyjścia na ulice ma mnie przekonać historia, którą większość moich rówieśników zna najwyżej z opowieści rodziców, a nie, powiedzmy, sprawa polityki mieszkaniowej albo umów śmieciowych? Jeszcze gorzej było z listą postulatów. Pomieszanie spraw ekonomicznych ze światopoglądowymi, język przypominający czasem Krzysztofa Kononowicza i jego hasło "nie będzie niczego"... Darmowe wszystko dla wszystkich, precz z podłymi kapitalistami, rozwiązać giełdę, nic nie prywatyzować, i broń boże nie ratować tych wstrętnych banków.
Żałuję, że organizatorzy marszu zmarnowali szansę, jaką było otwarcie również w Polsce debaty na temat tego, czy w epoce globalnego kryzysu nie warto pewnych spraw, które wydają nam się oczywiste, przemyśleć na nowo. Każdy, kto boi się, że mówiąc publicznie o tych sprawach, spotka się jedynie z reakcją typu „nic z tego nie będzie”, wie, co znaczy brak czerwonego atramentu. A tematów, co do których wielu moich rówieśników czuje, że „coś tu jest nie tak”, a jednocześnie myśli, że „i tak nic nie da się zmienić”, jest wcale nie tak mało. I nie trzeba przy tym krzyczyeć "precz z kapitalizmem", bo naprawdę lepiej skupić się na tym, co można naprawić, a nie na tym, co zniszczyć. Kilka przykładów takich spraw mogę podać „z marszu” (bynajmniej nie tego sobotniego):
- polityka mieszkaniowa, a raczej jej brak, który stawia młodych ludzi w sytuacji bez wyjścia: albo kredyt, albo nic. Tymczasem można to rozwiązać inaczej, choćby tworząc tanie mieszkania na wynajem, budowane na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego.
- wszechmoc i bezkarność wielkich korporacji, z których usług zmuszeni jesteśmy korzystać, takich jak na przykład sieci komórkowe, co do których każdy wie, że „z nimi nie wygrasz”. A przecież jeszcze kilka lat temu „nie do pomyślenia” było, żeby ceny połączeń w roamingu obniżyć do dzisiejszego poziomu. Ale zadziałała Komisja Europejska (na którą przecież można wpływać) i proszę - „nie da rady”?
- zagospodarowanie przestrzeni, czyli problem wszechobecnych reklam. Nie znam chyba osoby, która by się na to autentycznie nie oburzała, znam nawet takich, którzy są gotowi reklamy w akcie desperacji zamalowywać. Ale kto by pomyślał o tym, że państwo może coś tu zdziałać i że można w tej sprawie na nie naciskać?
- sytuacja na rynku pracy, a więc wspomniane „umowy śmieciowe”. Umowa o pracę wielu moim rówieśnikom wydaje się niedostępnym luksusem, a powinna być w wielu przypadkach obowiązkiem pracodawcy. Ale co z tego, skoro wielu z nas nie wie nawet, w jakiej sytuacji powinno się takiej umowy zażądać?
- nierówność szans małych, osiedlowych sklepów w konkurencji z hipermarketami i sklepami sieciowymi, która zmusza małe sklepiki do podnoszenia cen, a nas, konsumentów, zmusza do kupowania w nielubianych Carrefourach i Biedronkach, bo są po prostu najtańsze.
- praktycznie brak możliwości ogłoszenia "upadłości konsumenckiej" przez ludzi, którzy nie są w stanie wyjść z długów.taka upadłość jest czasami jedyną formą ratowania się w sytuacji naprawdę beznadziejnej, mogą ją ogłosić firmy, czemu więc nie osoby fizyczne?
To są takie sprawy, w których już dawno uznaliśmy kapitulację wszelkich starań za oczywistą oczywistość. Ja osobiście bez wahania poprę takich „oburzonych”, którzy nie będą tylko oburzeni, ale też zaangażowani - w poprawę lub zmianę sytuacji z pozoru beznadziejnych, bo na to jest teraz, wbrew pozorom, dobry moment. I nie będą koniecznie chcieli wychodzić na ulicę, chociaż i przed takimi metodami nie ma co uciekać, ale można też przecież wpływać na rządzących innymi drogami (np. poprzez organizacje pozarządowe). Jestem pewien, że ludzi mających podobne problemy z tym, jak urządzony jest dziś nasz świat, jest więcej niż te 500 osób w sobotę na Krakowskim; założę się też, że w wielu sprawach zgodzilibyśmy się na podobne rozwiązania. Trzeba się tylko zastanowić, jak o tych sprawach mówić, żeby ci wszyscy, którzy widzą problem, uznali, że mogą coś w tej sprawie zrobić. A potem można się porywać z motyką na słońce, bo już nie raz okazało się, że jest ono w jej zasięgu.
