Misza Tomaszewski
Wydaje się, że o domniemanym wyznawcy szatana, Adamie „Nergalu” Darskim, i jego kontrowersyjnym angażu do nowego programu Telewizji Polskiej napisano już tak wiele, że temat został do cna wyczerpany. Zwyczajowy, tłumny udział w medialnym przedsięwzięciu wzięli katoliccy duchowni i publicyści, którzy – tradycyjnie już – wsparli niemal wszystkie spośród zwaśnionych stanowisk. Na szczególną uwagę zasługuje niecodzienna polemika pomiędzy księdzem Adamem Bonieckim a Przewodniczącym Rady KEP ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturowego, biskupem Wiesławem Meringiem. Wygląda więc na to, że powiedziano już wszystko, co powiedzieć się dało. Czy rzeczywiście?
Nie znalazłszy, być może przez niedopatrzenie, w natłoku komentarzy takiego, który w moim przekonaniu wyczerpywałby temat, pozwalam sobie na sformułowanie pięciu uwag.
1. W swojej artystycznej kreacji Nergal nie kieruje się logiką antychrześcijańską, lecz logiką massmediów, którą skądinąd można by określić mianem „antychrześcijańskiej”, lecz w zupełnie innym znaczeniu tego słowa. Polega ona na ubóstwieniu tego, co dobrze się sprzedaje, z pominięciem wszelkich ewentualnych aksjologicznych niedostatków. Przekaz medialny – szczęśliwie w pewnych wciąż jeszcze granicach – może być kłamliwy, nieestetyczny bądź po prostu głupi, ważne jest bowiem tylko to, czy można na nim zarobić. W takich i tylko takich kategoriach warto interpretować słynny incydent z niszczeniem Biblii. Kto doszukuje się w nim działania „innych szatanów”, odwraca uwagę od rzeczywistego problemu. Deklaracja Nergala, w myśl której „chrześcijaństwo to nic innego, jak zardzewiała i archaiczna budowla, która lada moment zwyczajnie się zawali, a trwa wciąż tylko dlatego, że istnieją naiwni, którzy, niczym owce, ślepo podążają za głosem swoich pasterzy”, sytuuje go nie w szeregu satanistów, lecz w szeregu naiwnych antyklerykałów.
2. Niebezpieczne są zatem nie tyle przekonania Adama Darskiego, ile fakt istnienia społecznego przyzwolenia na medialne wybryki w rodzaju wspomnianego już niszczenia Biblii. Bynajmniej nie dlatego, że – jak słyszymy – to nas (chrześcijan) obrażono, że to my jesteśmy prześladowani przez nielicznego, lecz dysponującego medialnym aparatem wroga. Niektórzy katoliccy publicyści wskazują na fundamentalną niesprawiedliwość, przejawiającą się w tym, że we współczesnej Polsce nie do pomyślenia jest sytuacja, w której ktoś dla efektu scenicznego wyszydziłby Gwiazdę Dawida; dlaczego więc wolno profanować krzyż i Biblię? Nie próbując bronić takiego stanu rzeczy, wskażę tylko na odmienny status kulturowy polskiego judaizmu i katolicyzmu, dający się sprowadzić do różnicy pomiędzy „silnym” i „słabym”. Zechciejmy tę różnicę dojrzeć i my: obrona słabszych jest naszym moralnym obowiązkiem, obrona zaś siebie samych – ledwie prawem, i to prawem, od egzekwowania którego warto czasem odstąpić. Motywem naszej moralnej niezgody na, pożal się Boże, „prowokacje artystyczne” nie powinna być chęć cieszenia się takimi samymi przywilejami, jakimi cieszą się „inni”. Przeciwnie, stawiajmy raczej opór w imieniu tych „słabszych” od nas, którzy w przyszłości mogą paść ofiarą bardziej jeszcze agresywnej przemocy symbolicznej (i nie tylko).
3. Istota problemu nie polega więc na medialnej walce z Kościołem i promowaniu zła (kto dzisiaj na serio wierzy w zło?), lecz na „korporacyjnym” zagubieniu horyzontu wartości innych niż „wolność” („dowolność”) czy „przyjemność”. Nie wyrażam tu bynajmniej marzenia o prawnym czy moralnym usankcjonowaniu jednej Prawdy, jednego Dobra i jednego Piękna (uchowaj Boże), lecz skromną tęsknotę za pluralistycznym wartościowaniem świata. Instrumentalna logika mediów prowadzi natomiast do tego, że w imię wolności słowa (to znaczy: wolności mówienia czegokolwiek) jednych obywateli, wysterylizowanej z odpowiedzialności za głoszone przez nich (choćby bez przekonania) treści, usprawiedliwia się gwałcenie negatywnej wolności innych. Tymczasem podobnie jak każdy człowiek ma prawo do tego, by nie być zabijanym, okradanym czy gwałconym, tak też powinien on móc liczyć na to, że kultywowane przez niego wartości będą chronione przed publicznym wyszydzeniem. To nieprawda, że „wszystko wolno”. Inna jednak rzecz, czy przeciwdziałanie przemocy symbolicznej powinno znajdować swój wyraz we wzmożonej aktywności prokuratury i sądów. Myślę, że jest to droga donikąd.
4. Cóż mamy więc zrobić z Nergalem? Istotny dylemat, który należy rozważyć, streszcza się w pytaniu o naszą motywację. Czy jest ona, by tak rzec, absolutna, czy też raczej pragmatyczna. Czy protestujemy, ponieważ „tak trzeba”, czy też liczymy na to, że nasz protest osłabi społeczne przyzwolenie na dyktowane logiką mediów, płaskie jak stół do cymbergaja, lecz w dłuższej perspektywie niebezpieczne zachowania. Jeśli popieramy tę drugą możliwość, odrzucając zasadę walki w imię prawdy, choćby świat miał stanąć w ogniu nieugaszonym, to zmuszeni jesteśmy do chwili refleksji nad zasadnością dodawania swojego głosu do chóru wołających o wieczne potępienie pewnego death-metalowego wokalisty, o zwolnienie z pracy pewnego Prezesa Zarządu spółki należącej do Skarbu Państwa i o przeniesienie do stanu świeckiego pewnego zasłużonego księdza redaktora. Śmiem bowiem twierdzić, że mało którego potentata medialnego byłoby stać na reklamę o zasięgu porównywalnym do tej, którą za darmo zrobili Nergalowi biskupi Głódź i Mering wespół z prawicowymi publicystami. To nie jest tak, że nie rozumiem intencji stojących za ich protestem, przeciwnie. Mam jednak wrażenie, że podjęte przez nich kroki mają charakter przeciwskuteczny i że na przekór samym sobie nakręcają oni medialną maszynkę do robienia interesów. Więcej: sami dają się w nią „wkręcić”. Nergal nie mógł sobie wymarzyć lepszej laurki na początek swojej przygody z telewizją w coraz bardziej antyklerykalnej Polsce.
5. Kiedy wsłuchać się w dyskusje nad rzeczywistym bądź urojonym satanizmem Nergala – w zasadzie jest to tylko kolejna okazja do wzmocnienia niechęci pomiędzy i tak dość już skłóconymi środowiskami polskich katolików – nie sposób nie zadumać się nad sposobem, w jaki faktycznie objawia nam swoją potęgę Nieprzyjaciel. Prawdziwym złym owocem jego działania są gorszące podziały, które z dnia na dzień umacniają się w naszym Kościele. Nie dajmy się zwieść: Adam Darski – to tylko przynęta. Próbę Nergala zwycięsko przejdzie tylko chrześcijanin, który nie da się skłonić do tego, by po raz kolejny swojego brata uczynić swoim przeciwnikiem.
74 komentarze:
o kur.., co za bełkot. ludzie nie macie honoru? protestowaliście przeciw koalicji z Samoobroną a Nergal już OK. pozdro z Ciemnogrodu. Ola
Olu,
Będę Ci wdzięczny za wskazanie fragmentu mojej notki, z którego wynika, że uważam, iż "Nergal już OK". Pozdrawiam.
Komentarz GS:
Drogi Miszo,
z tego co zdołałem się dowiedzieć, niszczenie Biblii to tylko jeden z wątków działalności Nergala. Ponieważ zgodnie z Twoją sugestią nie chcę poświęcać mu zbyt wiele czasu i uwagi, więc jedynie przekleję kilka jego tekstów. Chciałbym, żebyś przekonał mnie i innych swoich czytelników, że nie warto zaprzątać sobie głowy faktem ich publicznego głoszenia w atrakcyjnej (przynajmniej dla niektórych) muzycznej formie, oraz że ustawianie ich autora w pozycji arbitra (a więc autorytetu, choćby tylko muzycznego) i tym samym jego promocja (której tak chciałbyś uniknąć) w publicznych mediach, nie stanowi żadnego problemu i nie pozostaje w sprzeczności z ich misją.
Oczywiście możesz również przekonać mnie, że to nie są jego teksty, i że źródło z którego je pobrałem jest niewiarygodne. Przyznaję, że nie sprawdzałem tego (zgodnie z Twoją sugestią nie chcąc poświęcać mu zbyt wiele uwagi... itd.).
Oczekiwałbym z Twojej strony równie elokwentnego felietonu na ten temat jak ten powyżej – byłbym zobowiązany jeśli byłbyś skłonny spełnić ten mój skromny postulat.
Grzegorz Strzemecki
Poniżej dodaję kilka tekstów Nergala:
Chwała Mordercom Wojciecha
Tysiąc lat, tysiąc pierdolonych lat, dziesięć ciemnych wieków
Dlaczego!?
Gnuśnieliśmy w wilczych norach, a naszą świętość czas pogrzebał
i krzyż wielki, drewniany, wciąż rzuca krwawy cień na waszą przeszłość!
Co potrzebujecie będzie wam dane.
Czy ta zdradziecka bestia wciąż żyje?
I nikt, nikt nie zapomni, nikt!
Że już czas prócz tego powolnego, który taki zgarbiony, niedołężny, ślepy na tronie Watykanu.
Hail!
To my jesteśmy morzem Apokalipsy, ostatnią nadzieją odradzającej się istoty,
Waszym piekłem, naszym ukojeniem.
I nie topory, lecz wspomnienia będą piły krew Waszą tam, na Armagedeńskich polach
Dziś my karcimy waszego, ścinamy głowę Watykanu
Którą wyślemy zanim przyjdzie tam, gdzie wasza wiara rozpostarła swe brudne skrzydła
Hail!
Dzisiaj... ścinamy głowę Watykanu, w koronie
Ludzie, ludzie się od śmierci ociągają
Nienawiść...
Lecz tego miejsca już nie ma!
Hail!
Pomścimy!!! Pomścimy, tak!!!
Hail!
Wojna!!!
Chrześcijanie do lwów
pokłoń się gówniany synu
jestem złym
koniec twej chwały
koniec niewoli
pasje, które ugasiłem
zrodziły terror
zmiażdżyły twą wolę
twa dominacja blednie
ma wola dominuje
i spójrz jak wznosi się ma gwiazda
spalając ziemię
słońce - oko bogów
wrzucone w przestrzeń
spójrz na elipsę księżyca
spadającą z gracją
spójrz jak płaczą narody
wszystkie zlęknione Jego imienia
czcij płomień!
patrz jak anioły spadają z niebios
czcij płomień!
zabiłem twego boga
ma wola wypełniona!
Tyś Panem
wznieś mnie! wznieś wysoko!
przeprowadzając przez bramy słońca
wznieś mnie! wznieś wysoko!
gdzie anioły nie ośmielają się wlatywać
zaproś mnie na ucztę bogów
niechaj dryfuję
pozostaw płomienie bezeceństwa
i spójrz jak całuję gwiazdy
Dark Triumph
Pradawny bóg wreszcie powraca
Przybywa z dźwiękiem tryumfu
Słyszę jego głos
Świt złych modlitw
Podnoszą się miliony rąk
Objawienie naszych snów
Otwieram oczy
Jestem w grobowcu
Czuję chłód
Noszę poniżej bramy(???)
I przybywa Lucyfer
Jedzie na skrzydłach wiatru
Otwiera bramy starożytnych miast
Doprowadza nas do wiecznej rozkoszy
Pośród tysięcy płomieni
Znów od mroku do czerni
Jego oczy są ciemne i zimne
Jak północny mróz
I lodowy oddech
To wiatr wierności
Zaprowadź mnie tam,
gdzie dzienne światło nigdy nie istniało
i ludzie żyli w mroku
Zaprowadź mnie tam,
gdzie się uwolnię
spod bożej tyranii...
Grzegorzu,
Nie odnosząc się nawet do cytowanych przez Ciebie tekstów - za które swoją drogą dziękuję, bo są cholernie mocne - pozwolę sobie zauważyć tylko jedną rzecz.
Domniemany satanizm Nergala jest tym, co w całej sprawie stosunkowo najmniej mnie interesuje. Mocno wierzę w jego medialny charakter (choć oczywiście nie potrafię tej tezy udowodnić).
Nie rozumiem natomiast, dlaczego przypisujesz mi twierdzenie, że "nie warto zaprzątać sobie głowy faktem ich publicznego głoszenia w atrakcyjnej [...] formie oraz że ustawianie ich autora w pozycji arbitra [...] i tym samym jego promocja [...] w publicznych mediach, nie stanowi żadnego problemu".
W swoim tekście starałem się powiedzieć, że wszystko to właśnie stanowi problem, ponieważ jest groźnym precedensem, aktem przyzwolenia na poniewieranie wartościami i symbolami istotnymi dla wielu ludzi. Poglądy Nergala, obojętnie, czy głoszone na poważnie, czy też nie, stają się niebezpieczne właśnie w związku z ich cytowaniem, rozdmuchiwaniem i poważną nad nimi refleksją (jak gdyby na taką refleksję zasługiwały).
Co do zatrudnienia ich autora przez publiczną telewizję - mogę tylko powiedzieć, że nad tym ubolewam i że chciałbym, żeby tak się nie stało. Nie sądzę natomiast, by kroki prawne mogły się okazać skuteczne w przeciwdziałaniu podobnym tendencjom.
Za nieskuteczną, choć zrozumiałą, uważam również strategię, jaką wobec "sprawy Nergala" obrali przedstawiciele naszego Kościoła. No i przykro mi, że z powodu takiego faceta my, katolicy, zaczynamy się tak mocno spierać między sobą.
Nie przypuszczam, byśmy dramatycznie różnili się w moralnej ocenie sytuacji (na boku zostawmy folklor). W istotny sposób różnimy się natomiast przekonaniami odnośnie tego, na jakie reakcje możemy sobie pozwolić i jakie reakcje byłyby z naszej strony najbardziej skuteczne.
Sytuacja jest groźna i wymaga poważnego namysłu. Chodzi przecież o coś więcej niż tylko o przerażające poglądy jednego "artysty". Chodzi o sposób, w jaki w imię obrony specyficznie pojętej "wolności słowa" doprowadzamy do sytuacji, w której poniewierać można drugim człowiekiem i tym, co uważa on za najważniejsze.
To właśnie, bardziej lub mniej udolnie, starałem się wyrazić. Dlatego trudno mi zrozumieć, w jaki sposób mogłeś w moim tekście wyczytać zupełną bagatelizację problemu.
Bardzo Cię pozdrawiam,
Misza
w takim razie jeśli Nergal nieOK to nie ma co krytykować tych którzy protestują przeciw niemu. zło trzeba potępiać a nie zbywać 'szlachetnym' albo 'miłosiernym' milczeniem, którego nikt nie usłyszy. aha, i myślę że rzeczywiście obrona siebie nie jet honorowa. problem w tym ze biskup Mering i reszta nie bronią siebie, nie bronią też całej polskiej społeczności chrześcijan, bronią świętości i chwały Boga. domagają się też rzeczy oczywistej. nie powinno być nazisty (czy kogoś kto się zachowuje jak nazista) w telewizji publicznej. Ola
Ola,
1. Uważam, że autentyczność naszego chrześcijaństwa wymaga, żebyśmy na pierwszym miejscu krytycznie przyglądali się sobie samym i ludziom bliskim sobie. Proponowana przez Ciebie alternatywa - popierać "naszych" tylko dlatego, żeby nie dostarczać amunicji przeciwnikom - wydaje mi się groźna. Cel nie uświęca środków.
2. Nie wiem, czy zło zawsze trzeba otwarcie potępiać. Zawsze trzeba starać się osłabić jego wpływy, dając przykład postaw, które uważamy za słuszne. Czasem trzeba być może potępić, czasem trzeba zamilczeć. Tego wymaga rozsądek. Pogląd, zgodnie z którym mowa nasza ma być "tak, tak; nie, nie", choćby świat się walił, jest naiwny i nieodpowiedzialny. Potępianie zła nie zawsze służy dobru.
3. Nie wydaje mi się, żeby Bóg potrzebował obrony ze strony naszych biskupów, z całym dla nich szacunkiem. Bóg dobrze sobie radzi bez naszego wsparcia, to raczej my potrzebujemy Jego. Wybryki Nergala się go nie imają. Dobrem, które powinniśmy mieć na oku, jest prawo człowieka do tego, by wyznawane przez niego wartości były szanowane. Także prawo chrześcijan, szczególnie błogosławionych "maluczkich", których uczucia religijne po raz kolejny zostały wdeptane w ziemię.
Pozdrawiam,
Misza
Miszio!
Wtrące się do dyskusji i wykażę ci gdzie się według mnie mylisz:
"W swojej artystycznej kreacji Nergal nie kieruje się logiką antychrześcijańską, lecz logiką massmediów, którą skądinąd można by określić mianem „antychrześcijańskiej”, lecz w zupełnie innym znaczeniu tego słowa."
Niepotrzebne dzielenie włosa na czworo. Antychrześcijańskie jest antychrześcijańskie. Nie jest ważnym czy Nergal działa z inspiracji księcia tego świata czy własnego błądzącego rozumu.
"Niebezpieczne są zatem nie tyle przekonania Adama Darskiego, ile fakt istnienia społecznego przyzwolenia na medialne wybryki w rodzaju wspomnianego już niszczenia Biblii. Bynajmniej nie dlatego, że – jak słyszymy – to nas (chrześcijan) obrażono, że to my jesteśmy prześladowani przez nielicznego, lecz dysponującego medialnym aparatem wroga. Niektórzy katoliccy publicyści wskazują na fundamentalną niesprawiedliwość, przejawiającą się w tym, że we współczesnej Polsce nie do pomyślenia jest sytuacja, w której ktoś dla efektu scenicznego wyszydziłby Gwiazdę Dawida; dlaczego więc wolno profanować krzyż i Biblię? Nie próbując bronić takiego stanu rzeczy, wskażę tylko na odmienny status kulturowy polskiego judaizmu i katolicyzmu, dający się sprowadzić do różnicy pomiędzy „silnym” i „słabym”. Zechciejmy tę różnicę dojrzeć i my: obrona słabszych jest naszym moralnym obowiązkiem, obrona zaś siebie samych – ledwie prawem, i to prawem,od egzekwowania którego warto czasem odstąpić"
Absurd. Katolik ma przede wszystkim bronić Prawdy a nie słabszych. To Wiara katolicka zapewnia zbawienie i jej mamy bronić przed wrogami. Co nie znaczy, że mamy palić Żydów. Nie chodzi o to, że nergal obraził grupę społeczną, chodzi o to że zaatakował Prawdę.
"Motywem naszej moralnej niezgody na, pożal się Boże, „prowokacje artystyczne” nie powinna być chęć cieszenia się takimi samymi przywilejami, jakimi cieszą się „inni”. Przeciwnie, stawiajmy raczej opór w imieniu tych „słabszych” od nas, którzy w przyszłości mogą paść ofiarą bardziej jeszcze agresywnej przemocy symbolicznej (i nie tylko)."
j.w.
Liktor
Dalszy ciąg.
Istota problemu nie polega więc na medialnej walce z Kościołem i promowaniu zła (kto dzisiaj na serio wierzy w zło?), lecz na „korporacyjnym” zagubieniu horyzontu wartości innych niż „wolność” („dowolność”) czy „przyjemność”. Nie wyrażam tu bynajmniej marzenia o prawnym czy moralnym usankcjonowaniu jednej Prawdy, jednego Dobra i jednego Piękna (uchowaj Boże)
Daj Boże. Wrogość wobec ustanowienia "jedynej Prawdy" jest sprzeczna z Magisterium. Dlaczego fałsz ma mieć takie same prawa jak Prawda?