Etykiety:
demokracja,
Indignados,
Jan Mencwel,
kapitalizm,
lewica,
oburzeni,
obywatel,
Occupy Wall Street,
polityka,
Ruch 99%
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

8 komentarzy:
a powiedz Rydzu, czy popierasz tych hiszpanów okupujących Madryt? Z twojego tekstu wynika, że tak naprawdęoni nie zrobili nic wiecej niż sama idea.
Póki co, z czego to słyszałem, siedzą na placach i debatują, uchwalają swoje ustawy ale nie angażują się w zmiany. Czekają, oczekują, że partia rządząca, byc może także opozycyjna, wysłucha ich głosu.
U nas taki ruch ludzi był, odniósł duży skutek, w końcu ten ruch obalił komunizm i pokazał, że można zyć inaczej. Mimo, że jest słabo jest lepiej niż kiedyś, więc na kolejny polski ruch musimy poczekać aż zmieni się pokolenie w partiach, aż ludzie poza partiami beda chcieli się jakoś zaangażować. Musi się zmienić kultura polityczna,a póki co te marsze beda tak wyglądać.
Byłem w sierpniu w Madrycie, wiele razy przechodziłem przez Puerta del Sol i nie widziałem żadnych oburzonych.
Poza tym tekst świetny! Rzeczywiście warto zająć się takimi "małymi sprawami".
Choć w Ameryce kryzys ("pierwsza fala") miał inne podłoże niż obecny w Europie ("druga fala"). W Stanach klęskę poniosły w pierwszej kolejności instytucje, które ulokowały (cudze najczęściej) pieniądze w mało wiarygodne i skomplikowane instrumenty finansowe i ludzie, zwiedzeni możliwością wzięcia taniego kredytu.
W Europie natomiast mamy "kryzys zadłużenia", ale rządów. Okazuje się, że obligacje emitowane przez państwa, które według każdego podręcznika do ekonomii są najbezpieczniejszą lokatą kapitału (ale też przynoszącą najmniejszą stopę zwrotu), straciły w kilku przypadkach na wiarygodności. Tutaj problem jest znacznie poważniejszy. Wygląda na to, że UE musi zwiększyć nadzór nie tylko nad bankami, ale i nad rządami - tylko kto się na to zgodzi, i kto będzie nadzorował UE?
Natomiast sam rozumiem i oburzenie związane z ratowaniem banków (bankowcy pewnie często świadomie inwestowali zbyt ryzykownie), i związane z ratowaniem Grecji (jak powiedział jeden ze słowackich polityków, ciężko jest wytłumaczyć jego współobywatelom, że mają zrzucać się na emerytury dla Greków, jeśli sami o tak wysokich emeryturach mogą tylko pomarzyć).
Janek:
na tematy makroekonomiczne nie chcę się wypowiadać, bo zbyt mało o nich wiem. Zwróciłem uwagę na to, że w czasach kryzysu przydałby się nam obywatelski ruch, który mówiłby głośno o sprawach, które bezpośrednio dotykają tzw."zwykłych ludzi",a wiążą się z tymi samymi globalnymi procesami: kapitulacją państwa opiekuńczego, coraz większą deregulacją procesów rynkowych, wiarą w to, że rynek może zastąpić politykę społeczną państw. I na to należy teraz zwrócić uwagę - czy to wychodząc na ulice, aby wpływać na rządzących, czy tworząc instytucje, czy to uruchamiając kampanie społeczne, czy wpływając na debatę publiczną.