"Cóż mamy więc zrobić z Nergalem? Istotny dylemat, który należy rozważyć, streszcza się w pytaniu o naszą motywację. Czy jest ona, by tak rzec, absolutna, czy też raczej pragmatyczna. Czy protestujemy, ponieważ „tak trzeba”, czy też liczymy na to, że nasz protest osłabi społeczne przyzwolenie na dyktowane logiką mediów, płaskie jak stół do cymbergaja, lecz w dłuższej perspektywie niebezpieczne zachowania. Jeśli popieramy tę drugą możliwość, odrzucając zasadę walki w imię prawdy, choćby świat miał stanąć w ogniu nieugaszonym, to zmuszeni jesteśmy do chwili refleksji nad zasadnością dodawania swojego głosu do chóru wołających o wieczne potępienie"
Kto woła o "wieczne potępienie". Poza tym coś takiego istnieje.
"Mam jednak wrażenie, że podjęte przez nich kroki mają charakter przeciwskuteczny i że na przekór samym sobie nakręcają oni medialną maszynkę do robienia interesów."
"Wrażenie", a nie powinno chodzić o fakty?
"Kiedy wsłuchać się w dyskusje nad rzeczywistym bądź urojonym satanizmem Nergala – w zasadzie jest to tylko kolejna okazja do wzmocnienia niechęci pomiędzy i tak dość już skłóconymi środowiskami polskich katolików – nie sposób nie zadumać się nad sposobem, w jaki faktycznie objawia nam swoją potęgę Nieprzyjaciel. Prawdziwym złym owocem jego działania są gorszące podziały, które z dnia na dzień umacniają się w naszym Kościele. Nie dajmy się zwieść: Adam Darski – to tylko przynęta. Próbę Nergala zwycięsko przejdzie tylko chrześcijanin, który nie da się skłonić do tego, by po raz kolejny swojego brata uczynić swoim przeciwnikiem."
Brat bratem. Ale Miłość nie równa się "tolerancja" i czasem trza się z tej kruchty wychylić i zaprotestować. Siedząc cicho zostawiamy sferę publiczną Złemu.
Liktor
"2. Nie wiem, czy zło zawsze trzeba otwarcie potępiać. Zawsze trzeba starać się osłabić jego wpływy, dając przykład postaw, które uważamy za słuszne. Czasem trzeba być może potępić, czasem trzeba zamilczeć. Tego wymaga rozsądek. Pogląd, zgodnie z którym mowa nasza ma być "tak, tak; nie, nie", choćby świat się walił, jest naiwny i nieodpowiedzialny. Potępianie zła nie zawsze służy dobru."
Tak stoi w Piśmie, a poza tym istnieje ktoś taki jak Duch Święty, który wspiera Kościół Pielgrzymujący i zapewnia zwycięstwo Prawdzie. Trzeba tylko walczyć, bez kompromisów!
Liktor OK!
"Nie wiem, czy zło zawsze trzeba otwarcie potępiać." hmmm, nie wiem co by było gdyby zabrakło takich zaściankowych prawicowych publicystów i biskupów... czy ktoś by się dowiedział że Kościół potępia niektóre zachowania, albo że są ludzie gotowi bronić swoich poglądów, wartości? czy sami byście musieli czasem się ustosunkować do takich Nergali? w jaki sposób byście podkreślili, że wam zależy na Prawdzie? jestem serio ciekawa. Ola
Wasz, tj. Kontaktu "silnik" właśnie mi chyba "zjadł" kilka napisanych zdań. Piszę więc po raz drugi, ale nie wiem, może coś się zdubluje.
Czuję się w obowiązku odpowiedzieć Ci solidnie, ale mam problem z czasem, więc spróbuję to zrobić później - choć widzę, że niektórzy na tym forum mają opinie podobne do mojej.
Póki co, chciałbym zwrócić na jeden istotny, w mojej opinii, błąd w Twoim rozumowaniu. Otóż za promocję Nergala odpowiada przede wszystkim szef publicznej TV. Przez chwilę można było to od biedy traktować jako przejaw niewiedzy (czy aby nie niekompetencji?), jednak po kilku dniach stało się jasne, że jest to uporczywe trwanie w promocji zła, w najlepszym razie wynikającym z obojętności na nie, co niewiele zmienia. Promocja Nergala wynikająca z protestów, które tak za to krytykujesz, również szła na konto kierownictwa TV, które tej (moim zdaniem) oczywistej sprawy nie chciało szybko i zdecydowanie załatwić przez wycofanie się z kontraktu z Nergalem.
Na razie tyle.
Pozdrawiam
Grzegorz S.
Nie, nie chodzi o obronę "swoich poglądów". Chodzi, jak słusznie zauważa Liktor, o Prawdę. "mojość" czyichś poglądów jest zerowartościowa. Po co mi "moje" poglądy, gdy mogę uznać Prawdę?
Zaś dającym się nabrać na czarny pijar o diabelskim pochodzeniu "podziałów" między dobrem a złem, między tym, co jest oddzielone nie dającą się przebyć przepaścią, przypominam słowa o oddzielaniu ziarna od plew.
Litor,
Zdanie: Trzeba tylko walczyć, bez kompromisów! cokolwiek mnie przeraża. Chrześcijanie mają być światłością świata, jaśniejącą przykładem własnego życia zgodnego z Ewangelią. Nie mają tego świata podbijać czy to w sensie dosłownym, czy tylko werbalnym. Świat naprawdę jest zbyt skomplikowany, by móc podzielić go na "strefę dobra" (naszą) i "strefę zła" (tę, którą mamy podbić). To jakaś koszmarna, manichejska wizja.
Katolik ma przede wszystkim bronić Prawdy a nie słabszych. [...] Nie chodzi o to, że nergal obraził grupę społeczną, chodzi o to że zaatakował Prawdę.
Nie zgadzam się. Jeśli obrona abstrakcyjnej "Prawdy" (swoją drogą ciekaw jestem, jak ją rozumiesz) stoi w sprzeczności z troską o drugiego człowieka, to kiepsko świadczy to o tej "Prawdzie". "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych" - oto sedno chrześcijaństwa. Oto jego Prawda, wyrażająca się na pierwszym miejscu nie w dogmatach, ale w praktyce naszego życia codziennego.
Wrogość wobec ustanowienia "jedynej Prawdy" jest sprzeczna z Magisterium. Dlaczego fałsz ma mieć takie same prawa jak Prawda?
Nie uważam, żeby każda sytuacja konfliktu moralnego posiadała dokładnie jedno właściwe rozwiązanie. Istnieją konflikty nierozstrzygalne, w których po prostu nie ma tego "prawdziwego" wyjścia. Nasza wolność i odpowiedzialność, nasze uformowane sumienie szykujemy na takie właśnie sytuacje. Magisterium nie prowadzi człowieka za rękę przez całe życie, a tylko wyznacza pewne ramy, dość zresztą szerokie. Zresztą w obrębie chrześcijaństwa mamy do czynienia z różnymi postawami. Weźmy chociażby Twoją i moją. Chyba, że sądzisz, iż nie jestem godny imienia "chrześcijanina". W takim wypadku skończymy rozmowę.
Miłość nie równa się "tolerancja" i czasem trza się z tej kruchty wychylić i zaprotestować. Siedząc cicho zostawiamy sferę publiczną Złemu.
Masz rację, czasem trzeba. Roztropność pozwala nam odróżnić sytuacje, w których trzeba, od sytuacji, w których nie trzeba. Bo naszym celem nie jest zdominowanie sfery publicznej, lecz przemienianie ludzkich postaw poprzez wskazywanie na wzór Chrystusa. Nie jesteśmy partią polityczną ani wojskiem. Nie żyjemy na świecie, który już teraz jest piekłem. Jesteśmy rzuceni w skomplikowaną rzeczywistość, poruszanie się w niej wymaga właśnie roztropności. Mam wrażenie, że tej cnoty brakuje chrześcijanom, dla których wszystko jest proste, zerojedynkowe.
Kłaniam się,
Misza
Drogi Grzegorzu,
To ja też tylko dwa słowa komentarza. Wydaje mi się, że źle oceniasz mój stosunek do angażu Nergala przez telewizję publiczną. Jestem wielkim przeciwnikiem tego pomysłu. A raczej - byłem, ponieważ, o ile mi wiadomo, kierownictwo TP wycofało się z kontraktu. I czuję ulgę, choć pewnie trochę z innych niż Twoje względów.
Nie zmienia to natomiast mojego stosunku do formy, w jakiej zgłaszane były protesty katolickich biskupów i publicystów. Ich reakcja była niepotrzebnie alergiczna, doskonale wpasowując się w "skandalowy" charakter całego wydarzenia. Dlatego w ostatnich komentarzach staram się kłaść nacisk na słowo "roztropność". Właśnie roztropności tutaj zabrakło.
Pozdrawiam,
Misza
Abu,
Masz rację jeśli chodzi o "mojość" poglądów. Jak pisał w dość agresywnym artykule Hartman, to, że pogląd jest "własny", jeszcze go nie usprawiedliwia. Ale to nie znaczy, że słuszny pogląd na Boga jest tylko jeden. Bogactwo teologii Wschodu i Zachodu powinno nas o tym przekonać. Mają one wspólne ramy, a jednak różnią się od siebie. Podobnie różne mogą być przekonania moralne - nawet w obrębie jednej religii. Z tym także nie od dziś mamy do czynienia. Ponadto i po stronie "niechrześcijańskiej" spotykamy wielu ludzi, których przekonania moralne bliskie są naszym. W tym sensie nie ma prostych podziałów ani prostych odpowiedzi. A dopóki nie wyjaśnisz mi, co rozumiesz przez "Prawdę", trudno mi się do tego odnieść.
Co do podziałów - pamiętam o ziarnie i plewach, pamiętam też, że mamy pozwolić, by chwast rósł aż do żniw, byśmy wraz z nim nie wyrwali i przenicy. Cierpliwości. Nie wyręczajcie Boga w Jego osądzie. Na szczęście dla nas wszystkich, patrzy on na nas z większą miłością niż ta, na którą względem siebie potrafimy się zdobyć.
Olu,
Nie wiem, jak Ciebie, ale mnie bardziej przekonuje czyjaś postawa, czyli wierność głoszonym przez siebie poglądom, niż samo ich głoszenie. Głoszenie - tak sądzę - powinno pozostawać w cieniu postawy. I taką misję w świecie uważam za najbardziej skuteczną, a przy tym wierną duchowi Ewangelii.
Zresztą głosić swoje poglądy można w różny sposób. Można to robić bezkompromisowo, bez względu na konsekwencje, bez zainteresowania cudzymi racjami, bez szacunku dla drugiego człowieka, a można też przyjąć trudną postawę dialogu. Kibicuję tej drugiej opcji.
Miszo,
też na szybko. Chcesz forsować tezę, że zarząd TV wycofał się z kontraktu z Nergalem sam z siebie? Jesteś pewien, że protesty nie miały na to ŻADNEGO wpływu? Cały przebieg wydarzeń wskazuje raczej na to że było wręcz przeciwnie. Ergo: protesty były skuteczne, a więc potrzebne (zatem z definicji roztropne). Na gorąco zaryzykuję tezę, że bardzo trudno byłoby ci wykazać, że owe protesty takiego wpływu nie miały.
Co do o braku roztropności, to ciekawe co byś powiedział o różnych minionych protestach zarządu KIK? A to w sprawie koalicji z Samoobroną, a to w sprawie wykładów prof Nowaka,czy wreszcie, już poza KIKiem, ale w jego duchu, proteście przed ukazaniem się książki Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałęsie?
A przecież były to protesty nie przeciw promocji Zła wcielonego, ale podpierające często bardzo wątpliwe zarzuty. Były też owe protesty zaprzeczeniem wywieszanych na sztandarach poglądów i ideałów.
W protestach tych nie wahano się w nich używać mocnych, obraźliwych słów i formułować nieuprawnionych zarzutów.
Choć miały miejsce kilka lat temu, ich treść tych wciąż wyraża ducha środowisk, które je wydały, a z którymi jak mi się wydaje się utożsamiasz. Dlatego jestem taki wyczulony na sytuację, kiedy protestujesz przeciwko protestom innych. Czy nie jest to aby świadectwem podwójnych standardów dla swoich i tych drugich?
Żeby grać z otwartą przyłbicą:
"Wżeniony" w KIK zawsze patrzyłem na niego trochę z zewnątrz, choć przejście czwórki dzieci przez Sekcję Rodzin niewątpliwie mnie z nim wiąże (żeby było jasne: bardzo to doceniam) . Jednak to mniej istotne. Kluczowy dla mojej rezerwy wobec KIK był m.in. mój krytyczny od wielu lat stosunek to III RP i jej (w znacznej części pochodzących z KIKu) elit. Powody? - np. wspomniane wyżej protesty.
Grzegorz S.
Drogi Grzegorzu,
Co do skuteczności i roztropności: Nie zgadzam się z Twoim założeniem, że każde skuteczne oddziaływanie jest z definicji roztropne. Oczywiście, sądzę, że protesty w sprawie Nergala wywarły nacisk na zarząd telewizji. Taki nacisk mogłyby jednak wywrzeć także inne działania, wśród nich zaś takie, które budziłyby nasz moralny sprzeciw. Weźmy porwanie córki prezesa TVP. Śmieszne? Niespecjalnie, wiem. Zmierzam do tego, żeby pokazać, że oprócz skuteczności (wąsko pojętej - jako osiągnięcie zamierzonego celu w tej konkretnej sprawie) roztropność wymaga, po pierwsze, doboru godziwych środków (cel ich nie uświęca), a po drugie - całościowej odpowiedzialności za sytuację. (1) Roztropności zabrakło więc np. biskupowi Meringowi, gdy w ogniu kampanii anty-Nergalowej odpowiedział ks. Bonieckiemu w sposób, o którym nie warto się rozpisywać. (2) Niebezpieczeństwo "Nergalowe" zostało oddalone, jednak czy doprowadziliśmy do jakiegoś stabilnego rezultatu? W Sejmie 10% mandatów ma antyklerykalny Palikot, który wciągnął tam redaktorów "Bez dogmatu" i "Nie". Chwilowo polski katolicyzm jest wystarczająco silny, by się przed nimi bronić. Myślisz, że długo to potrwa? Czy nie boisz się, że podgrzewanie antyreligijnych nastrojów przez agresywne listy biskupów przyspiesza nadejście sytuacji, w której żaden polityk listem żadnego biskupa nie będzie się już interesował? To właśnie miałem na myśli, pisząc o roztropności. Na nasze medialne działania musimy patrzeć długofalowo. Wybierając strategię "tak, tak; nie, nie", którą to formułę niektórzy uważają za najlepsze streszczenie Ewangelii, musimy liczyć się z konsekwencjami. "Wojna o Nergala" nie jest zamkniętą całością, lecz fragmentem ogromnie złożonej sytuacji Kościoła w demokratycznym państwie. Kto zresztą wie, czy na najbliższy koncert Nergala, połączony z kolejnym antychrześcijańskim widowiskiem, nie przyjdzie - dzięki reklamie, którą żeśmy mu zrobili - dwa albo trzy razy więcej ludzi. Nie boisz się tego?
Co do moich podwójnych standardów: Tak się składa, że po publikacji listu Zarządu KIK o koalicji PiS z Samoobroną i LPR napisaliśmy z kolegą z redakcji bardzo krytyczny komentarz do wiadomości Zarządu. Jeśli byłbyś zainteresowany jego lekturą, daj znać. Odgrzebię i Ci podeślę. Naprawdę nie jesteśmy tak cyniczni, jak może Ci się wydawać.
Pozdrawiam,
Misza
1) właściwie to nie wiem co b. Mering powiedział ks. Bonieckiemu, za to ostatnio dowiedziałam się co wcześniej powiedział ks. Boniecki. hmmm, że jego podarcie Biblii (jako księdza) nie uraziło. to mnie, mówiąc delikatnie, zszokowało, wolę dalej tego nie komentować
2) zdaje się że gdyby nie decyzja szefa TVP to całej sprawy by nie było, z tego wynika że promocję Nergala zaczął pan Braun. zasugerowałabym więc jego krytykę ;)
3) głoszenie poglądów... są ludzie prywatni i publiczni. publiczną działalnością w zakresie konfrontacji katolicy-reszta zajmują się biskupi. mówiąc potocznie 'są oni od tego' żeby właśnie w takich sytuacjach reprezentować głos Kościoła. trzeba oddzielić sferę prywatną od publicznej. nie każdy szary katolik musi pisać antynetrgalowe listy do TVP. czekam na propozycję jak miała by wyglądać taka pokorna postawa biskupa wobec sprawy Nergala. jak miałby tu zaświadczyć czynami a nie mową żeby ludzie poznali stanowisko Kościoła?
nie wiem czy da się to zrozumieć ale generalnie chodzi mi o to że biskup ma wprost mówić co jest dobre a co złe (w konkretnych przypadkach jak najbardziej)a świadczyć swoją postawą może swoją drogą tak jak każdy z nas.
4) ponawiam pytanie: jak by wyglądała reakcja katolików otwartych gdyby zabrakło głosów wsteczniackich publicystów i biskupów?
to na razie tyle
Ola Strzemecka
Miszo,
Część 1.
Niestety, z braku czasu nie było mnie kilka dni na Twoim forum.
Masz oczywiście rację, że nie można bezpośrednio utożsamiać skuteczności z roztropnością, jednak oczywiście miałem na myśli skuteczność w ramach pewnych dopuszczalnych poczynań (na pewno nie porywania córki prezesa). Myślę, że dawanie świadectwa w kwestii co jest złe a co dobre do takich poczynań należy – także wtedy gdy zostanie to wyśmiane i nie będzie skuteczne. Przecież słowa Chrystusa też nie zawsze były skuteczne. „Zgorszenia muszą nadejść” – czy z tego powodu mamy przestać dawać świadectwo?
Czy naprawdę wierzysz jak będziemy siedzieć cicho jak mysz pod miotłą, to wojujący ateiści zaprzestaną swojej ofensywy? Jeśli tak sądzisz to myślę, że się mylisz, będą po prostu czyli się pewniej. Inna rzecz, że ich stałą taktyką jest rozgrywanie „postępowych”, „otwartych” katolików, których można nawet czasem pochwalić (np. za siedzenie cicho), przeciwko tym „ciemnogrodzkim”, którzy po prostu mówią co uważają za złe (taka „nietolerancja” jest mało postępowa i otwarta – to oczywiście sarkazm z mojej strony).
Nie zgadzam, się z Tobą, że nie warto rozwodzić się nad listem bpa Meringa. Przeciwnie, ciekaw jestem co takiego niestosownego w nim widzisz. Była to po prostu ostra krytyka postawy księdza Bonieckiego. Nie byłem w stanie znaleźć pełnej wypowiedzi księdza Bonieckiego, jednak publikowane pokazują, że jego zdaniem rzecz nie jest tak poważna, bo [cytuję za TVN24] >>"Nergal" "przyjął tylko taką grę, w której szerzy nienawiść". - W telewizji występuje zupełnie w innej roli, w umowie zastrzeżono, żeby tematów religijnych nie poruszał. Zachowuje się kulturalnie i delikatnie. Jeśli czymś zaszokował, to właśnie tym, że nie szokuje<< Trudno to zrozumieć inaczej, że dla ks Bonieckiego problem byłby dopiero gdyby Nergal zaczął swoje nienawistne teksty śpiewać w „The Voice of Poland”. Jeśli rzeczywiście taki pogląd wygłosił, to nie dziwię się reakcji bpa Meringa i jego retorycznej uwadze o ‘zafundowaniu sobie badań okulistycznych”. Nie chciałbym wydawać pochopnych sądów na podstawie fragmentów wypowiedzi ks. Bonieckiego, ale jeśli oddają one dobrze jego opinię to właśnie jemu zabrakło roztropności, kiedy całkowicie oddzielił Nergala z koncertu Behemotha od Darskiego z TVP.