Krasnal:
Nie wiem,czy można mówić, że ludzie w Hiszpanii "siedzą na placach i debatują ale nie angażują się w zmiany". Okupowanie czy demonstrowanie jest właśnie formą zaangażowania w zmiany, a że wybrali taką, to świadczy jedynie o tym, że inne instytucje wydały się im nieskuteczne.Ja popieram ten ruch i mam nadzieję,że na ulicznych protestach się nie skończy - chociaż gdy są one na taką skalę jak w Hiszpanii to mają poważny wpływ na politykę władz, bo nie da się obok tego przejść obojętnie.
W Polsce masowo ludzie na ulice nie wyjdą, w ten sposób wiele nie osiągniemy - to prawda. Ale to nie znaczy,że nie możemy nic zrobić i biernie czekać,aż kiedyś zmienią się te elementy rzeczywistości,które uznaliśmy jeszcze niedawno za "żelazną logikę rynku" itd.
Rydzu prawie w pełni zgadzam się z Twoim tekstem. Mam drobną tylko uwagi. Trudno krytykować organizatorów polskiego marszu, że nazwali się oburzonymi, skoro hiszpańska nazwa tak została przetłumaczona kilka miesięcy temu przez polskie media. Wymyślanie nowej nazwy w tej sytuacji byłoby absurdalne, skoro już sporo osób kojarzyło ruch przybywający do nas z Hiszpanii właśnie jako oburzonych. Nie znam hiszpańskiego, więc może i to tłumaczenie jest złe, ale winę za to ponoszą media, a nie założyciele Porozumienia.
Ogół bezwiednie przyjmuje przypuszczenie, że system może być zły. Zastanawiając się głębiej musimy jednak dojść do wniosku, że nie możliwy jest skończony system, który spełni stawiane mu przez ogół wymagania ochrony przed kryzysem, niesprawiedliwością itp. Taki system musi być ciągle w budowie, rozwoju bo różnorodność możliwych sytuacji jest nie możliwa do przewidzenia. System musi ciągle dostosowywać się do rzeczywistości i jest skazany na bycie ciągle o krok za pomysłami kreatywnych księgowych, biznesmenów ale i zwykłych ludzi na etacie, którzy też kombinują jak mogą. Wymagają sprawiedliwości systemu gdy im się dzieje krzywda i jednocześnie chętnie korzystają z luk w systemie dla własnych korzyści. I tu jest moim zdaniem pole do popisu. Trzeba uświadamiać ludziom, że to my tworzymy świat takim jaki jest i musimy brać odpowiedzialność za niego nie ograniczając się do tego czego system od nas wymaga ale działać kierując się sprawiedliwością społeczną w pierwszym rzędzie, a tym co wymaga system dopiero w drugim.
Tak było dopóki pojęcie prawa własności, na którym bazuje kapitalizm, nie zastąpiło pojęcia sprawiedliwości w relacjach międzyludzkich. Sprawiedliwość to pojęcie o wiele szersze i uwzględniające choćby taki przypadek, w którym zamiast zatapiać tony zboża w oceanie dla rozkręcenia gospodarki trzeba zainwestować aby dostarczyć go ludziom głodującym. Prawo własności usprawiedliwia niesłusznie takie czyny. Przykładów takich nie brakuje też gdy popatrzymy w mniejszej skali, choćby najprościej - pensje. Czym prezes banku zasługuje na stokrotnie wyższą pensję od chorego i starego rencisty, któremu nie starcza na leki o wyżywieniu nie wspominając, a do tego czynsz, opłaty? To upodlenie woła o pomstę do Nieba!
Brzmi to może trochę populistycznie ale tu właśnie błądzi społeczność, szczególnie polska. Bo za tymi postulatami widzi "nieoświeconych katoli ze wsi". A to właśnie są słowa prawdy, która w oczy nie kole. W wygodzie człowiek traci poczucie prawdy, bo zastępuje mu ją "moja prawda".
Wracając, kapitalizm jako system nie wypala się, nie jest zły. Socjalizm też nie jest zły. To ludzie są dobrzy lub źli i takim tworzą system. Przecież nie chcemy stworzyć szczelnego systemu, w którym niemożliwe będzie działanie niesprawiedliwe, bo jakaż satysfakcja i jaka nagroda! dla nas jeśli czynimy dobro z obowiązku?
Rydzu, masz rację, że należy skupiać się na problemach "zwykłych ludzi", które wywołał kryzys. I dopiero wtedy pomagać instytucjom finansowym - jeśli to rzeczywiście pomoże tym zwykłym ludziom. Natomiast kryzys państwa opiekuńczego nie jest przyczyną obecnego kryzysu ekonomicznego.