Jeśli się ze mną nie zgadzasz, możemy „rozebrać na czynniki pierwsze” obie wypowiedzi, jednak dobrze byłoby mieć do tego całość tekstu ks. Bonieckiego, którą nie dysponuję.
Grzegorz
CDN
Część 2.
Nie ukrywam, że zastanawia mnie twoje milczenie w kwestii odpowiedzialności kierownictwa TV za promocję Nergala. Wychodzi na to, że za promocję Nergala odpowiedzialni są bp Mering i prawicowi publicyści, którzy protestują przeciw decyzji, którą sam określasz jako złą, nie zaś salonowy prezes Braun, który go pokazał masowej widowni (niestety prawdopodobnie w duchu ks. Bonieckiego): popatrzcie jaki to miły człowiek, ten dr Jekyll, a Mr Hyde niech was nie obchodzi. To dopiero promocja!
Piszesz, że „Na nasze medialne działania musimy patrzeć długofalowo.” Nie jestem pewien, czy to argument na twoją korzyść. Czy długofalowa strategia ma polegać na tłumieniu zła w zarodku, czy na czekaniu, aż tolerowane przez nas urośnie i okrzepnie? Nie mogę powstrzymać się od przywołania akcji duszenia w zarodku rodzimego „faszyzmu” podejmowanych przez GW, tym bardziej, że wg jej kryteriów sam jestem faszystą. No, ale dla „faszystów”, ma być zero tolerancji i można w nich walić jak wbęben i nikt nie hamletyzuje, że się ich promuje (tak mi się rymnęło )
Mój prosty (może uznasz go za prostacki) umysł widzi to tak, że przekaz o Nergalu powinien być z grubsza następujący:
„Ten człowiek promuje rzeczy straszne, odrażające i niebezpieczne (niebezpieczne, ponieważ jak nauczył nas wiek XX idee mają konsekwencje) – więc trzymajcie się od niego z daleka, jeśli nie chcecie ulec Złu.”
Oczywiście mogą znaleźć się tacy (i pewnie się znajdą), którzy będą chcieli przez przekorę, czy niechęć do kościoła posmakować tego czego on zakazuje. Na to trudno cokolwiek poradzić. Choć przekorne dziecko mimo moich ostrzeżeń będzie uparcie chciało wsadzić palec w ogień, trudno mi je do tego zachęcać w nadziei, że w swojej przekorze postąpi na opak. Po prostu trzeba mówić prawdę. Kto ma uszy niechaj słucha.
P.S.
Jeśli to nie stanowi dla Ciebie zbyt dużego problemu, to chętnie zapoznam się z tym co napisaliście w/s koalicji z Samoobroną. Ja wtedy się chyba do czegoś przymierzałem, ale w końcu nic nie wyprodukowałem. Napisałem natomiast coś w/s napiętnowanych przez Zarząd rzekomo strasznych wykładów profesora Nowaka i wysłałem mailem do Zarządu i swoich grup, ale bez echa - po prawdzie tego się właśnie spodziewałem (a i z pocztą też miałem jakieś problemy).
Grzegorz
W związku z dyskusją zamieszczam poniżej treść trzech listów wokół sprawy Nergala
List otwarty bp Meringa do ks. Bonieckiego
Drogi Księże Redaktorze
Ostatnie wydarzenia w naszym Kraju sprawiają, że zwracam się do Księdza Redaktora w formie Listu Otwartego.
Był czas kiedy każdą książkę Adama Bonieckiego z radością brałem do ręki; tak zresztą postępowali prawie wszyscy moi koledzy – dzisiejsi księża. Podobnie było z „Tygodnikiem Powszechnym”, na który - jako student - „polowałem” w kioskach; potem, już w latach 70-80tych korzystałem ze znajomości Pań w kioskach Ruch: odkładały mi egzemplarz.
Po roku 1989 TP stał się inny; Jego nowy Redaktor Naczelny – też; aż pismo stało się niszowe, niskonakładowe, przeznaczone dla dobrze o sobie myślących elit. Boleję nad tą ewolucją, do której się Ksiądz Redaktor bardzo przyczynił. To na łamach Księdza pisma pojawiały się nazwiska takich „autorytetów” jak Magdalena Środa (córka prof. Ciupaka, marksisty i „religioznawcy” z czasów PRL), ks. Tomasz Węcławski (ileż się „Znak” natrudził w promocji jego książek), Stanisław Obirek... .
Podobny ciąg nazwisk mógłbym dalej tworzyć. Widocznie bliżej było Księdzu Redaktorowi do tych „światłych” niż do „moherowych” (do których siebie z satysfakcją zaliczam). Pracuję we Włocławku, gdzie silne jest dziedzictwo księdza kardynała Wyszyńskiego; ostrzegał kiedyś, że to ci Moherowi nadstawią karku za Kościół; nie „elita”. Moje 40-letnie życie kapłańskie nauczyło mnie, że Ksiądz Prymas miał rację.
Piszę to wszystko na marginesie ekwilibrystki słownej Księdza Redaktora w TVN24; to nie jest moja stacja; słowa zaś Księdza Redaktora też nie mogą być przeze mnie przyjęte. Nie widzi Ksiądz związku między Nergalem jako satanistą i jako jurorem? Proszę zatem zafundować sobie badania okulistyczne i nie szerzyć zamętu w umysłach wiernych opowiadając schizofreniczne tezy. „Ani jedna Jota” nie może być zmieniona w Ewangelii, a nasze wypowiedzi powinny być: „Tak, tak – nie, nie!”
Może Ksiądz Redaktor popierać „znakomitego artystę”(klasyk powiedziałby: Jakie poparcie taki artysta) i próbować tłumaczyć jego zachowanie! Jednak dziesiątki tysięcy ludzi nie rozumieją Księdza stanowiska i trudno im je przyjąć z ust dawnego Generała Zgromadzenia.
Ujawniam swoje zdanie, żeby fragmenty moich opinii nie docierały do Księdza z innych źródeł.
Życzę więcej tolerancji, uwzględniania zdań mniejszości i tego, co kiedyś nazywano „Sentire cum Ecclesia”: Nergal sobie poradzi bez Księdza parasola!
Łączę pozdrowienie w Panu!
+Wiesław Mering
Biskup Włocławski
Ks. Adam Boniecki odpowiada bp. Wiesławowi Meringowi
Ponieważ w różnych wypowiedziach przypisano mi poglądy, których ani nie podzielam, ani nie głosiłem, wyjaśniam:
a) Uważam, że satanizm jest sprawą poważną, a oddanie się szatanowi zakłada wiarę w jego istnienie. Używanie imienia szatana i ludowych rekwizytów mających go wyobrażać przez ludzi deklarujących się jako niewierzący, jest prowokacją.
b) Uważam, że uleganie tego rodzaju prowokacjom jest wodą na młyn prowokatorów i robieniem im reklamy. Pisał o tym w „Tygodniku Powszechnym” Michał Olszewski.
c) Uważam, że gesty obrażające symbole religijne traktowane jako „ekspresja artystyczna” uwłaczają kulturze społecznego współżycia i słusznie tak są traktowane przez ustawodawców.
d) Uważam (za Zbigniewem Nosowskim), że przeciwko szerzeniu nienawiści powinni wspólnie protestować chrześcijanie, żydzi i muzułmanie. Bez względu na to, czy sprawa ma kontekst religijny.
e) Uważam, że protest bp. Wiesława Meringa przeciw pojawieniu się Nergala w publicznej telewizji był uzasadniony.
f) Uważam, że w tym proteście niefortunne było użycie określenia „satanista”, oraz argument, że udział Nergala w programie jest opłacany z abonamentu, ponieważ nie jest, co wyjaśnił w swym liście prezes TVP Juliusz Braun.
Tym moim przekonaniom dałem wyraz w programie Religii TV oraz w krótkiej wypowiedzi wyemitowanej w „Faktach po Faktach” telewizji TVN.
2. Z przykrością odpowiadam na „list otwarty” JE Księdza Biskupa Wiesława Meringa. Przyjmuję krytyki i oskarżenia mojej osoby, bowiem nemo iudex in causa sua. Dlatego ograniczam się do jednej tylko sprawy, mianowicie oceny tego, że na łamach „Tygodnika Powszechnego” pojawiały się nazwiska ludzi niewierzących, polemizujących z Kościołem i Kościołowi niechętnych. Nie rozumiem, czemu Ksiądz Biskup czyni z tego zarzut, do tego jeszcze „wzmocniony” odwołaniem się do win poprzedniego pokolenia inkryminowanych.
Jeśli mówimy, że chcemy rozmawiać z niewierzącymi, jeśli uczymy o miłości nieprzyjaciół, to chyba w konsekwencji musimy z szacunkiem traktować prawdziwych niewierzących i prawdziwych nieprzyjaciół – dopuszczając ich do głosu.
Po pierwsze dlatego, że – jak mi się wydaje – tego uczy Ewangelia. Po drugie, bo być może czasem mają rację.
Nie wiem kogo Ksiądz Biskup ma na myśli, domagając się szacunku dla zdań mniejszości. W „Tygodniku” mniejszością jest owa „gorsząca obecność” i o ten sam szacunek dla niej proszę. „Sentire cum Ecclesia” to także usłyszeć zaproszenie Benedykta XVI do prawdziwej rozmowy z prawdziwymi poganami.
List otwarty ks. Lemańskiego do biskupa Meringa
Każdy biskup, zwłaszcza w naszym kraju, staje się osobą publiczną i musi się liczyć z tym, że jego słowa wypowiedziane w przestrzeni publicznej spotkają się z reakcją. Myślę że właśnie ze względu na społeczną reakcję wypowiedział ksiądz biskup słowa na temat pewnego artysty, a niedługo potem napisał list otwarty do księdza Bonieckiego. Nie żyję na tym świecie tak długo, jak ksiądz biskup, ale pamiętam jeszcze akcje publicznego piętnowania w naszym kraju osób uznanych za godne pogardy, i publicznego odcinania się od owych napiętnowanych przez tak zwane autorytety.
Szatan, czyli nieprzyjaciel, towarzyszył będzie Kościołowi aż do bram Królestwa i z całą pewnością należy stawiać mu czoła. Papież Benedykt XVI publicznie piętnował ową tajemnicę nieprawości dokonującą się wewnątrz Kościoła. Błogosławiony Jan Paweł II publicznie przepraszał za dzieła dokonane za podszeptem szatana przez ludzi Kościoła. Obaj papieże w swojej walce ze złem nigdy nie posunęli się do działań, na jakie zdecydował się ksiądz biskup. Piętnowali zło, ale nigdy nie czynili tego nazywając konkretnych ludzi, kraje, organizacje. To, co zawarł ksiądz biskup w wypowiedziach na temat tego artysty, a już zwłaszcza to, co napisał ksiądz biskup w liście otwartym do księdza Bonieckiego, uważam za niegodne nie tylko biskupa, ale i chrześcijanina. Wypominanie ludziom wymienianym z nazwiska ich rodziców i ich niejednoznacznej przeszłości jest niedopuszczalne.
Jeśli ksiądz biskup takimi metodami chce głosić całą prawdę, to proszę napisać list otwarty do niektórych swoich braci w biskupstwie, których rodzice również mocno związali się z ideologią marksistowską, a rodzeństwo niektórych tonie w nałogach. Proszę piętnować podstępne dzieła szatana wśród hierarchów uwikłanych w świadomą współpracę z organami bezpieczeństwa lub w czyny głęboko niemoralne rzucające straszliwy cień na nasz Kościół.
Wszystkich dotkniętych treścią listu otwartego, jaki wystosował ksiądz biskup do księdza Bonieckiego, zarówno tych wymienionych z nazwiska, jak i poruszonych jego lekturą przepraszam w imieniu Kościoła. A tak na zakończenie, w Chełmnie nad Nerem, w diecezji powierzonej trosce księdza biskupa, szatan pozostawił straszliwe ślady. W tamtejszym kościele hitlerowscy oprawcy przetrzymywali przed śmiercią tysiące Żydów, zanim nazajutrz zamordowali ich w samochodach śmierci. Odwiedzałem ten kościół wiele razy i nie znalazłem żadnego śladu piętnującego to straszliwe dzieło szatana. Do dzieła, księże biskupie.
Ksiądz Wojciech Lemański
Jasienica 28 września 2011
Dołączone listy w znacznym stopniu omijają meritum.
Brakuje w nich kluczowej informacji o wypowiedzi ks. Bonieckiego w TVN, a przecież to ona spowodowała list bpa Meringa, a więc powinna być podstawą dyskusji na temat zasadności i stosowności jego listu. Przytoczona dokładnie wypowiedź, pokazałaby, czy prawdą jest, to co twierdzi bp Mering, że ksiądz Boniecki „nie widzi związku między Nergalem jako satanistą i jako jurorem” co jego zdaniem jest „tezą schizofreniczną” i „szerzeniem zamętu w umysłach wiernych”. Zarzuty są mocne i konkretne, dlatego ks. Boniecki, jako zainteresowany sam powinien był przytoczyć swoją wypowiedź w całości (jako gość TVN pewnie dostałby nagranie). W mojej opinii, najlepsza obrona bazowałaby na wypowiedzianym przez niego tekście – o ile byłoby czego bronić.
Niestety nie uczynił tego. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tak jest po prostu obu adwersarzom biskupa wygodniej, bo ominąwszy wspomniane meritum, tj. wypowiedzi ks. Bonieckiego dla TVN, zwekslowali dyskusję na inne tory. Ustawili się na pozycji wyższości moralnej („przepraszam w imieniu Kościoła”, „z przykrością odpowiadam…”) „przywalali” mu, posuwając się nawet do chwytu „nie upamiętnił ksiądz zagłady Żydów” – co jest pomieszaniem retoryki „a u was biją murzynów” z radiem Erewań, bo przecież Żydów nie zabijał bp Mering ani jego parafianie, tylko Niemcy, w dodatku 50 lat temu. A teraz brak upamiętnienia tego faktu w sposób satysfakcjonujący ks. Lemańskiego ma być pozbawiać biskupa legitymacji do zabierania głosu na najbardziej aktualne tematy. Warto skądinąd zauważyć, że w swoim liście z 15.10 (czyli po wezwaniu do fundowania badań okulistycznych) ks Boniecki uznał protest bp. Wiesława Meringa przeciw pojawieniu się Nergala w publicznej telewizji za uzasadniony.
Adwersarze bpa Meringa wykorzystali fakt, że wychodząc poza rzeczowość i poszerzył on wypowiedź o swoje odczucia i żale. Potrafię go zrozumieć. Przypuszczam, że chodziło mu o to, że Tygodnik chętnie użycza łamów zaprzysięgłym przeciwnikom kościoła, zaś dla „moherów” ma wyłącznie połajanki – z nimi nie ma „Dialogu” (piszę z dużej litery bo to słowo to obiekt swoistej idolatrii). Jednak może się mylę, bo nie czytuję Tygodnika - może są w nim wywiady z ojcem Rydzykiem i teksty profesorów toruńskiej uczelni związanej z Radiem Maryja).
Polemika „salonowych” i „moherowych” księży nie jest tematem naszej dyskusji i stanowi odrębny temat. Warto jednak poświęcić jej nieco uwagi, bo daje – moim zdaniem - przykład jak nie należy prowadzić debaty. Pytanie o pełną treść wypowiedzi ks Bonieckiego pozostaje na razie bez odpowiedzi.
Głównym wątkiem jest zasadność protestów ws Nergala, tj. nie tylko czy są słuszne, ale czy przynoszą więcej szkody czy pożytku
Grzegorz
Wciąż czekam na moment, w którym będę miał więcej czasu na odpowiedź. Tymczasem poruszę tylko dwa wątki.
Żadne, powtarzam, żadne względy nie usprawiedliwiają grzebania przez bpa Meringa w życiorysach przodków autorów publikujących w "Tygodniku". To chwyt tak prymitywny i tak żenujący, że wstydzą się go nawet nasi politycy, których nie można posądzić o zbyt wysokie standardy moralne. Przed ostatnimi wyborami nie słuchaliśmy już wszak o dziadku z Wehrmachtu. Pojawienie się podobnej uwagi w przemyślanej (bo pisemnej) wypowiedzi biskupa w sąsiedztwie pustosłowia w rodzaju "tak, tak; nie, nie" całkowicie dezawuuje sposób, w jaki myśli on o drugim człowieku, czy to Nergalu, czy profesorze Ciupaku, kim by ten ostatni nie był.
Co do "tak, tak; nie, nie" - jest to cytat idealny do tego, żeby podpierać nim wszelką "bezkompromisową", "niepoprawną" - czy jak tam jeszcze lubią określać swoją postawę czytelnicy "Naszego Dziennika" - postawę, nie mającą względu na to, że świat bywa bardziej skomplikowany niż tylko "dobry" lub "zły". "Tak, tak; nie, nie" jest fragmentem Kazania na Górze, którego całościowe przesłanie niewiele ma wspólnego na manichejskim rozrywaniu rzeczywistości na dwa obozy. Są w nim też fragmenty w rodzaju:
Nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć swoją szatę, odstąp i płaszcz.
Tych, którzy chcieliby traktować powyższy fragment jako w najwyższym stopniu metaforyczny, rozmyślnie przerysowany czy inny jeszcze (na czele z bpem Meringiem), zachęcam, żeby pod podobnym kątem spojrzeli na swoje "tak-taki" i "joty". Ewangelia stanowi całość, warto zdawać sobie sprawę z tego, że daje ona inspirację do różnych postaw względem świata. Da się na tym gruncie uzasadnić zarówno postawę bpa Meringa (choć nie jego personalne przytyki), jak i postawę ks. Bonieckiego. Kto nie chce tego zauważyć, ten urabia Ewangelię pod swoje poglądy, zamiast czynić na odwrót.
Panie Grzegorzu,
wybaczy Pan ponownie mały wtręt nie na temat, ale rzuciło mi się to w oczy.
Zrozumienie warto wykazywać równe wszystkim. Jeśli rozumie Pan bpa Meringa, że wylewa swoje żale wobec "Tygodnika", to niech zrozumie Pan również żale księdza Lemańskiego na brak upamiętnienia Żydów mordowanych w diecezji bpa Meringa. Stosunek bpa Meringa do "Tygodnika" ma dokładnie tyle samo wspólnego ze sprawą Nergala, co przytoczony przez księdza Lemańskiego przykład Chełmna. Nie rozumiem (choć również próbuję się wykazać zrozumieniem), co według Pana, różni te dwa wtręty w tekstach na inny temat. A jeśli jednak nic, to warto je mierzyć tą samą miarą. Albo, albo.
A akceptacji dla fragmentu o ojcu profesor Środy, zrozumieć rzeczywiście niepodobna.
Pozdrawiam,
Ignacy.
Cz.1.
Przepraszam za dłuższą przerwę, ale wreszcie odpowiadam.
Co do najostrzej zaatakowanego wątku wypowiedzi bpa Meringa, to powiedziałbym, że " się podłożył " wprowadzając do swojego listu wątki, który nazwę roboczo " plemiennymi", tj. odwołujące się do przynależności do określonych środowisk (żale do Tygodnika, rodowód pani Środy) dając asumpt do dalszego zwekslowywania dyskusji.
W swoich ostatnich wypowiedziach, Miszo i Panie Ignacy skwapliwie zajęliście się tym wątkiem wyrażając oburzenie moim zdaniem charakterystyczne dla takiej plemiennej postawy polegającej na tym, że nie zauważamy lub pomniejszamy nadużycia „swojego” „plemienia-środowiska”, zaś ochoczo oburzamy się na nadużycia drugiej strony. Tymczasem sprawa tego co powiedział ksiądz Boniecki ws Nergala i czy dał słuszne powody do oburzenia biskupowi Meringowi znikła z pola widzenia.
Ewentualny (bo moim zdaniem wcale nie oczywisty) błąd erystyczny biskupa stał się ważniejszy od ewentualnej pobłażliwości x Bonieckiego dla satanizmu (a przynajmniej promocji nienawiści na pokaźną skalę). Sądzę, że ze swojej „plemiennej” – „moherowej” strony byłbym w stanie przytoczyć bardziej zasługujące na napiętnowanie wypowiedzi i czyny strony, nazwijmy ją ‘salonowej’ które (ze zrozumiałych, „plemiennych” względów) nie wzbudzały oburzenia np. KIKowskiego zarządu czy też tzw. autorytetów.
Co do wypowiedzi bpa o pani Środzie, to w mojej opinii argumenty „plemienne” nie zawsze są godne potępienia. Po prostu opisują one, czasem zbyt skrótowo, pozycje dyskutantów i różne względy środowiskowe, które bywają niezmiernie istotne dla zrozumienia istoty spraw –sposobów myślenia, ulokowania lojalności i solidarności wobec takich czy innych środowisk, osób, systemów wartości . Owe względy „plemienne” są jednym z elementów opisu owego skomplikowanego świata, o którym piszesz Miszo. Chociaż pochodzenie (rodzinne bądź środowiskowe), podobnie jak życiorys (nawet własny, a nie tylko rodziców) – nie są oczywiście same w sobie argumentem w dyskusji, jednak mogą być niezmiernie istotną informacją, dającą do myślenia w kwestii na przykład wiarygodności wygłaszającego określone opinie, czy też powodów przyjmowania lub popierania określonych postaw.
(Grzegorz)
Koniec Cz.1.
Ciąg dalszy w następnym wpisie
Cz. 2. cd poprzedniego wpisu
W przytoczonym przez bpa przypadku, pani Środa w swojej nienawiści do kościoła katolickiego jest jabłkiem które rzeczywiście niedaleko padło od jabłoni – zauważmy jednak, że to przede wszystkim jej własna postawa sytuuje ją tak jednoznacznie. Gdyby nie ta postawa, myślę że biskup nie miałby powodu o niej wspominać i nie czyniłby tego. Uwaga o jej ojcu – może erystycznie niezręczna – jest w związku z tym tylko przydaniem środowiskowego tła do jej osobistej postawy. Gdyby przed tą uwagą znalazły się np. dwie litery n.b. (n.b. córka…) czyniły by tę uwagę ewidentną wzmianką o środowisku z którego wyrosła.
Kiedy relacjonujemy, próbujemy zrozumieć lub oceniać zjawiska społeczne zakorzenienie w środowisku jest sprawą pierwszorzędnej wagi, niezależnie od przypadków odchodzenia czy odcinania się od swoich (do pewnego momentu) środowisk. Dlatego zainteresowanie i przywiązywanie wagi do środowiska, z którego ktoś wyrósł jest naturalną i uzasadnioną potrzebą pogłębienia wiedzy o osobach z którymi mamy do czynienia, co nie znaczy, że musi decydująco wpływać na naszą ich ocenę. Czy kiedy aktualny prezydent RP zadawał sobie wiele trudu by wykazać się wielopokoleniowymi korzeniami z „dobrego” polskiego rodu to była to tylko obrzydliwa, populistyczna i nacjonalistyczna kiełbasa wyborcza, czy zaspokajanie takiej naturalnej i uprawnionej potrzeby elektoratu?
Pani Środa własną postawą pokazała, że należy do wrogów Kościoła, dlatego goszczenie jej w tygodniku zestawione z niechęcią do jakiegokolwiek Dialogu (a słowo to jest przecież obiektem swoistej idolatrii w kręgach Tygodnika) np. z ojcem Rydzykiem jest co najmniej zastanawiające. Myślę Miszo, że nadmiernie wyolbrzymiłeś niezręczność biskupa pisząc, że uwaga ta„całkowicie dezawuuje sposób, w jaki myśli on o drugim człowieku”. Skoro tak, to w jaki sposób prezydent Komorowski myśli o sobie? Albo jak myślał o nim jego sztab?
Grzegorz
Koniec Cz.2.
Ciąg dalszy w następnym wpisie
Cz. 3. ciąg dalszy poprzedniego wpisu
Pan Ignacy pisze:
„Stosunek bpa Meringa do "Tygodnika" ma dokładnie tyle samo wspólnego ze sprawą Nergala, co przytoczony przez księdza Lemańskiego przykład Chełmna.”
Nie zgadzam się z tą tezą. Dyskusja wokół Negala jest częścią aktualnego sporu między katolicyzmem „otwartym” a „moherowym”. Dla uproszczenia używam tych określeń, bo wydaje się że obie strony je akceptują: x Boniecki jak sądzę uważa się za „otwartego”, bp. Mering mówi o sobie jako „moherowym”, a ja też mogę nosić tę obelgę „Premiera Miłości” na swojej tarczy. Pisze Pan, że „Zrozumienie warto wykazywać równe wszystkim.” We wspomnianym sporze obu stron, „mohery” zarzucają „otwartym” właśnie to, że wykazują zrozumienie przechodzące w akceptację dla różnych przejawów zła – i jest to bodajże kwintesencja tego sporu.
Dlatego stosunek „moherowego” Meringa do „otwartego” Tygodnika ma bardzo wiele do rzeczy w sporze o stosunek do Zła, które propaguje Nergal. Dziwię się, że Pan tego nie widzi. Jeśli wypowiedź x Bonieckiego była faktycznie przykładem wyrozumiałości dla propagowania Zła, to chyba wystarczająco uzasadniała nawiązanie do jego wcześniejszych, podobnych żalów pod adresem Tygodnika.
Rozumiem, że można – np. będąc „otwartym” - nie zgadzać się z tymi tezami i uważać te żale za niesłuszne, jednak nie chcieć widzieć tego tła i tych związków oznacza niedostrzeganie nie tak znowu „skomplikowanej” (akurat w tej materii) rzeczywistości. Nie wiem, czy nie oznacza to również uporczywej niechęci zrozumienia bpa Meriga (to oczywiście sarkazm z mojej strony).
Natomiast wyciągnięcie nieupamiętnienia śmierci Żydów sprzed ponad pół wieku z czym się tu wiąże? Mogę się tylko domyślać – np. z trzymaną w zanadrzu standardową pałką propagandową antysemityzmu używaną na „moherach” jakże często. Ale to właśnie jest tutaj od rzeczy, bo jak rozumiem dyskutujemy o tym, jak reagować na zjawisko Nergala i jego promocję w publicznej TV.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w oczach x Bonieckiego i broniących go Panów Nergal zasługuje na interpretację i egzegezę tłumaczącą jego postępowanie („tak naprawdę nie jest satanistą”), natomiast bp Mering na żadną tłumaczącą jego stanowisko interpretację nie zasługuje..
W ocenie listu bpa Meringa – wracam uparcie do tej kwestii - kluczowe jest ustalenie, czy w swojej wypowiedzi „otwarty” x Boniecki wykazał zrozumienie, a może i jakąś formę akceptacji dla Nergala. No i oczywiście, czy w tym swoim zrozumieniu i akceptacji(?) nie posunął się za daleko czyniąc krytykę ze strony biskupa uzasadnioną („unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” 1 Tes 5,22). Stąd moje ponawiane pytanie, czy ktoś dysponuje wiarygodnym tekstem, a najlepiej nagraniem wypowiedzi x Bonieckiego?
Grzegorz
Koniec Cz.3.
Ciąg dalszy w następnym wpisie
Cz. 3. ciąg dalszy poprzedniego wpisu
Pan Ignacy pisze:
„Stosunek bpa Meringa do "Tygodnika" ma dokładnie tyle samo wspólnego ze sprawą Nergala, co przytoczony przez księdza Lemańskiego przykład Chełmna.”
Nie zgadzam się z tą tezą. Dyskusja wokół Negala jest częścią aktualnego sporu między katolicyzmem „otwartym” a „moherowym”. Dla uproszczenia używam tych określeń, bo wydaje się że obie strony je akceptują: x Boniecki jak sądzę uważa się za „otwartego”, bp. Mering mówi o sobie jako „moherowym”, a ja też mogę nosić tę obelgę „Premiera Miłości” na swojej tarczy. Pisze Pan, że „Zrozumienie warto wykazywać równe wszystkim.” We wspomnianym sporze obu stron, „mohery” zarzucają „otwartym” właśnie to, że wykazują zrozumienie przechodzące w akceptację dla różnych przejawów zła – i jest to bodajże kwintesencja tego sporu.
Dlatego stosunek „moherowego” Meringa do „otwartego” Tygodnika ma bardzo wiele do rzeczy w sporze o stosunek do Zła, które propaguje Nergal. Dziwię się, że Pan tego nie widzi. Jeśli wypowiedź x Bonieckiego była faktycznie przykładem wyrozumiałości dla propagowania Zła, to chyba wystarczająco uzasadniała nawiązanie do jego wcześniejszych, podobnych żalów pod adresem Tygodnika.
Rozumiem, że można – np. będąc „otwartym” - nie zgadzać się z tymi tezami i uważać te żale za niesłuszne, jednak nie chcieć widzieć tego tła i tych związków oznacza niedostrzeganie nie tak znowu „skomplikowanej” (akurat w tej materii) rzeczywistości. Nie wiem, czy nie oznacza to również uporczywej niechęci zrozumienia bpa Meriga (to oczywiście sarkazm z mojej strony).
Natomiast wyciągnięcie nieupamiętnienia śmierci Żydów sprzed ponad pół wieku z czym się tu wiąże? Mogę się tylko domyślać – np. z trzymaną w zanadrzu standardową pałką propagandową antysemityzmu używaną na „moherach” jakże często. Ale to właśnie jest tutaj od rzeczy, bo jak rozumiem dyskutujemy o tym, jak reagować na zjawisko Nergala i jego promocję w publicznej TV.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w oczach x Bonieckiego i broniących go Panów Nergal zasługuje na interpretację i egzegezę tłumaczącą jego postępowanie („tak naprawdę nie jest satanistą”), natomiast bp Mering na żadną tłumaczącą jego stanowisko interpretację nie zasługuje..
W ocenie listu bpa Meringa – wracam uparcie do tej kwestii - kluczowe jest ustalenie, czy w swojej wypowiedzi „otwarty” x Boniecki wykazał zrozumienie, a może i jakąś formę akceptacji dla Nergala. No i oczywiście, czy w tym swoim zrozumieniu i akceptacji(?) nie posunął się za daleko czyniąc krytykę ze strony biskupa uzasadnioną („unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” 1 Tes 5,22). Stąd moje ponawiane pytanie, czy ktoś dysponuje wiarygodnym tekstem, a najlepiej nagraniem wypowiedzi x Bonieckiego?
Grzegorz
Koniec Cz.3.
Ciąg dalszy w następnym wpisie
4. cd poprzedniego wpisu
Co zaś do Nergala (który ciągle pozostaje jakby na uboczu) piszesz, Miszo:
„Ewangelia stanowi całość, warto zdawać sobie sprawę z tego, że daje ona inspirację do różnych postaw względem świata.”
Próba rozwinięcia tego tematu zupełnie by nas pogrążyła w trwającej 2000 lat dyskusji, ale pamiętam, że np. oprócz słów Jezusa o nie stawianiu oporu złemu mieliśmy czyn: Jezus nie przyszedł do kupców w świątyni i nie powiedział „Zabierzcie łaskawie swoje kramiki. Ja was o to tutaj nieśmiało proszę.” (to oczywiście parafraza Jana Turnaua). A przecież kupcy zapewne uważali, że swoją pracą służą kultowi Pana Boga i nie propagowali satanizmu i Zła. Jakoś nie jestem w stanie usytuować ich na skali zła wyżej od Nergala, a jednak spowodowali gwałtowną reakcję Jezusa. Można to interpretować, że niezależnie od miłosierdzia dla osób wykazywał się on silnie rozwiniętym brakiem tolerancji dla zła.
A poza tym uważam… że głównym winowajcą jest prezes Braun, który człowieka głoszącego takie poglądy (patrz cytaty wyżej) wpuścił do publicznej TV i bronił jego obecności przez czas wystarczająco długi, by sądzić, że czynił to świadomie (np. w ramach politycznej prowokacji i testowania granic tolerancji „katoli”). A jeśli czynił to nieświadomie to znaczy,. że był skrajnie niekompetentny. I wszystko to razem nie jest sprawą niebagatelną. Dlatego uważam, że zajmowanie się biskupem Meringiem i jego lapsusami (jeśli nawet je za takie uznamy) odwraca uwagę od niezmiernie ważnego meritum. Zaś gdybym miał się w tym odwracaniu uwagi doszukiwać (niby dlaczego nie?) wątku politycznego – służy też ono obronie stołka prezesa, którego zasiadanie na nim samo w sobie staje się prowokacją (niech się jeszcze „katole” powściekają).
Co zatem powiedział x Boniecki w TVN24?
Grzegorz
(Koniec Cz.4. i na razie ostatniej)
Drogi Grzegorzu, ponieważ niemal całą wypowiedź poświęciłeś wątkom, które sam uważasz za poboczne, toteż na nich się skupię. Do meritum niebawem wrócimy.
GS: W swoich ostatnich wypowiedziach […] skwapliwie zajęliście się tym wątkiem wyrażając oburzenie moim zdaniem charakterystyczne dla takiej plemiennej postawy polegającej na tym, że nie zauważamy lub pomniejszamy nadużycia „swojego” „plemienia-środowiska”, zaś ochoczo oburzamy się na nadużycia drugiej strony.
Jeśli się nie mylę, to nie ks. Boniecki, lecz bp Mering posłużył się w dyskusji argumentacją ad personam. Jeśli dyskutujemy o tym, co nazywasz „błędami erystycznymi” – a o nich właśnie dyskutujemy; do meritum niebawem powrócę – to problem polega na tym, że nie ma tu nadużyć „drugiej strony”. Mówiąc nieładnie, ks. Boniecki nikomu się po rodzinie nie przejeżdża. Ma inne zdanie w kwestii obecności Nergala w programie TVP i wynikających stąd niebezpieczeństw. Może i ja – cytując bpa Meringa – powinienem zafundować sobie badania okulistyczne, ale nie widzę przejawów swojej plemiennej mentalności w tym, że zwracam uwagę na nadużycia hierarchy, nie dostrzegając podobnych nadużyć ks. Bonieckiego. Prawda nie zawsze leży pośrodku, lecz – jak wyraził się niegdyś znany publicysta – leży ona tam, gdzie leży. W tym przypadku i pod tym względem ks. Boniecki wydaje mi się czysty. Chyba, że coś przegapiłem.
GS: Ewentualny (bo moim zdaniem wcale nie oczywisty) błąd erystyczny biskupa stał się ważniejszy od ewentualnej pobłażliwości x Bonieckiego dla satanizmu (a przynajmniej promocji nienawiści na pokaźną skalę). Sądzę, że ze swojej „plemiennej” – „moherowej” strony byłbym w stanie przytoczyć bardziej zasługujące na napiętnowanie wypowiedzi i czyny strony, nazwijmy ją ‘salonowej’ które (ze zrozumiałych, „plemiennych” względów) nie wzbudzały oburzenia np. KIKowskiego zarządu czy też tzw. autorytetów.
Po pierwsze, nikt nie mówił o tym, co „ważniejsze”. Wątek poziomu argumentacji bpa Meringa jest jednym z wielu, które poruszyliśmy. Nie wiem, skąd Twój wniosek o przeniesieniu całego ciężaru dyskusji na ten grunt. Po drugie, dyskutujemy o konkretnym zajściu. Jeśli jednak uważasz za zasadne wskazanie odpowiednich cytatów z ks. Bonieckiego, które dorównywałyby „erystycznym niedostatkom” („ewentualnym”) listu biskupa, to proszę bardzo. Ze swojej strony przytoczę tylko dwa fragmenty wywiadu z ks. Bonieckim, który sam przeprowadziłem:
Za każdym razem, kiedy takie różnice wychodzą na jaw, powinniśmy zadać sobie pytanie: „A może oni mają w czymś rację?”. Trzeba umieć zakwestionować, poddać w wątpliwość swoje własne przekonania. Kiedy wszyscy się tego nauczymy, styl naszych sporów się zmieni. To jedyne, co możemy robić. Tego nie da się osiągnąć z dnia na dzień, ale być może w ciągu stu lat choć trochę się do siebie zbliżymy. Dlatego nie wolno nam odsądzać od dobrej wiary tych, którzy myślą na przykład w kategoriach lansowanych przez Radio Maryja. To są ludzie żarliwie przekonani o słuszności swojego pojmowania chrześcijaństwa. Jeśli się ich łomocze, to tylko utwierdza się ich w ich niechęci i uprzedzeniach. A przecież podobne różnice towarzyszą Kościołowi od czasów apostolskich. Patienza. Duch Święty nas oświeci.
I fragment drugi, który ostatecznie nie ukazał się drukiem: To jest dialog bardzo wyraźnie dotyczący miejsca i misji Kościoła, tak umownie mówiąc, myśli „radiomaryjnej” i np. „tygodnikowej”. Najbardziej mnie martwi, że oni myślą, że ja nienawidzę Radia Maryja. Nigdy nie wyrażałem nienawiści do Radia Maryja.
Jakoś nie widzę w tym równowagi dla wypowiedzi bpa Meringa, z dumą i jednoznacznie określającego się po stronie „moherowych”. Nie czuję się wtajemniczony w arkana sporu dwóch wspomnianych środowisk, niemniej w wypowiedzi „przywódcy” jednego z nich nie znajduję agresji, która od czasu do czasu wyziera z drugiej strony (jak w liście bpa Meringa). I nie twierdzę też, że dialog z każdym jest możliwy. Możliwa powinna być natomiast wspólna modlitwa, której w podzielonym Kościele bardzo mi brakuje.
GS: Co do wypowiedzi bpa o pani Środzie, to w mojej opinii argumenty „plemienne” nie zawsze są godne potępienia. Po prostu opisują one, czasem zbyt skrótowo, pozycje dyskutantów i różne względy środowiskowe, które bywają niezmiernie istotne dla zrozumienia istoty spraw – sposobów myślenia, ulokowania lojalności i solidarności wobec takich czy innych środowisk, osób, systemów wartości .
Bp Mering odpowiadał nie Magdalenie Środzie, Tomaszowi Polakowi czy Stanisławowi Obirkowi, lecz ks. Bonieckiemu. Nie wiem, ile przeciętny czytelnik listu biskupa miał za sobą lektur wspomnianej trójki autorów, lecz nie przypuszczam, żeby znane mu były np. chrystologiczne motywy apostazji Polaka. Podobnie nieistotne wydają się tu pluralistyczno-moralne motywy światopoglądu prof. Środy czy prof. Obirka. Jeśli nazwiska te powiedzą cokolwiek przeciętnemu odbiorcy listu, to wymowa da się prawdopodobnie sprowadzić do: „Publikujecie teksty wrogów Kościoła”. Świetne – jak piszesz – opisanie pozycji dyskutantów, ich sposobu myślenia oraz systemu wartości. Nie jestem wyznawcą Stanisława Obirka, ale jeśli ktoś chce zrozumieć jego krytyczny stosunek do Kościoła, by następnie móc się zdystansować (jak ja to zrobiłem), to powinien przeczytać np. jego wymianę listów z Krzysztofem Doroszem. Posługiwanie się nazwiskami ex-księży i antyklerykalnej pani profesor nie służy lepszemu zrozumieniu i określeniu swoich stanowisk, tylko ich zabetonowaniu. Ci są „nasi”, ci są „wasi”. My jesteśmy „salonowi”, a wy „moherowi”. Czy to jakkolwiek naświetla stanowiska uczestników dyskusji? Czy o to powinno w niej chodzić? Czy to stanowi dobry do niej wstęp?
GS: W przytoczonym przez bpa przypadku, pani Środa w swojej nienawiści do kościoła katolickiego jest jabłkiem które rzeczywiście niedaleko padło od jabłoni – zauważmy jednak, że to przede wszystkim jej własna postawa sytuuje ją tak jednoznacznie.