Można zatem przypominać, że niektóre państwa opiekuńcze potrafią sobie radzić z kryzysem - np. kraje skandynawskie. No i można brać z nich przykład, pamiętając o całym kontekście - kultura praworządności, pełne zatrudnienie itp.
Polecam też artykuł o tym na blogu "Democracy in America" (The Economist), który skupia się na jeszcze jednym ciekawym aspekcie "okupantów Wall Street" - demokracji partycypacyjnej. Wygląda na to, że porównania z "pierwszą Solidarnością" są jak najbardziej uzasadnione.
Byłam na marszu 15 października i bardzo żałowałam, że nie mogę się pod nim podpisać z powodów wymienionych w artykule. Miałam nadzieję, że będzie podobny do tego, co dzieje się w Hiszpanii i na WallStreet. Bardzo się zawiodłam.
Chciałabym zamanifestować oburzenie na to, jak działa system. Słowo "oburzenie" wydaje mi się w pewnym kontekście dobrze wybrane. Żyję w dostatku, niczego mi nie brakuje. Nie jestem pozbawiona godności, nie dzieje mi się krzywda. Ani ja ani moi znajomi nie mają problemów ze znalezieniem pracy. Ale oburzam się na pozbawienie godności tych Polaków, którzy nie wychodzą na ulicę i nie krzyczą o swojej niesprawiedliwości. Chciałabym to wyrazić podobnie jak ludzie bogaci, którzy przyłączyli się do protestów na WallStreet. Wydaje mi się, że powinno się takie "oburzenie" propagować, żeby ci, którzy nie są pozbawieni godności, nie pozostali ślepi na krzywdę innych.
Brakuje mi miejsca, gdzie mogłabym takie "oburzenie" manifestować. Gdzie ludzie tacy, jak ja mogą realizować poczucie o którym napisał quasar?, że:
"my tworzymy świat takim jaki jest i musimy brać odpowiedzialność za niego nie ograniczając się do tego czego system od nas wymaga ale działać kierując się sprawiedliwością społeczną w pierwszym rzędzie, a tym co wymaga system dopiero w drugim."
bardzo brakuje w Polsce takiego miejsca, takiego atramentu.
@maciekony: to prawda, że media wymyśliły nazwę "Oburzeni" ale organizatorzy w takim razie niepotrzebnie ją przejęli.zamiast próbować jakoś inaczej zdefiniować ten ruch.
@Jan Lipski: Odwrót od państwa opiekuńczego jako powszechnej idei, która święciła triumfy w całej zachodniej Europie i USA od lat mniej więcej 40. do 70. i stała u podstaw ówczesnego "prosperity" jest na pewno jedną z przyczyn,która doprowadziła do obecnego stanu rzeczy.Przyczyną współczesnych nierówności nie jest raczej coraz większe zadłużenie państw,ale raczej właśnie nierówności wynikające z wypaczeń neoliberalizmu.Być może w Grecji protesty obracają się przeciwko zadłużonemu państwu i cięciom budżetowym,ale gdzie indziej (np.USA) ludzie protestują przede wszystkim przeciwko elitom finansowym, które funkcjonują jak gdyby "poza regułami",i temu,że państwo nie wprowadza reguł które pozwalałyby ich pociągnąć do odpowiedzialności.Europa od jakiegoś czasu stara się przeforsować np. podatek od transakcji finansowych,ale Stany konsekwentnie ten pomysł bojkotują.
O tym, dlaczego można widzieć ciągłość między odwrotem od idei państwa opiekuńczego a dzisiejszym kryzysem pisze np. Tony Judt w książce "Źle ma się kraj".
@Klara,Quasar.wydaje mi się,że przede wszystkim trzeba zastanowić się,co możemy zrobić.Mówienie o "Oburzeniu" w sensie bardzo ogólnym moim zdaniem nie przyniesie nic konkretnego.A konkretne zmiany są w zasięgu ręki.Rządy będą chciały je wprowadzać,jeśli poczują presję ze strony społeczeństw.Szczególnie nasz rząd,który(może dlatego że nie ma własnej wizji)jest bardzo podatny na głos opinii publicznej (patrz:Dopalacze).
JM
Prześlij komentarz