Szkoda, że bp Mering z taką łatwością słowo „krytyk” zastępuje słowem „wróg”. Ty zresztą czynisz podobnie. I to ma być ten skomplikowany świat? Nie przeczę, że Magdalena Środa ma radykalnie inną niż nasi hierarchowie wizję (nie)obecności Kościoła w życiu publicznym. Tylko dlaczego zastępować to słowem „nienawiść”? Skąd dysponujesz wiedzą o tej nienawiści, jeśli wolno spytać? Po raz kolejny zdradzasz skłonności do porządkowania świata w postaci bardzo ostrego konfliktu, do dzielenia ludzi na obozy. Ale taki Obirek już do tego obrazu nie pasuje. W jego tekstach sporo jest pewnie naiwności, sporo zawiedzionych nadziei, sporo nieuzasadnionych pretensji. Ale dlaczego określać go mianem „wroga Kościoła”, skoro on po prostu proponuje inną jego wizję (być może głupią, być może niespójną, prawdopodobnie wartą dyskusji; swoją drogą, Obirek na taką dyskusję jest otwarty; a bp Mering?)? W przypisywaniu złej woli swoim adwersarzom w dyskusji o Kościele widzę dużą winę środowisk, które z dumą określają się mianem „moherowych”. Moim zdaniem jest to ogromny błąd.
GS: Czy kiedy aktualny prezydent RP zadawał sobie wiele trudu by wykazać się wielopokoleniowymi korzeniami z „dobrego” polskiego rodu to była to tylko obrzydliwa, populistyczna i nacjonalistyczna kiełbasa wyborcza, czy zaspokajanie takiej naturalnej i uprawnionej potrzeby elektoratu?
Pudło. Aktualny prezydent nikogo przy pomocy swoich (dość tanich) genealogii nie pragnął zdezawuować. List bpa Meringa był listem otwartym. Czyta go masa ludzi, którzy nie mają pojęcia, kim był profesor Ciupak (np. ja). I co na jego temat czytają? „Marksista i „religioznawca” z czasów PRL”. Aha, no to już wiemy, że nie nasz. To nie jest wskazanie na żaden konkretny system wartości, to jest opieranie wierności środowisku na pustych hasłach, napuszczanie jednych ludzi na drugich. Dzielenie ich na zasadzie „my to my, oni to ZOMO”. Tu mamy: „my to katolicy, oni to komuniści”. „Aha, komuniści? – myśli sobie czytelnik. – Czyli wrogowie Pana Boga! Kto użycza swych łam wrogom Pana Boga, sam musi być Jego wrogiem”. Na litość boską, czy Magdalena Środa jest komunistką, czy lewicowo-liberalną filozofką? I to jest to jabłko, które padło niedaleko od jabłoni?
Przeraża mnie, autentycznie mnie przeraża, redukowanie takich praktyk do poziomu „erystycznej niezręczności”. Z całą pewnością Ignacy i ja wykazujemy odchylenie w stronę „tygodnikową” (choć osobiście mam trochę żalu do „Tygodnika”), ale Twoja ekwilibrystyka, przy pomocy której usprawiedliwiasz (wręcz idealizujesz) nawalanie się po głowach hasłami odwołującymi się do już istniejących, głębokich podziałów, i pogłębiającymi te podziały – z całą pewnością sytuuje Cię w obrębie plemiennej mentalności, którą tropisz u innych. Jedna z ważniejszych różnic, z jakimi możemy spotkać się w Kościele, to sposób używania języka. Jedni przy jego pomocy upraszczają rzeczywistość, a inni, choć także oczywiście ją upraszczają, to mają tego świadomość i próbują przynajmniej zachowywać strzępy jej bogactwa. Dlatego rzadziej posługują się słowami „wróg” czy „nienawiść”. Żeby było jasne – uważam, że są oni rozrzuceni po wszystkich kątach Kościoła, podobnie zresztą jak bojówkarze. Ale, niestety, zarówno list bpa Meringa, jak i Twoją przedziwną jego apoteozę, odbieram jako przejaw postawy bojówkarskiej.
(W następnym wpisie wracam do głównego wątku. Ignacemu zostawiam odpowiedź na zarzut skierowany osobiście do niego.)
Pozdrawiam,
Misza
Oto link do wypowiedzi ks. Bonieckiego dla TVN24.
Panie Grzegorzu,
mam nadzieję, że tym razem mi się nie oberwie za pisanie "nie na temat", skoro sam Pan tak wiele "nie na temat" napisał także wcześniej (zresztą już w poprzednim poście zaznaczyłem, że swoją uwagę dodaję na boku).
Niesłusznie Pan uznał, że odmawiam bpowi Meringowi prawa do wyrażenia swoich żalów w związku z "Tygodnikiem". Według mnie nie mają one szczególnego związku ze sprawą, ale rozumiem, że ktoś może uważać, że ten związek jest kluczowy. Chodziło mi tylko o to, że, jak sądzę, myli się Pan, sądząc, że temat, który poruszył ksiądz Lemański jest albo inny, albo nieaktualny, a jego związek z Nergalem dużo dalszy.
Pisze Pan o wyrozumiałości dla propagowania Zła. Nie wiem, nie mnie rozstrzygać, czy lepiej znajdować w sobie dla Zła wyrozumiałość, czy udawać, że go nie ma, czego fatalny przykład dali polscy biskupi po zniszczeniu pomnika w Jedwabnem (również bp Mering, choć nie chciałbym tu go szczególnie obarczać). Ksiądz Lemański ma prawo, by te żale artykułować, bo to też, jak się okazuje, jest aktualny spór. I, co więcej, jest to spór właśnie o stosunek do Zła! Nie wiem, jak inaczej chce Pan nazwać istotę jego pretensji, jak nie właśnie wołaniem o odpowiednią na Zło reakcję.
Argument, że wydarzyło się ono 50 lat temu, jak pokazuje wiele incydentów i milczenie Episkopatu na ich temat, jest cokolwiek nieuzasadniony. Bo zbrodni dokonano 50 lat temu, ale pamięć o niej nie została uhonorowana dziś. Tu i teraz. Tu i teraz mamy ten problem. Aktualny.
Postawa, jaką przyjmujemy wobec Zła, powinna chyba być spójna. Zgadzam się z księdzem Lemańskim, że bp Mering wykazuje tu zwykłą hipokryzję.
Ależ biskup Mering na egzegezę zasługuje. I Pan, Panie Grzegorzu, bardzo skutecznie ją tworzy. Dlaczego jednak ta egzegeza wydaje się mało przekonująca, napisał już Misza.
Pozdrawiam,
Ignacy.
moim zdaniem można nazwać prof. Środę wrogiem Kościoła. na pewno się nie obrazi, to nie jest przekleństwo. to opis rzeczywistości.
dziwi mnie to Miszo że nie potrafisz przyznać że istnieje coś takiego jak wrogość. sam się jej doszukujesz w wypowiedziach mojego taty. tylko pięknie to opisujesz zwrotem "postawa bojówkarska". mniam ;)
Ola Strzemecka
Olu,
Nie powiedziałem, że wrogość nie istnieje. Mimo to nie wyciągałem jej np. z Twojego pierwszego, jakże taktownego, wpisu, choć zapewne, pozostając w Twoich kategoriach, powinienem ją tam znaleźć:
o kur.., co za bełkot. ludzie nie macie honoru? protestowaliście przeciw koalicji z Samoobroną a Nergal już OK. pozdro z Ciemnogrodu.
Póki w bardziej zadowalający sposób nie wykażesz, że można Magdalenę Środę określać mianem wroga Kościoła (a nie np. jego ostrego krytyka bądź zwolennika przeniesienia religii fo sfery prywatnej - niezależnie od tego, czy Ci się to podoba, czy nie), wskazałbym standard założenia dobrej woli oponenta, a nie jego wrogości, jako wart rozważenia.
Misza
Jakieś podsumowanie tej dyskusji? Marzyłbym teraz, Miszo, o przeczytaniu kolejnej wersji twojego wpisu. Czy jest coś w głosach Oli i Grzegorza, co uwzględniłbyś w reedycji? Mnie - muszę przyznać - cytowane teksty Nergala dały do myślenia. Czy nie podważają one prawdziwości pierwszej z Twych "pięciu uwag". Wyrażona w niej teza jest jasna, ale dowód jej prawdziwości - wątpliwy. Rozumiem, że powtarzasz diagnozę ks. Bonieckiego (niezbyt to wprawdzie użyteczne jako Twój głos w Jego obronie). Czy rzeczywiście powołana przez Ciebie deklaracja Nergala wystarczy jako dowód komercyjnych, a nie fundamentalnych intencji darcia Pisma św.?
Za celne uznaje pytanie komentatorów, czy rzeczywiście uważasz, że problem promocji Nergala nie różni się jakościowo od problemu uznawania za "gwiazdy" - Agnieszki Chylińskiej, Dody, czy Frytki - których wizytówką było chamstwo w różnych jego przejawach.
Mankamentem logicznym Twojego wywodu jest przejście od zakładanych, świadomych intencji Nergala, ku ocenie istoty jego aktywności. Co się Nergalowi wydaje i co deklaruje, to jedno, ale uczono mnie zawsze, że największym osiągnięciem szatana, jest sprawić byśmy go nie dostrzegali. Jakże eleganckim posunięciem Nieprzyjaciela byłoby zwodzić nas na manowce dyskusji o komercji w telewizji publicznej, a - kryjąc się za tarczą "pluralizmu światopoglądowego" - zyskać bezpośredni dostęp do ogromnej publiczności. Czy ewentualne komercyjne intencje Nergala mają jakiekolwiek znaczenie w sytuacji, gdy niektórzy prości ludzie, bombardowani informacjami o grzechach Kościoła, zechcą poważnie potraktować jego sceniczny przekaz? Nawet jeśli założyć, że Nergal nie jest fundamentalistą, a jedynie "pożytecznym idiotą", wpuszczenie go na antenę można chyba uznać za szatańskie ze swej istoty, a nie ze względu na komercyjne intencje.
Zgadzam się, że bp. Mering nie błysnął mądrością i roztropnością. Agresywny list - jak to celnie wytknął Grzesiek - nie wzbudził w Was jednak współczucia, tylko skłonił do osądzania. Proponowaną przez Grześka historię wypędzenia kupców ze świątyni warto chyba przemedytować. Czy potraficie wskazać inne przypadki tej formy "naśladowania Chrystusa", niż belki w oku obcego plemienia (antysemityzm, homofobia, nacjonalizm)? Sobie i nam wszystkim - inteligentom katolickim - dedykuje inny cytat z Niego: "Wysławiam Cię, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom"...
An
Bardzo dobre pytanie, bardzo ciekawe i w ogóle - "bardzo". Jako że rzetelna odpowiedź na nie wymaga, żebym raz jeszcze przeczytał wszystkie komentarze, których trochę się już nazbierało, obiecuję podjąć próbę odpowiedzi w weekend (najwcześniej). Wtedy też mam nadzieję odpowiedzieć na bardziej merytoryczne, a mniej formalne argumenty Grzegorza. Pozdrawiam,
M.
przypadkiem w necie znalazłam artykuł o prof. Ciupaku. niech Tygodnik Powszechny się zastanowi, kogo uznaje za godnego publikowania. w sumie teraz sie nie dziwię że taki Nergal nie jest nikim kontrowersyjnym dla tego środowiska (mimo że drugi jego pseudonim to DJ Holocausto!) nie no brak mi juz słów. nie wiem czy dalej dyskutować... ;/
@Misza napisał: "Nie powiedziałem, że wrogość nie istnieje. Mimo to nie wyciągałem jej np. z Twojego pierwszego, jakże taktownego, wpisu, choć zapewne, pozostając w Twoich kategoriach, powinienem ją tam znaleźć:"
Pudło
Ola
Wciąż nie rozumiem, dlaczego profesor Środa ma odpowiadać za winy swojego Ojca. Umiesz to, Olu, wytłumaczyć?
Nergal porzucił swój przydomek "Holocausto" 18 lat temu. Z tego, co napisałaś, wynika, jakoby był to jego aktualny pseudonim. Nie jest tak. Zarzut bardzo nietrafiony.
@Ignacy napisał: "Wciąż nie rozumiem, dlaczego profesor Środa ma odpowiadać za winy swojego Ojca. Umiesz to, Olu, wytłumaczyć?"
nie ma odpowiadać za winy. ona sama potwierdza ciągłośc działań ojca. po prostu widać z jakiego środowiska się wywodzi, kogo naśladuje, po kim dziedziczy cele. trzeba przyznac że właściwie robi to samo tylko czasy i sposoby się zmieniły. (wiem że można się przyczepić do tej tezy, ale to takie uproszczenie) w każdym razie tak jak ojciec zwalcza Kościół. ehh aha, i miałam wykazać że Środa jest wrogiem Kościoła. chyba wszyscy wiedza że chętnie podarłaby Biblię? (tak jak ja chętnie Gazetę Wyborcza;))i to jest właśnie wrogość. (często sie zdarza tez że wróg krytykuje wroga więc nie uważam że tylko ja mam tu rację ;)) nie wiem jaka mogłaby być inna definicja ale chętnie się dowiem co o tym myslisz Misza.
@Ignacy co do Holocausto to rzeczywiście nie wiedziałam że N już nie używa tego pseudonimu. tzn mam nadzieje że od tamtej pory już nie obraża Żydów. raczej wątpie bo wtedy reakcja waszego środowiska byłaby cokolwiek ostrzejsza. coś w stylu oburzenia na wykłady Jerzego R. Nowaka.
Ola
Olu,
1. Jeśli chodzi o przytoczoną przez Ciebie wypowiedź Magdaleny Środy, to nie znałem jej. Uważam ją za skandalizującą, głupią, nieodpowiedzialną. Ktoś, kto wykłada na uniwersytecie i uchodzi za intelektualistę, nie powinien uciekać się do tego typu tabloidowych sloganów. W tym przypadku nie zamierzam więc polemizować z Twoją niechęcią. Choć osobiście nie czuję się dotknięty. Nie potrafię przy tym zrozumieć Twojej chęci podarcia „Gazety Wyborczej”. Ja nie pałam np. żądzą zniszczenia „Naszego Dziennika” czy „Gazety Polskiej”, choć obydwa te pisma uważam za niezwykle szkodliwe dla chrześcijaństwa.
2. Kiedy przejrzeć np. wydany przez prof. Środę podręcznik etyki, to nie widać jej niechęci, a tym bardziej nienawiści, do aksjologii chrześcijańskiej. Odnoszę wrażenie, że w jej przekonaniu moralność wypływająca z chrześcijańskiej inspiracji powinna redukować się redukować do zasady „nie stawiajcie oporu złemu”. Podobnie, jak z felietonów Tomasza Terlikowskiego można wyczytać jej redukcję do „tak, tak; nie, nie”. Tymczasem – tak mi się wydaje – inspiracja chrześcijańska powinna obejmować jedno i drugie. Oczywiście, takie zespolenie jest z trudem (jeśli w ogóle) możliwe w światopoglądzie czy postawie jednostki. Ważne, by obie interpretacje równoważyły się w Kościele. Mi osobiście znacznie bliżej do tego fragmentu Kazania na Górze:
A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! (Mt 5, 39-41)
Tak czy inaczej, wydaje mi się, że Magdalena Środa jest przeciwnikiem pewnego sposobu samookreślenia przez Kościół swojej misji (podobnie jak np. Stanisław Obirek, o którym już pisałem). To, co pisze o aksjologii chrześcijańskiej, wyklucza – jak mi się wydaje – pogardę dla niej czy wrogość wobec niej. W jej perspektywie moralność chrześcijańska albo utożsamia się z moralnością liberalną, albo jest moralnością zafałszowaną. W jej publicystyce widać – jak sądzę – sympatię względem obecnego w Kościele, alternatywnego względem dominującego, nurtu, który w skrócie można by nazwać Tischnerowskim.
3. Czy Magdalena Środa jest wrogiem Kościoła? A kto to jest wróg? Mam głębokie przekonanie o tym, że słowa, których używamy, nie tyle opisują świat, ile go porządkują. Sprawiają, że myślimy o świecie w określonych kategoriach. (Nad)używanie słowa „wróg” – widać to w pewnym typie myślenia o świecie – skutkuje widzeniem wrogów wszędzie. Tymczasem „wróg” to naprawdę mocne słowo. Ja na przykład nie sądzę, bym miał jakichś wrogów. Ty masz inaczej? A jeśli nie mam skłonności do szukania wrogów wokół siebie, to dlaczego mam ich szukać wokół Kościoła? Czy nie słuszniej założyć, że każdy człowiek dąży do swoiście pojętego dobra, że nie chce nas zniszczyć? Konflikty w społeczeństwie demokratycznym są nieuniknione. Ale żeby zaraz mówić o wrogości?
Wróćmy do Kościoła: Czy ktoś jest wrogiem Kościoła? A czy Kościół jest czyimś wrogiem? Można chyba powiedzieć, że Kościół „walczy” ze złem. Ale znów – co to znaczy? Na świecie zło występuje w różnych postaciach. Jedną z nich jest brak szacunku dla drugiego człowieka i tego, w co ów człowiek wierzy. Dlatego pisałem o casusie Nergala jako czymś niepokojącym. W tym sensie uważam, że trzeba się temu sprzeciwić – w interesie własnym i wszystkich „słabych” (Kościół w Polsce do słabych nie należy). Pozostaje pytanie o sposób wyrażenia tego sprzeciwu - i wokół tego rozgorzała cała niniejsza dyskusja. Ale żeby szukać wrogów? Jeśli się ich szuka, to z pewnością się ich znajdzie. I „wrogami” zacznie nazywać się ludzi, którzy występują w obronie innych niż nasze wartości, które uważają za ważne. Oczywiście, zapewne mogą się zdarzyć i tacy, którzy naprawdę chcą zniszczenia Kościoła. Czy zrobią to w imię czystego zła? Szczerze wątpię. Tak czy inaczej, jestem przekonany, że język dzielący świat na „wrogów” i „przyjaciół”, „obcych” i „naszych” jest samospełniającą się przepowiednią. Dlatego staram się w ogóle go nie używać. Zawsze możemy wybrać język, w którym zawarte będzie założenie dobrej woli – nawet u naszych oponentów. I myślę, że wybór języka jest rzeczą ważną, ponieważ w dalszej kolejności warunkuje on to, jak zrozumiemy naszą chrześcijańską misję.
4. Jeśli zaś przez wrogość rozumieć "działanie na szkodę Kościoła", to wrogów szukałbym przede wszystkim w jego wnętrzu, a nie na zewnątrz. Pewien kardynał, zapytany przez dziennikarza o wrogów Kościoła, odpowiedział: "Instytucja, którą reprezentuję, bezskutecznie próbuje zniszczyć Kościół od dwóch tysięcy lat". No i właśnie. Największymi wrogami Kościoła - pojętego nie jako instytucja obarczona ludzkimi błędami i skrajnościami, ale jako Lud Boży - jesteśmy my sami i nasze własne nienawiści, niewierności, gorszące podziały.
Nie chciałbym Cię, Miszo, obrażać, ale przeczytawszy Twoją diagnozę sytuacji Kościoła w Polsce i na Świecie, czuję się nieswojo. Czytałem bowiem kiedyś instrukcje operacyjne Służby Bezpieczeństwa dotyczące KK, w których propagowanie takiej wizji wśród wierzących nakazywano oficerom i agentom wpływu. Dokładnie takie. W niewielkich ilościach tę lekturę zalecam każdemu wierzącemu, bo cudza diagnoza naszych słabości bywa najlepszą zachętą do wzmacniania się.
(Nie zdziwiłbym się, gdyby w ich opracowywaniu uczestniczył prof. Ciupiak - religioznawca.)
Chwalebną ostrożność w przejmowaniu "języka walki i wrogości" doceniam i uznaję. Wydaje mi się, że uczciwa dyskusja z Olą i Grzegorzem wymagałaby jednak zweryfikowania, czym podyktowana jest ich "nienawiść" do Gazety. Z zachwytem przyjmowaliśmy kiedyś - pisaną w Laskach - pracę Adama Michnika "Kościoł-Lewica-Dialog", adresowaną do jego (a nie naszego) środowiska, w której odkrywał on Kościół jako sojusznika w walce o godność i wolność człowieka. Ten taktyczny sojusz zakończył się w 1989 roku i próżno dziś szukać w obecnym środowisku Gazety innych wypowiedzi na temat Kościoła, niż zorientowanych na tropienie wad.
Ich prawo. A nasze? Wierzących?
Co sądzisz o analogii między związkiem wierzącego z Kościołem a małżeństwem?
Nie masz żony, więc musisz teoretycznie podejść do zagadnienia. A może zapytać ks. Andrzeja, duszpasterza małżeństw ze śród świętomarcińskich i spowiednika małżeństw.
Czy dobrze robi małżeństwu, gdy mąż, dostrzegając wady żony, chadza na piwo kolegami i ją obmawia, albo znajduje sobie koleżankę, żeby się jej wyżalić? Czy obiad rodzinny jest dobrą okazją do tego, żeby rodzicom, albo teściom ze szczegółami opowiadać o wszelkich jej słabościach? Czy wogóle gadaniem może ją zmienić? I czy - chcąc zmieniając ją - naprawdę daje wyraz miłości? Młodym małżeństwom - nawet dobrze do tego przygotowanym teoretycznie - zabiera kilka lat zrozumienie, jak wiele z ich relacji jest układu "pajączka i muszki", jak wiele jest oczekiwania i roszczenia, a jak mało dawania.
Z tego powodu przestałem czytać p. Wiśniewską z Gazety: elegancko nie używając pojęcia "wróg" - przede wszystkim zajmuje się ich tropieniem i zwalczaniem. Nie ma tymczasem nic bardziej trującego dla męża lub żony, niż towarzystwo takich krytyków, którym dostrzegać zło w innych przychodzi tak łatwo. Zło lubi na siebie zwracać uwagę, bo tylko w ten sposób może nas opanować.
An
An,
Bardzo dziękuję za Twój komentarz. Myślę, że masz rację. W tej dyskusji, głównie z przyczyn polemicznych, trochę zbyt radykalnie zarysowałem swoje stanowisko. Mam do "Gazety" sporo żalu o to, w jaki sposób pisze o Kościele. Zazwyczaj nie widzę troski do ducha dialogu w tekstach Katarzyny Wiśniewskiej, a wręcz wkurzają mnie artykuły Pacewicza, z których wynika czasem, że Kościół niewiele się różni od organizacji przestępczej.
Dziś właśnie rozmawialiśmy z Cyrylem o polskich liberałach (w duchu Szczuki czy Pacewicza), którzy - zamiast podejmować poważny dialog z otwartymi chrześcijanami (np. spod znaku KIK-u), formułują swoje poglądy w sposób, który wyklucza zrozumienie racji "drugiej strony". Tak samo dokładnie postępuje np. Tomasz Terlikowski. Zarówno dla niego, jak i dla Kazimiery Szczuki - oponent nie ma nawet cienia słuszności po swojej stronie, cienia trafnego argumentu. Mi tymczasem wydaje się, że elementy słuszności są po obydwu stronach. Przykro byłoby mi w dyskusji zakładać, że mój rozmówca w najlepszym wypadku jest - mówiąc nieładnie - debilem, a w najgorszym - wrogiem, niewahającym się uciec do najbardziej cynicznych chwytów...
Raz jeszcze dzięki,
M.
Jeszcze tylko mały PS: Z tego, co napisałem o "Wyborczej", chciałbym zdecydowanie wyłączyć red. Jana Turnaua, który prezentuje zupełnie inny poziom myślenia i mówienia o Kościele, jak również inną wrażliwość.
Zresztą uczciwość każe zaznaczyć, że Wiśniewska Pacewiczowi nie równa.
M.
Drodzy adwersarze, Miszo i Panie Ignacy
Przepraszam za zwłokę, ale dopiero teraz mogę odpowiedzieć. Widzę, że dyskusja staje się bardziej ogólna, chciałbym jednak wrócić jeszcze do meritum. Aby mówić o konkretach, przytaczam wypowiedź x Bonieckiego w TVN 24, spisaną z nagrania do którego link podał Misza.
WYPOWIEDŹ KSIĘDZA BONIECKIEGO W TVN24
Rozmowa z x Bonieckim w TVN24 z 17.09.2011 spisana z podanego przez Miszę linku :
x Boniecki:
- … nieodparte poczucie że tu jest jakaś gra, także wyborcza, że chodzi tutaj o to, żeby przejąć telewizję, żeby powiedzieć: ‘trzeba zmienić dyrekcję tego’, gdzie się na wszelki sposób usiłuje wrobić w to pana Juliusza Brauna, który bierze to na siebie, ale w gruncie rzeczy to w ogóle nie jest jego odpowiedzialność, no… formalnie biorąc, bo to wchodzi wtedy, kiedy on jest w dyrekcji. Tak, że ja w tej us.. to jest ustawa?
Dziennkarka:
- to jest uchwała
x Boniecki
- uchwała…że… Ja nieodparcie widzę w tym jakąś operację przedwyborczą. Nergal prezentuje taki satanizm, ale już z niego zrobiły media szatana.
- A jest satanistą?
- Nie jest satanistą. Satanista musi wierzyć w Szatana, musi wierzyć w Boga. Musi… To jest pewna religijna postawa, on się od tego odżegnuje rękami i nogami… [nie jest? ] Satanistą… przyjął taką grę… rzeczywiście szerzy nienawiść w tych swoich programach… Nie on jeden… Natomiast w tej telewizji, zatrudniony szczęśliwie czy nieszczęśliwie, występuje w zupełnie innej roli. W umowie zastrzeżono, żeby tematów religijnych nie poruszał. Zachowuje się kulturalnie i delikatnie. Jeżeli czymś zaszokował to tym właśnie, że nie szokuje niczym…
Koniec zapisu rozmowy z x Bonieckim na stronie TVN24
(wpis od Grzegorza)
UWAGI W/S WYPOWIEDZI X BONIECKIEGO I LISTU BPA MERINGA
Cz.1
Przytoczyłem literalnie słowa księdza, ponieważ to one dają podstawę do oceny stosowności reakcji – x Bonieckiego na Nergala i bpa Meringa na słowa x Bonieckiego, oraz - w tym konteście - oceny reakcji Miszy na sprawę Nergala wyrażonej w jego Tezach.
Przed przystąpieniem do rozważania słów x Bonieckiego w TVN24 dobrze jest jeszcze raz przeczytać umieszczone wcześniej na tym forum teksty Nergala. Po prostu żeby wiedzieć o czym ksiądz mówi (przyznaję, że nie jestem pewien czy wie to sam ksiądz). Dopiero wtedy można pokusić się o ocenę stosowności jego słów. Dla ścisłości: analizuję tu wyłącznie przytoczony wyżej fragment (bo tylko nim dysponuję); należy także zauważyć, że w późniejszym liście do bpa Meringa (przytoczonym na tym forum pod datą 10 października) prezentuje chyba nieco inne zdanie.
Oto co x Boniecki mówi o Nergalu:
„rzeczywiście szerzy nienawiść w tych swoich programach… Nie on jeden”, - najwyraźniej dla księdza Nergal nie wyróżnia się niczym szczególnym wśród polskich nienawistników, i nie zasługuje na jakieś szczególne napiętnowanie, czy trzymanie w gettcie tolerowanego w imię zasad wolności marginesu. Trzeba go raczej bronić (już z niego zrobiły media szatana) tłumacząc jego prawdziwe, jak rozumiem znane księdzu, intencji w oparciu o przekonanie, że Nergal „nie jest satanistą. … Przyjął taką grę” a nie jest nim, bo żeby nim być „musi wierzyć w Szatana, [a zatem i ] w Boga.”
Jestem skłonny zgodzić się z księdzem, że przyjął taką grę. Skąd jednak ksiądz wie jaką? Skąd ksiądz wie, że Nergal nie wierzy w Boga i Szatana? Z samej tylko jego deklaracji (link w pierwszej tezie Miszy) nie da się tego wywieść. Dowiadujemy się z niej jedynie, że „chrześcijaństwo to nic innego, jak zardzewiała i archaiczna budowla, która lada moment zwyczajnie się zawali”. Nie jestem biegły w demonologii, ale taka jest chyba teza Szatana i cel jego zabiegów. Nergal po prostu głosi przesłanie Szatana, nic jednak nie mówiąc o braku wiary w Boga i Szatana. Inna rzecz, że gdyby to deklarował pozostawałoby zawsze pytanie o jego wiarygodność, mówiąc potocznie, pytanie o to, w co gra. I tu warto przytoczyć przypomnianą przez An tezę, że „największym osiągnięciem szatana, jest sprawić byśmy go nie dostrzegali”.
Być może ksiądz Boniecki posiada pogłębioną wiedzę o Nergalu, w odróżnieniu od mojej powierzchownej, jednak nie dzieli się nią. Jeśli zaś bazuje na tym samym materiale co my tutaj, to ośmielę się twierdzić, że nie czyta uważnie tego, co jest napisane, (badania okulistyczne?) i wyciąga mylne wnioski, nie wspominając o bardzo ryzykownej ufności w słowa człowieka, który przynajmniej werbalnie czci „Ojca Kłamstwa”.
(Grzegorz) CDN
UWAGI W/S WYPOWIEDZI X BONIECKIEGO I LISTU BPA MERINGA
Cz 2.
Czy ksiądz Boniecki nie uprawia retorycznego pustosłowia pisząc, że „media zrobiły z niego [Nergala] Szatana”? Nie wiem jakie media ksiądz ma na myśli, domyślam się, że chodzi o prawicowe, ale przecież w samej deklaracji jest wzmianka o modlitwach za ciężko chorego Nergala zainicjowanych na forum fronda.pl, które miały miejsce jeszcze przed całą awanturą. Potraktowano go zatem jako człowieka zwiedzionego przez Szatana, a nie jako samego Szatana. Dla mnie również jest oczywiste, że Nergal jest człowiekiem, jednak moja wiara zakłada, że zarówno że Szatan jak i Bóg na tym świecie działają najczęściej przez ludzi. Zaś bardzo wiele tego działania odbywa się poprzez słowa – głoszenie różnych przekazów, czy jak się teraz modnie określa, narracji. Nergal głosi słowo i narrację Szatana i w mojej opinii jest to groźne. Groźny jest również, jak sam piszesz w drugiej swojej tezie „fakt istnienia społecznego przyzwolenia” na to. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że x Boniecki bagatelizując sprawę Nergala przykłada rękę do tego przyzwolenia.
Uwaga do Miszy: pisałeś o przyzwoleniu „na medialne wybryki w rodzaju wspomnianego już niszczenia Biblii”. Samymi tekstami Nergala, które Ci przysłałem wydałeś się zaskoczony. (Może ta wiedza powinna Cię skłonić do zweryfikowania swoich tez, przynajmniej przesunięcia akcentów?) Cały czas zastanawiam się, czy x Boniecki wiedział o Nergalu to co czytelnicy tego forum, tzn czy znał np. jego teksty?
Wnosząc z opublikowanej w TVN24 wypowiedzi, Nergal był dla x Bonieckiego postacią jakich wiele, której przesadnie nadano znaczenie, jego przesłanie, czy to śpiewane na koncertach do tysięcy fanów, czy ogłoszone w Internecie należy zestawić z faktem, że w telewizji publicznej „zachowuje się kulturalnie i delikatnie”. Zresztą, sprawę załatwia kontrakt, który nie pozwala mu poruszać tematów religijnych.
Niestety dla x Bonieckiego większym przedmiotem troski jest fakt, że sprawa Nergala może spowodować zmiany w dyrekcji TVP. Jak mówi, ma „… nieodparte poczucie że tu jest jakaś gra, także wyborcza, że chodzi tutaj o to, żeby przejąć telewizję, żeby powiedzieć: ‘trzeba zmienić dyrekcję tego’, gdzie się na wszelki sposób usiłuje wrobić w to pana Juliusza Brauna”
Niestety, u mnie ta wypowiedź pozostawiła nieodparte poczucie, że dla x Bonieckiego ważniejszy jest stołek prezesa Brauna niż satanistyczny przekaz głoszony tysiącom na koncertach wprost, a milionom w telewizji w zawoalowany sposób: „Patrzcie – satanista, a jaki kulturalny i delikatny. Tylko ci czarni (moherowi, nie ci otwarci) i te prawicowe oszołomy się go czepiają.”
(Grzegorz) CDN
UWAGI W/S WYPOWIEDZI X BONIECKIEGO I LISTU BPA MERINGA
Cz 3.
Ponieważ x Boniecki najwyraźniej nie dostrzegał tego dwoistego satanistycznego przekazu, bp Mering go upomniał: „proszę sobie zafundować badania okulistyczne”. Bp Mering napisał ostro i bez ogródek, ponieważ x Boniecki jako ksiądz „intelektualista” powinien jaśniej dostrzegać takie rzeczy. Jednak być może stało się tak jak mówi cytat przywołany przez An o zakryciu „rzeczy przed mądrymi i roztropnymi”. Ja bym dodał, że intelektualiści stawiający się w roli autorytetów moralnych wielokrotnie dawali i wciąż dają plamę (intelektualną i moralną), ale to już inna historia.
W odpowiedzi do bpa Meringa x Boniecki już nieco się zreflektował, jednak choć uznał zasadność protestu bpa Meringa przeciw pojawieniu się Nergala w TVP, dalej rozmydlał sprawą pisząc m.in.:
- o prawdziwej bądź nie wierze w Szatana jako prowokacji i błędnym uleganiu tejże prowokacji (ciekawe, co mamy uznać za błędne jej uleganie, skoro np. protest biskupa okazał się zdaniem x B. uzasadniony? Może zwolnienie Prezesa TVP?)
- o tym, że „przeciwko szerzeniu nienawiści powinni wspólnie protestować chrześcijanie, żydzi i muzułmanie”. Co to właściwie miało znaczyć? Że samym chrześcijanom, bez porozumienia z innymi to już nie wolno? Trzeba powołać radę chrześcijan, żydów i muzułmanów namaszczoną przez nadredaktora (którego nazwiska nie wolno wymawiać) i dopiero wtedy protesty będą stosowne i dozwolone?
W tym wszystkim nie zauważyłem, by x Boniecki uznał jakiekolwiek uchybienie po swojej stronie. Co zatem sądzicie, Miszo i panie Ignacy, który z poniższych sądów jest Waszym?
A. x Boniecki nieroztropnie zbagatelizował sprawę Nergala.
B. Tym samym dał powody do upomnienia go / zdecydowanej polemiki.
C. Wypowiedź x Bonieckiego była roztropna i adekwatna do sprawy którą oceniał
D. Nie było powodów do upominania/publicznej polemiki
Jeśli o mnie chodzi to obstaję przy zdaniach A + B.
Pozdrawiam
Grzegorz
P.S.
A propos uwagi x Bonieckiego „Ja nieodparcie widzę w tym jakąś operację przedwyborczą”.
Czy tego chcemy czy nie chcemy to politycy w taki czy inny sposób decydują o kształcie i personaliach telewizji publicznej. Wybory to czas realnego oceniania polityków i ich działań. Co złego miałoby być w tym, że tego typu decyzje personalne byłyby przedmiotem oceny wyborców? Osobiście uważam to za oczywiste i naturalne.
Uwaga księdza jest charakterystyczna dla wielu fałszywych demokratów: czcijmy demokrację, ale tylko wtedy gdy jest to dla nas wygodne. Tu akurat mówi to ksiądz, ale to często powtarzany „argument” na niewygodne zarzuty (to taki drobny kamyczek w/s hipokryzji po różnych stronach barykady).
Koniec UWAG...
Panie Grzegorzu,
na dłuższą odpowiedź teraz nie starcza mi czasu, zatem na szybko dwie sprawy:
1. Żałuję, że nie odniósł się Pan do moich uwag na temat księdza Lemańskiego. Bo to do jego stanowiska w całej tej listownej przepychance jest mi najbliżej. I, co powtórzę, uważam, że jego uwagi były bardzo na temat.
2. Cytaty z Nergala z jego niedawnego wywiadu w Newsweeku (a więc dla równowagi nie z jego tekstów):
"Tu nie o szatana chodzi. On jest tylko metaforą i – jak widać niezwykle potężnym – ale tylko symbolem".
"Ludzie pozbawieni dystansu nie rozumieją, że cała walka szatana z Bogiem toczy się na gruncie czysto metaforycznym, żeby nie powiedzieć literackim."
"mówimy o postaciach, które zostały po prostu opisane w książce"
"Gdyby podstawą naszej cywilizacji stała się książka, w której głównymi antagonistami byliby Kubuś Puchatek i Konrad Wallenrod, to o nich bym mówił i pisał."
"Jednak kiedy ktoś mówi o mnie „satanista”, to ja na to, że kieruję się zdrowym rozsądkiem, a nie zabobonami."
"Nie zwalam niczego na siłę wyższą, na coś, czego nie mogę dotknąć, nie mogę zobaczyć, a co ponoć jest."
Nie wiem, co więcej miałby powiedzieć, by wyrazić, że nie wierzy w Boga i Szatana. Oczywiście, możemy poddawać w wątpliwość prawdziwość jego deklaracji. Tylko w tym momencie dochodzimy do paranoi, która pozwoli nam równie dobrze negować swoje wypowiedzi nawzajem.
Pozdrawiam i zbieram się do dłuższej odpowiedzi, również na zadanie wprost pytania,
I.
"Dziś właśnie rozmawialiśmy z Cyrylem o polskich liberałach (w duchu Szczuki czy Pacewicza), którzy - zamiast podejmować poważny dialog z otwartymi chrześcijanami (np. spod znaku KIK-u), formułują swoje poglądy w sposób, który wyklucza zrozumienie racji "drugiej strony". Tak samo dokładnie postępuje np. Tomasz Terlikowski."
no właśnie, to jest przykład na to że postawa otwarta nie jest kluczem do sukcesu w dyskusji. tzn może jest godna podziwu bo cechuje sie cierpliwością i szacunkiem... ale często też rozmywaniem własnych poglądów itp. to właśnie zrobiłeś Miszo. po tym jak Cię 'poniosło', przywołałeś się do porządku, rozmywając swoje zdanie. moze i słusznie je skorygowałeś ale miałam wrażenie że robisz to dla zasady. może jednak pierwsza reakcja jest prawdziwa? ale to tak na marginesie dyskusji ;)
jeśli chodzi o główny temat to jestem trochę skołowana, nie wiem na co mam teraz odpowiadać więc muszę jeszcze postudiować wasze teksty:)
Ola
Olu,
zdefiniuj, proszę, "sukces w dyskusji". Czy dobrze rozumiem, że szacunkiem darzysz przede wszystkim tych dyskutantów, którzy formułują swoje poglądy ostro i skrajnie, a za słabość uznajesz odstępowanie od pierwotnych stanowisk? Trochę to bitewne podejście do spotkania człowieka z człowiekiem, do celów i metod tego spotkania... wspierając Cię w dyskusji zakładałem, że chcesz by zmienił zdanie pod Twoim wpływem, uznając Twoją perspektywę za wzbogacającą ogląd złożonej rzeczywistości. Mam nadzieję, że nie czułabyś się lepiej, gdyby trwał głupio w okopie intelektualnym? Że nie prowadzisz tej rozmowy tylko po to, żeby poczuć się moralnie doskonalsza? Że nie zależy Ci przede wszystkim na potwierdzeniu tej wizji świata, w którym Twoi oponenci - jak może sugerować to pierwszy post - są:
1) bełkotliwi
2) pozbawieni honoru
3) niekonsekwentni
w przeciwieństwie do Ciebie, która wyższymi celami usprawiedliwia
1) Wulgaryzmy
2) koalicję z Samoobroną
3) akces do Ciemnogrodu
Żeby była jasność: polityka publicznych wystąpień władz Klubu budziła i moje wątpliwości, ale na Sądzie Ostatecznym każdy z nas indywidualnie będzie odpowiadał za swoje wybory, a polityczne taktyki światopoglądowych konfratrów, tak jak i przeciwników, nie zwalniają nas z odpowiedzialności za nasze czyny i słowa.
Pozdrawiam
An
@An: chodziło mi właściwie tylko o to żeby nie ubóstwiać umiarkowania. jeśli ktoś ma skrajne poglądy, to niech je wyraża. Misza raz się przyznała do czegoś bardziej radykalnego i przestraszył się tego więc szybko się zreflektował. chciałabym się zmierzyć z jego prawdziwymi poglądami a nie ich ocenzurowaną wersją (?)
na szczeście dobrze Pan zakładał:
"wspierając Cię w dyskusji zakładałem, że chcesz by zmienił zdanie pod Twoim wpływem, uznając Twoją perspektywę za wzbogacającą ogląd złożonej rzeczywistości. Mam nadzieję, że nie czułabyś się lepiej, gdyby trwał głupio w okopie intelektualnym? Że nie prowadzisz tej rozmowy tylko po to, żeby poczuć się moralnie doskonalsza?"
może tylko nie wyraziłam się dostatecznie jasno. więc moja definicja sukcesu w dyskusji jest taka żeby przekonać przeciwnika do swoich racji. w tym przypadku chciałam zwrócic uwagę że otwarta postawa wobec 'liberałów' typu Szczuka, nic nie daje. czasem tylko ci liberałowie ugłaszczą tę część Kościoła za to, że są tacy wyrozumiali itp itd. ale tego nie uważam za sukces w dyskusji.
Ola
hehe...
znalazłem dobry cytat:
"Kardynalna cnota umiarkowania bardzo przylega do tajemnicy Bożej miłości, którą określa się także jako miłość miłosierna. Postawa Chrystusa to działanie pełne dyskrecji, delikatności, pełne umiaru. Mistrz z Nazaretu uczy nas subtelności w życiu i postępowaniu. Cnota umiarkowania ma swoje ogromne bogactwo również w życiorysach świętych. Gdy cała nasza natura chce się ukazać w swojej sile i w pewnej wyczynowości, gdy imponują nam ludzie silni, a czasy, w których żyjemy, są czasami kultu ciała, młodości i siły – święci pokazują nam umiar jako lepszą drogę. Przestrzegają, by w swoich dążeniach nie przekroczyć pewnej granicy, poza którą nie ma już dobra i normalności.
Jakże często ludzie zapędzają się zbyt daleko w pogoni np. za pieniędzmi, przekraczając przy tym granice przyzwoitości i uczciwości. Bo ktoś rzuca hasło, że aby mieć osiągnięcia finansowe, trzeba pierwszy milion ukraść, a potem to już pieniądze popłyną szeroką rzeką. Zachwiana jest moralność, zlekceważone są Boże przykazania, porzucona cnota umiaru. I niestety, nie przynosi to tak oczekiwanego szczęścia i pokoju. Albo popatrzmy na współczesny sport: tak piękna dziedzina, która łączy się z rozwijaniem sprawności fizycznej oraz wyrabianiem takich cech charakteru, jak wytrwałość, lojalność, trzymanie się pewnych zasad, staje się miejscem szczególnych działań korupcyjnych i przyczynia się do wyniszczania zdrowia zawodników, którzy dążą do osiągnięcia lepszych wyników przez przetrenowanie, niezdrową dietę, stosowanie dopingu itd. Granice umiaru są w każdej dziedzinie życia.
... cdn.
Cnota umiaru to także powściągliwość. Zakłada ona panowanie nad swoimi popędami, mając na uwadze dobro nie tylko swoje, ale i innych ludzi. Niemożliwe jest stosowanie tej cnoty bez jakiejkolwiek refleksji nad danym zachowaniem, nad daną sytuacją. Trzeba baczniej przyglądać się życiu i uzyskiwać wewnętrzną wiedzę, która potrzebna jest zarówno w sferze poznania, jak i woli.
Cnota umiaru potrzebna jest zarówno tym, którzy rządzą, jak i tym, którzy są rządzeni. Ludziom na stanowiskach cnota ta pozwala zachowywać się kulturalnie, delikatnie i dyskretnie, z przychylnym nastawieniem do człowieka, dla którego zostali na danym stanowisku postawieni. Często bowiem wydaje się im, że władza upoważnia ich do zmiany porządku świata. Bardzo potrzebna jest więc pewna doza pokory, która przypominałaby, że żaden człowiek nie jest aż tak wielki i mocny, jak mu się czasem wydaje.
Cnota umiaru broni nas przed niesprawiedliwym osądem, przed skrzywdzeniem kogokolwiek. Wyraża się w skromności i prostocie, w pokorze przede wszystkim wobec Boga jako Stwórcy i Pana świata, ale także wobec innych ludzi, którzy mają takie same prawa jak my. Zachowywanie jej sprawia, że ludziom żyje się dobrze, że się szanują.
Cnota umiaru jest cnotą wspomagającą ludzkie życie. Dobrze jest, gdy człowiek umie ją w sobie wypracowywać. Nie byłoby wtedy ludzkiej krzywdy, złych słów, posądzeń, niezdrowej konkurencji, nieprzyzwoitości, cynizmu. Bo trzeba wiedzieć, że zachowywanie cnót kardynalnych łączy się ze szczególną łaską od Boga – jest przez Niego niejako podnoszone – i kształtuje piękny charakter, dając człowiekowi poczucie szczęścia.
Dlatego z zachowywania w życiu cnót kardynalnych – a szczególnie z cnoty umiaru – powinno się czynić codzienny rachunek sumienia. Chodzi o to, by nie przekraczać umiaru w życiowych ocenach, w relacjach z ludźmi, ale także w wydatkach, w planowaniu rzeczywistości.
Każdy nasz czyn winien być również naznaczony łagodnością. Pan Jezus, niewinnie cierpiąc na krzyżu, uczył nas tego. Także w swoim głoszeniu Ewangelii zawsze uczył łagodności i pokory, będącej wyrazem miłości do Boga, który jest Panem całego stworzenia. Uczył przeżywania faktu, który nosi nazwę: synostwo Boże. Przypominał – i stale to czyni – prawdę o Ojcu, jednocześnie stwierdzając: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30).
Dlatego Chrystusowy krzyż jest nam tak drogi. Patrząc nań, nie możemy myśleć nic złego, pałać nienawiścią czy żądzą odwetu. Przeciwnie – krzyż Jezusa Chrystusa przypomina, że wszyscy jesteśmy dziećmi Ojca Niebieskiego i do całego Bożego dzieła powinniśmy podchodzić z niezwykłą subtelnością i pokorą, ze świadomością, że we wszystkich naszych działaniach trzeba zachowywać umiar."
Że jakoś tak liberalnie, podejrzanie brzmi? Nie to nie "Tygodnik Powszechny"! To ks. Skubiś z "Niedzieli" :)
Serdecznie pozdrawiam
An
[I] Podejmuję niełatwą próbę podsumowania całej tej dyskusji ze swojej strony. W ostatnich tygodniach spotkałem się – czego nie widać na forum – z zarzutami z dwóch stron. Dwóch, ponieważ obok zarzutów Oli i Grzegorza, w „realu” wytknięto mi też przykładanie ręki do medialnej nagonki na Nergala, który od dłuższego już czasu nie komentuje epizodu z niszczeniem Biblii, jak ognia unikając określania się jako „satanisty”. Zarzut ten sformułowała osoba, która włożyła wiele trudu w dotarcie i przejrzenie licznych materiałów prasowych z ostatnich miesięcy i lat. Zwracała ona uwagę na jednorazowy charakter czynu Nergala, na niekomercyjny charakter owego koncertu (media dowiedziały się później i przez przypadek), na milczące dystansowanie się wykonawcy do swojego postępku, na jego późniejsze wypowiedzi o chrześcijaństwie (po wyjściu ze szpitala Nergal deklarował, że choć kompletnie w Boga nie wierzy, to czytał Biblię i niektóre fragmenty dały mu sporo do myślenia). Osoba ta była skłonna interpretować incydent z niszczeniem Biblii w kategoriach głupoty i bezmyślności, nie zaś zamierzonej prowokacji czy wręcz szerzenia nienawiści. Nie chciałbym rozwijać w niniejszej wypowiedzi tego wątku dyskusji, ponieważ z pewnością będą go kontynuował tam, gdzie go podjąłem – w „realu”.
Żeby była jasność, nie zgadzam się z przedstawioną wyżej argumentacją, choć daje mi ona do myślenia. Uważam, że problem Nergala nie jest tylko problemem jego intencji, ale też problemem polskiej przestrzeni publicznej, w której za jego przyczyną wydarzyła się rzecz niebezpieczna. Nic nie stoi na przeszkodzie temu, by Nergal poniósł konsekwencje za swoją „głupotę i bezmyślność”. Chociażby dlatego, że nie odciął się w wyraźny sposób od wydarzenia z przeszłości, które – ujawione przez media – głęboko dotknęło wielu polskich chrześcijan. Pozostaje też kwestia przytoczonych przez Grzegorza tekstów, które – nawet jeśli wpisują się w estetykę death-metalową – przekraczają w moim odczuciu granice sztuki zaangażowanej (piszę to z pewną ironią). Można racjonalnie oczekiwać, że kogoś, kto głosił kiedyś treści nienawistne, a następnie się od nich nie odciął, nie będzie się opłacać z finansów publicznych. Wydaje się, że zrozumiał to prezes Juliusz Braun, który oświadczył: „Prowokacyjne zachowanie, wykazujące brak poszanowania nie tylko dla przekonań religijnych, ale także dla choroby i kalectwa, uważam za niedopuszczalne”. „Juliusz Braun przyznał, że obecność Nergala w The Voice of Poland mogła zaniepokoić część opinii publicznej. Prezes TVP przyznał, że rozumie protesty środowisk chrześcijańskich przeciw udziałowi artysty w programie”. Może zrobił to za późno, może spora część winy leży po jego stronie. Tak czy inaczej, na pierwszym miejscu odpowiadamy sami za siebie i za nasze reakcje. Nie zgadzam się z tłumaczeniem nadużyć, jakich w sprawie Nergala dopuścili się chrześcijanie (wśród nich biskupi i publicyści), wskazywaniem na winę Juliusza Brauna. Nie jest tak, że w obronie słusznej sprawy wszystko wolno.
[II] 1. Skuteczność
W toku dyskusji Grzegorz napisał:
Chcesz forsować tezę, że zarząd TV wycofał się z kontraktu z Nergalem sam z siebie? Jesteś pewien, że protesty nie miały na to ŻADNEGO wpływu? Cały przebieg wydarzeń wskazuje raczej na to że było wręcz przeciwnie. Ergo: protesty były skuteczne, a więc potrzebne (zatem z definicji roztropne).
Odpowiadałem:
Niebezpieczeństwo „Nergalowe” zostało oddalone, jednak czy doprowadziliśmy do jakiegoś stabilnego rezultatu? […] „Wojna o Nergala” nie jest zamkniętą całością, lecz fragmentem ogromnie złożonej sytuacji Kościoła w demokratycznym państwie. Kto zresztą wie, czy na najbliższy koncert Nergala, połączony [dajmy na to] z kolejnym antychrześcijańskim widowiskiem, nie przyjdzie – dzięki reklamie, którą żeśmy mu zrobili – dwa albo trzy razy więcej ludzi.
Grzegorz ripostował:
Czy naprawdę wierzysz jak będziemy siedzieć cicho jak mysz pod miotłą, to wojujący ateiści zaprzestaną swojej ofensywy? Jeśli tak sądzisz to myślę, że się mylisz, będą po prostu czuli się pewniej.
Myślę, że w tym kontekście warto powołać się na inne spośród ostatnich wydarzeń medialnych: protest internautów przeciwko promowaniu przez salony Empik Dużej książki o aborcji Kazimiery Szczuki i Katarzyny Bratkowskiej i przeciwko stawianiu jej na półce z lekturami młodzieżowymi. Empik uległ i przeniósł książkę do innego działu. Efekt: wielki wzrost sprzedaży, zainteresowanie ze strony Palikota i mediów.
Podobnej doraźnej tylko skuteczności obawiałem się i obawiam w przypadku wszelkich innych „zwycięstw” Kościoła, polegających na wymuszeniu czegoś. Czy wymuszamy wyrzucenie Nergala z telewizji, czy obecność krzyża w przestrzeni publicznej, czy cenzurowanie publikacji proaborcyjnych – odnosimy – w moim przekonaniu – „zwycięstwo” tylko chwilowe, ponieważ nie wpływamy na stan społecznej świadomości, a rozjuszamy tych, których Ola i Grzegorz są skłonni nazywać „wrogami chrześcijaństwa”. Odsuwamy jedynie zagrożenie, które wróci, i to wróci w wersji bardziej jeszcze agresywnej i bezmyślnej. Żeby było jasne: nie chcę ani Nergala w telewizji, ani usunięcia symboli religijnych ze szkół i urzędów, ani promowania dogmatycznego spojrzenia na problem aborcji, jakie proponują panie Bratkowska i Szczuka. Ale jeśli nie przyjmiemy do wiadomości, że dzisiejszym gwałtownym sprzeciwem szykujemy sobie jutrzejszy rozdział państwa i Kościoła oparty na modelu francuskim, to obawiam się, że do takiego właśnie rozdziału dojdzie. Potrzebna jest roztropność, minimalizowanie strat. Potrzebne jest zrozumienie logiki liberalnego społeczeństwa, nawet jeśli duża część z nas – chrześcijan – się z tą logiką nie zgadza.
Potrzebne jest wreszcie argumentowanie z pozycji liberalnych przeciwko pomysłom sprzecznym… z samym liberalizmem. W moim przekonaniu można protestować przeciwko angażowi Nergala do telewizji publicznej czy zdejmowaniu krzyży, posługując się językiem pluralistycznego liberalizmu – i to właśnie próbuję robić. Głoszenie treści nienawistnych, pomiatanie wartościami i sterylizowanie przestrzeni publicznej jest w moim przekonaniu nie tylko niechrześcijańskie, ale i nieliberalne. Stanowisku „libertynów” można przeciwstawić stanowisko racjonalnie uargumentowane, a nie tylko krzyki świętego oburzenia czy anatemy. A przecież w krwioobiegu społeczeństw Zachodu wciąż nie brak treści chrześcijańskich (choć ludzie rzadko zdają sobie z tego sprawę). Dlaczego nie odwołujemy się do nich? Myślę, że jedną z przyczyn jest fakt, że znaczna część chrześcijan odrzuca cały świat (przeciwstawiony Kościołowi) jako królestwo szatana, w którym niczego dobrego nie można znaleźć. Nie muszę chyba dodawać, że moim zdaniem jest to wielki błąd. W tym miejscu warto jeszcze przywołać Marka Zająca, który w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” wskazywał na to, że w wielu polskich sporach światopoglądowych to chrześcijanie bronią zasad zdrowego rozsądku. Byłoby dobrze, gdyby w taki sposób to przedstawiali, a unikali tonu potępieńczego czy wręcz histerycznego.
[III] Grzegorz ma oczywiście rację, gdy pisze, że pewne formy zła wymagają duszenia ich w zarodku. Taką motywację należy chyba przypisać dzisiejszej „poprawności politycznej” (tak nielubianej przez niektórych chrześcijan), która doprowadziła dość skutecznie do wyeliminowania przejawów antysemityzmu z naszej przestrzeni publicznej. A jednak antysemityzm różni się czymś od – tu skrót myślowy – libertynizmu (tzn. doprowadzenia „wolności słowa” do takiej postaci, w staje się ona zasadą antyliberalną, tzn. niechroniącą jednostki przed agresją i upokorzeniem). Niestety, po doświadczeniu Zagłady antysemityzm jest przeciwnikiem łatwiejszym (przynajmniej do zdiagnozowania) od tego ostatniego. Antysemityzm stanowi zaprzeczenie tego, w co wierzą dziś społeczeństwa Zachodu (tak im się w każdym razie wydaje). Jest wystąpieniem przeciwko mniejszości, a mniejszości dziś przecież chronimy. Antysemityzm doprowadził w przeszłości do strasznych rzeczy, które wciąż chyba stanowią dla Europy traumę. Wielu dzisiejszym Europejczykom wydaje się, że zasada „wszystko wolno” leży na antypodach antysemityzmu, co jest oczywiście nieprawdą. Niemniej – tak im się właśnie wydaje. Dlatego trzeba przypominać im o tym, że liberalizm głosi nie tylko „wolność do”, ale i – na głębszym jeszcze poziomie – „wolność od”, którą można próbować porównywać (w bardzo niedoskonały sposób) z chrześcijańską miłością bliźniego. Nie uda nam się tego osiągnąć, jeśli sami będziemy zachowywali się w sposób naruszający tę zasadę. Jeśli będziemy używali opresyjnego języka, jeśli będziemy potępiać i załamywać ręce. W ten sposób tracimy tylko wpływ na sytuację, która i tak wymyka się spod naszej kontroli. Kościół przespał czas, w którym mógł jeszcze na głębokim poziomie inspirować cywilizację Zachodu. Zaniedbał dialog z tą cywilizacją, nawalał ją po głowie „hedonizmem” i „rozpasaniem seksualnym” tak długo, aż cywilizacja ta straciła ochotę, by go słuchać. Myślę, że od dłuższego już czasu my – chrześcijanie – próbujemy stosować się do Twojej, Grzegorzu, recepty, czyli „dusić zło w zarodku”, nazywać je po imieniu czy co tam jeszcze. Jedyną konsekwencją jest tracenie resztek wpływu na świat. Odzyskać ten wpływ można tylko na drodze dialogu i merytorycznej krytyki przy odwołaniu do wspólnych podstaw moralno-intelektualnych. Pokazywania, że przesłanie chrześcijańskie daje się wypowiedzieć w języku współczesnego człowieka. Że pewne rzeczy, które usprawiedliwia się dziś np. „wolnością słowa”, po prostu nie uchodzą w społeczeństwie otwartym, które jest dziś też naszym – chrześcijan – społeczeństwem.
Grzegorz napisał jedną bardzo ciekawą rzecz:
Myślę, że dawanie świadectwa w kwestii co jest złe a co dobre do takich [tj. dopuszczalnych] poczynań należy – także wtedy gdy zostanie to wyśmiane i nie będzie skuteczne. Przecież słowa Chrystusa też nie zawsze były skuteczne. „Zgorszenia muszą nadejść” – czy z tego powodu mamy przestać dawać świadectwo?
Cóż, to dobre pytanie. Wracając do postulatu An, bym zdał rachunek z tej dyskusji – uważam to zdanie za jeden z bardziej dających do myślenia komentarzy pod moim tekstem. Odpowiedzieć mogę kolejnymi pytaniami: Czy, w imię dawania świadectwa prawdzie, mamy zgodzić się na stopniową utratę wpływu na naszą rzeczywistość, co w dłuższej perspektywie może się skończyć jednym wielkim samobójstwem cywilizacji Zachodu? Czy słowa Chrystusa, nieskuteczne w danym momencie, nie okazały się skuteczne nieco później, dzięki Ewangelii? Na to ostatnie oczywiście można odpowiedzieć: „Skąd pewność, że nasz dzisiejszy bezradny sprzeciw nie okaże się płodny kiedyś, gdzieś?”. Takiej pewności oczywiście nie ma. Niemniej wydaje mi się, że trzeba uważać z porównywaniem naszego oddziaływania do oddziaływania Chrystusa. Trzeba być też ostrożnym ze zbyt łatwym usprawiedliwianiem naszych przeciwskutecznych działań ich możliwym w przyszłości oddziaływaniem. Może się bowiem okazać, że jeśli nie zmienimy tonu, nie czeka nas już żadna przyszłość. Wolno też przypuszczać, że Chrystus miał lepszy od naszego przegląd przyszłości. Bądźmy więc ostrożni.
[IV] 2. Postawa otwarta
Jeśli chodzi o zalety i mankamenty postawy otwartej, to są, jakie są. Przyznam, że wolę wyjść na naiwniaka niż zachowywać nieufność dla zasady. Wolę używać języka, w którym słowa „wróg”, „wojna” czy „cynizm” są zachowywane wyłącznie na specjalne okazje. Tymczasem to w nich opisują rzeczywistość zarówno zamknięci na dyskusję katolicy, jak i niechętni jej nie-katolicy. Nie uważam Kazimiery Szczuki za wymarzonego partnera do dialogu, podobnie zresztą jak Tomasza Terlikowskiego. Jeżeli częściej występuję przeciwko temu ostatniemu, to tylko dlatego, że jest on chrześcijaninem i że to z nim spieram się o kształt chrześcijańskiego przesłania. Za niego – w pewnym sensie – bardziej odpowiadam. Stąd z pewnością zdarza mi się przesadzić z krytyczną oceną środowisk konserwatywnych katolików, a zarazem zdarza mi się nie docenić skali niebezpieczeństwa reprezentowanego przez ludzi nienależących, przynajmniej formalnie, do mojego Kościoła. Znów jednak – wolę wpaść w tę skrajność, niż w skrajność drugą, w którą wpadł w moim przekonaniu Grzegorz, gdy w surrealistyczny sposób usprawiedliwiał „erystyczne nadużycia” biskupa Meringa. Bez bicia przyznaję, że – jak zauważył An – mi względem biskupa zabrakło życzliwości. Tak więc jeśli już nie potrafię ustrzelić w złoty środek, wolę być bardziej krytyczny wobec „swoich” niż wobec „obcych”. Nie dlatego, że sprawia mi to przyjemność, ale dlatego, że sądzę, iż my – chrześcijanie – powinniśmy stawiać sobie w punkcie wyjścia wyższe wymagania. Nie wolno nam w dyskusji pozwalać sobie na tyle samo, na ile pozwalają sobie agresywni oponenci. To kwestia naszego moralnego obowiązku, ale i świadectwa. Swoje zdanie w kwestii szczegółów listu bpa Meringa już przedstawiłem i nie będę do tego wracał.
Ola:
Moja definicja sukcesu w dyskusji jest taka, żeby przekonać przeciwnika do swoich racji. W tym przypadku chciałam zwrócić uwagę, że otwarta postawa wobec „liberałów” typu Szczuka, nic nie daje. Czasem tylko ci liberałowie ugłaszczą tę część Kościoła za to, że są tacy wyrozumiali itp., itd. ale tego nie uważam za sukces w dyskusji.
Przyznam, że nie rozumiem. Postawa otwarta jest nie tylko „strategią”, którą – jak sądzę – warto przyjąć ze względu na skuteczność naszego oddziaływania na świat. Jej przyjęcie jest także – tak ją widzę – wymogiem moralnym. W dialogu katolików z „innymi” – czy pod „innych” podstawimy przedstawicieli innych wyznań, religii, czy postaw światopoglądowych – nie chodzi na pierwszym miejscu o przekonanie kogoś do czegoś. Jeśliby tak było, to dialog międzyreligijny byłby dla każdej ze stron tylko przykrywką dla prozelityzmu. A tak nie jest. Dialog ze „światem” byłby tylko próbą przyciągnięcia świata do siebie, żeby przyszedł po prawdę, która jest u nas zdeponowana i którą możemy mu dać. By wejść w autentyczny dialog, niezbędna jest świadomość własnej niezupełności. Doświadczenie braku, głód czegoś, czego nie mam, a co posiada inny. W tym sensie dialog jest raczej wzajemnym poznawaniem się i obdarowywaniem, ale też poznawaniem siebie samego. Często jest tak, że samookreślenia dokonujemy dopiero w zetknięciu z innym. Tak więc Twoje twierdzenie, Olu, w myśl którego dyskusja z innymi służy tylko ich przekonaniu, jest dla mnie dziwne. A mówienie o „ugłaskiwaniu części Kościoła” przywołuje przed oczy obraz chrześcijanina-cwaniaka, który wie, że inni wciąż chcą go wykorzystywać. Może chcą, a może nie. Święty Paweł pisał o miłości chrześcijańskiej, która „wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję”. W tym sensie postawa dyskusji jest – moim zdaniem – nie tylko warunkiem skutecznego oddziaływania, lecz i moralnym wymogiem. Co nie znaczy, że powinniśmy stawać się tubą np. środowisk proaborcyjnych. Ale wsłuchiwać się w ich racje, nie tylko po to, by szykować kontrargumenty, ale też by zrozumieć – dlaczego nie?
[V] Wspomnę jeszcze o tym, co An napisał (zacytował) na naszym blogu pod tekstem Katolicyzm Fair Trade:
Gdy piszesz komentarz, lepiej jest zakładać dobre intencje innego komentującego, niż złe. To pomaga uniknąć agresji… i najczęściej jest znacznie bliższe prawdy.
Dla porównania fragment tekstu, który opublikowaliśmy z Cyrylem (o zgrozo) w „Gazecie Wyborczej”:
Ludzie nie są ani głupi, ani źli. Jeśli odrzucają Ewangelię, to dlatego, że nie przypuszczają, by mogła ona odpowiedzieć na dręczące ich pytania. Zadaniem Kościoła jest takie jej głoszenie, by każdy z nas mógł odnaleźć w niej inspirację do mierzenia się ze swoimi codziennymi problemami. Ewangelia stanowi bowiem punkt odniesienia nie tylko dla naszych nadziei ostatecznych, lecz także dla tych zupełnie doczesnych. Spróbujmy w to uwierzyć.
Ola:
Misza raz się przyznał do czegoś bardziej radykalnego i przestraszył się tego, więc szybko się zreflektował. Chciałabym się zmierzyć z jego prawdziwymi poglądami, a nie ich ocenzurowaną wersją.
Wydaje mi się, że nic w tym dziwnego. Wolę prowadzić dyskusję na piśmie, bo wtedy mniej się zapędzam i łatwiej przyznaję do błędu. Wolę też prowadzić dyskusję z partnerami takimi jak An, którzy argumentują w sposób ułatwiający przyznanie się do błędu. Twoją uwagę, że koryguję swoje poglądy dla zasady, uważam za dość nieprzyjemną. Jak przeglądam dotychczasową dyskusję, to dostrzegam brak mi takich korekt po Twojej stronie, choć oczywiście ich nie oczekuję. Myślę jednak, że w pierwszym swoim komentarzu przeceniłaś trochę swoje stanowisko i zdolność do jego obrony, a nie doceniłaś stanowiska „naszego” (mojego, Ignacego, „Kontaktu”), które – jak mi się wydaje – nie wygląda już teraz na aż takie głupie. Co nie znaczy oczywiście, że musisz się z nim zgodzić.
Jeżeli chodzi o mój udział w dyskusji, to przynajmniej na dłuższy czas będzie to tyle. Kłaniam się,
Misza
Korzystając z tego, jak wiele napisał Misza i jak w wielu aspektach się z nim zgadzam, proszę, by potraktować jego odpowiedź, jako i moją na zadane pytania, choć, co przyznaję z żalem, nie potrafiłbym jej tak ładnie i klarownie sformułować.
Kłaniam się,
Ignacy.
I ja szukałem stosownej pointy... :)
"25.
Mój drogi Piołunie
Prawdziwa trudność, jeśli chodzi o grupę ludzi, w której obraca się twój pacjent, polega na tym, że jest ona jedynie chrześcijańska. Naturalnie, wszyscy oni mają swe indywidualne zainteresowania, lecz istotną więzią, która ich łączy, jest chrześcijaństwo. W naszym interesie leży, aby ludzi, którzy stają się chrześcijanami, o ile w ogóle nimi się stają, utrzymywać w takim stanie ducha, który ja nazywam "chrześcijaństwo i...". Wiesz, o co chodzi, chrześcijaństwo i kryzys, chrześcijaństwo i nowa psychologia, chrześcijaństwo i nowy ład, chrześcijaństwo i leczenie wiarą, chrześcijaństwo i para¬psychologia, chrześcijaństwo i wegetarianizm, chrześcijaństwo i reforma pisowni. Jeśli już ludzie muszą być chrześcijanami, to niech przynajmniej będą chrześcijanami różniącymi się czymś. Postaraj się zastąpić samą wiarę jakimś modnym kierunkiem o chrześcijańskim zabarwieniu, wykorzystuj ich pogardę dla rzeczy "starych". Pogarda dla rzeczy "starych" jest jedną z najcenniejszych namiętności, jakie udało nam się wyhodować w sercu ludzkim - niewyczerpane źródło herezji religijnych, szalonych zamysłów, niewierności w małżeństwie i niestałości w przyjaźni. (...)
Użyteczność Modnych Prądów umysłowych polega na tym, że odrywają one ludzką uwagę od rzeczywistych niebezpieczeństw, które im grożą. Modną wrzawę każdego pokolenia skierowujemy przeciwko tym występkom, które mu najmniej zagrażają, a aprobatę jej skierowujemy na cnotę najbliższą temu występkowi, który usiłujemy najbardziej rozpowszechnić. Pojmujesz, zabawa polega na tym, by w wypadku powodzi wszyscy biegali z przyrządami do gaszenia pożaru, a w łodzi tłoczyli się po tej stronie, która już zanurza się w wodzie. W ten sposób czynimy modnym ostrzeganie ludzi przed niebezpieczeństwem entuzjazmu, w momencie gdy wszyscy stają się coraz bardziej przyziemni i obojętni. Sto lat później, kiedy faktycznie czynimy z nich byronistów upojonych emocjami, kierujemy ten modny krzyk pokolenia przeciwko niebezpieczeństwu czystego "rozumu'. Wieki okrutne ostrzegamy przed Sentymentalizmem; próżne i gnuśne przed Przyzwoitością; rozpustne przed Purytanizmem; gdy wszyscy staczają się ku niewolnictwu lub tyranii, wmawiamy, że Liberalizm jest najgroźniejszym niebezpieczeństwem...
Twój kochający stryj
Krętacz"
Boże, prosimy cię o prostotę i pokorę oraz o wolność od naszych "środowiskowych" naleciałości światopoglądowych, które czynią z nas tak podatnymi na kontuzje w życiu duchowym, tak skłonnymi do drugorzędnych dyskusji i podziałów, tak skupionymi na cudzych źdźbłach w oku, a nie belkach w oczach naszych...
Chwalimy wspólnie Twoje Święte Imię - całym sercem, całą duszą, całym umysłem i ze wszystkich sił!
An
Ja również chciałbym jakoś podsumować dyskusję, przedstawić swoje konkluzje i odnieść się do postawionych mi pytań, na które do tej pory nie odpowiedziałem. Trudno to zrobić krótko, a pojawiło się w niej tyle ważnych, żeby nie powiedzieć najwyższej wagi wątków, że po prostu nie można do nich się nie odnieść. Postaram się jednak to zrobić - w częściach. Pierwszy segment już wkrótce.
Grzegorz
to ja też sobie robię przerwę od odpowiadania i wstawię sobie wiersz:
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy
a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys
i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie
strzeź się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych
strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy
czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę
powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku
a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów
Bądź wierny Idź
------------------------------
Ola
W trakcie przygotowywania mnie odpowiedzi – podsumowania z mojej strony rozpętała się burza wokół x Bonieckiego. Zgodnie z planem zamieszczam jednak swoje uwagi – na razie w jednej kwestii „Wiary i niewiary w Boga i Szatana”. Wspomniana burza znajdzie odbicie na końcu tego tekstu. Mam nadzieję, że znajdę też czas by poruszyć inne tematy naszej dyskusji.
Grzegorz
WIARA I NIEWIARA W BOGA I SZATANA JAKO KRYTERIUM SZKODLIWOŚCI WEZWANIA SZATANA
Cz 1.
Jeżeli dobrze zrozumiałem zarówno ksiądz Boniecki jak i Panowie adwersarze uznajecie, że względna nieszkodliwość satanizmu Nergala wynika z faktu, że tak naprawdę nie wierzy on w Boga i Szatana. Cytuję:
[Misza:]
Nergal nie kieruje się logiką antychrześcijańską, lecz logiką massmediów…[czyli] ubóstwieniem tego, co dobrze się sprzedaje…W takich i tylko takich kategoriach warto interpretować słynny incydent z niszczeniem Biblii. Kto doszukuje się w nim działania „innych szatanów”, odwraca uwagę od rzeczywistego problemu.
Deklaracja Nergala… sytuuje go nie w szeregu satanistów, lecz w szeregu naiwnych antyklerykałów
[X Boniecki:]
Nie jest satanistą. Satanista musi wierzyć w Szatana, musi wierzyć w Boga. To jest pewna religijna postawa, on się od tego odżegnuje rękami i nogami… [nie jest? ] Satanistą… przyjął taką grę… rzeczywiście szerzy nienawiść w tych swoich programach… [TVN24, 17.09.2011]
[oraz:]
„…satanizm jest sprawą poważną, a oddanie się szatanowi zakłada wiarę w jego istnienie.
Używanie imienia szatana … przez ludzi deklarujących się jako niewierzący, jest prowokacją. Uleganie [jej] jest wodą na młyn prowokatorów i robieniem im reklamy. [odpowiedź x Bonieckiego biskupowi Meringowi]
[Nergal, w przytoczonych przez Ignacego cytatach, jako argument potwierdzający niewiarę Nergala w Szatana:]
„Tu nie o szatana chodzi. On jest tylko metaforą i … symbolem. […] Ludzie pozbawieni dystansu nie rozumieją, że cała walka szatana z Bogiem toczy się na gruncie czysto metaforycznym, żeby nie powiedzieć literackim. […] kiedy ktoś mówi o mnie „satanista”, to ja na to, że kieruję się zdrowym rozsądkiem, a nie zabobonami. […] Nie zwalam niczego na siłę wyższą, na coś, czego nie mogę dotknąć, nie mogę zobaczyć, a co ponoć jest.” [wywiad dla Newsweeka]
Grzegorz
CDN
WIARA I NIEWIARA
Cz. 2
Istotą wszystkich tych uwag jest przekonanie, że skoro Nergal nie wierzy w Szatana, to całe jego postępowanie jest jedynie niewartym uwagi przedstawieniem. Godne uwagi są jedynie „gesty obrażające symbole religijne” i „szerzenie nienawiści”.
Ważniejsze jednak jest nie to, czy w Szatana wierzy Nergal, ale to czy wierzymy w niego my, chrześcijanie i co z tej wiary wynika. Czy jeśli Nergal wzywa Szatana, to wezwanie mamy uznać za nieskuteczne, ponieważ on w niego nie wierzy?
Żeby wyraźniej pokazać przekaz Nergala wyselekcjonowałem i zestawiłem w spójną całość kilka wersów z jego tekstów przytoczonych wyżej na tym forum. Nie zmieniłem ani litery ani ducha jego słów, jedynie wydobyłem esencję usuwając zaciemniające ją „ozdobniki”. Oto więc owa esencja przesłania Nergala do Szatana i o Szatanie:
Tyś Panem
wznieś mnie! wznieś wysoko!
zaproś mnie na ucztę bogów
Zaprowadź mnie tam,
gdzie dzienne światło nigdy nie istniało
i ludzie żyli w mroku
Zaprowadź mnie tam,
gdzie się uwolnię
spod bożej tyranii...
I przybywa Lucyfer
Pradawny bóg wreszcie powraca
Przybywa z dźwiękiem tryumfu
Doprowadza nas do wiecznej rozkoszy
Słyszę jego głos
Objawienie naszych snów
Grzegorz
CDN
WIARA I NIEWIARA
Cz.3
Mamy wierzyć i przyjmijmy, że to prawda, że dla Nergala wezwanie Szatana i ogłoszenie jego przyjścia jest tylko poetycką metaforą, bo nie wierzy w takie gusła i jest przekonany, że jego słowa trafiają w próżnię. Jak jednak mają reagować na takie wezwania ludzie, którzy w Boga i Szatana wierzą? Jak mają reagować ci, którzy wierzą w siłę modlitwy do Boga, aniołów i świętych i nie chcieliby, by Szatan spełnił prośby Nergala i „przybył z dźwiękiem tryumfu”? Jeśli wierzymy w istnienie Boga i Szatana, to dlaczego mielibyśmy z góry założyć, że wezwania Nergala pozostaną bezskuteczne (a zatem niegroźne i nie warte uwagi)? Chodzi zatem o nasze przekonanie, naszą wiarę, czy wezwania Nergala trafiają w próżnię, czy nie, niezależnie od tego co sobie myśli o tym niewierzący Nergal.
Trudno przy tym nie zadać sobie pytania w co wierzy ksiądz Boniecki skoro modlitwa do Szatana by zstąpił na ziemię (zapewne powtarzana wiele razy, bo przy każdym wykonaniu pieśni Nergala) jest dla niego wyłącznie medialnym ekscesem i to niezbyt poważnym. Zdecydowanie mniej ważnym niż ewentualny zamach na stołek prezesa Brauna. Nie, żeby ksiądz nie miał prawa do takiej opinii - prostu wyciągam wnioski z jego słów próbując zrozumieć w co wierzy i co jest dla niego naprawdę ważne.
Mam nieodparte poczucie, że ci, którzy tak podkreślają brak u Nergala wiary w Szatana sami również nie bardzo w niego wierzą i dlatego przyzywanie Szatana i głoszenie jego przyjścia traktują wyłącznie jako metaforę niewartą kruszenia o nią kopii (Nie ma Szatana, piekło jest puste, etc). W ocenie postępowania Nergala liczą się dla nich przede wszystkim rzeczy które można określić jako rzeczy z tego świata pochodne wobec satanizmu: „szerzenie nienawiści”, „gesty obrażające symbole religijne”, „uwłaczanie kulturze społecznego współżycia”. Satanistyczny przekaz jest traktowany jedynie jako prowokacja, której nie należy ulegać, bo robi się reklamę prowokatorom. Niebezpieczeństwo duchowe nie istnieje bądź jest zupełnie pomijane.
Być może traktowanie Szatana jako bytu osobowego do którego można się zwrócić i doczekać odzewu jest dla podkreślających niewiarę Nergala formą wiary zbyt prostacką, wsteczną, w odróżnieniu od wiary wyrafinowanej, intelektualnej, postępowej i otwartej. Jednak traktowanie Szatana jako bytu raczej metaforycznego niż realnego i osobowego (choć oczywiście duchowego) implikuje analogiczne traktowanie Boga. Czy taka postawa nie oznacza wyjścia poza chrześcijańskie wyznanie wiary, a więc apostazję? Co robić kiedy taką postawę przyjmuje ksiądz, a do tego taki, który „ jest przewodnikiem dla bardzo wielu, również młodych, mozolnie poszukujących Boga w swoim życiu.” (jak napisali autorzy listu w/s x Bonieckiego
Grzegorz
CDN
WIARA I NIEWIARA
Cz.4
Nie czytuję x Bonieckiego, jednak z jego słów w sprawie Nergala można wnosić, że owym poszukującym nie pokazuje on osobowego Boga, który prowadzi nas przez życie mówiąc do nas przez jego wydarzenia oraz przez Pismo Święte, w którego rozumieniu pomaga nam Kościół, ale Boga metaforycznego – jakąś ogólnohumanistyczną ideę dobra, którą możemy kształtować zgodnie z własnym sumieniem. Rozumiem, że można mieć takie poglądy na Boga, ale to nie jest chrześcijaństwo, przynajmniej według znanych mi kryteriów.
Co więcej, bagatelizując nergalowskie wezwanie Szatana do przyjścia zdezawuował jedną z głównych misji Kościoła, który ma nas przed Szatanem chronić i ostrzegać. Nic dziwnego, że taka postawa księdza-zakonnika spotkała się z reakcją przełożonych – jak na przedstawiony wyżej wydźwięk słów x Bonieckiego – wcale nie tak ostrą. Nie znam się na prawie kanonicznym, ale ksiądz wykazujący nazbyt swobodny stosunek do kanonów wiary katolickiej i zagrożeń duchowych może się chyba liczyć z jakimiś konsekwencjami. Póki co polecono mu ograniczyć wystąpienia medialne do „Tygodnika Powszechnego”.
I oto w odpowiedzi na tę decyzję rzesza osób ze środowisk katolickich skupionych wokół KIKu, Więzi i Znaku zwróciła się do zakonnych przełożonych x Bonieckiego z apelem o zmianę decyzji. Co oznacza ta solidarność z x Bonieckim? Oczywiście mogę się jedynie domyślać, że sprawa Nergala miała udział w decyzji ojców Marianów. Czy jednak mam rozumieć, że autorzy listu uważają, że ksiądz lekko traktujący hymny wzywające Szatana do przyjścia nie zasługuje na zasługuje na żadne upomnienie, że odpowiedzialność za słowo o której piszą w liście go nie dotyczy?
Grzegorz
Koniec „Wiara i niewiara…”
Prześlij komentarz