Misza Tomaszewski
W polskim Kościele nie zwykło się aprobować podejmowania przez chrześcijanina – czy to świeckiego, czy duchownego – dyskusji z Magisterium. Próby takie skutkują zazwyczaj oskarżeniami o stawianie się poza wspólnotą wiernych, o niestosowne pouczanie wspierającego się na Tradycji Urzędu Nauczycielskiego, w skrajnym przypadku – o maskowanie pytaniami własnych niegodziwych intencji (dodajmy, że chodzi najpewniej o intencje natury seksualnej). Wystarczy przypomnieć sobie gromy, które spadały i wciąż spadają na głowy krytyków kościelnego nauczania dotyczącego antykoncepcji, sformułowanego przez Pawła VI w encyklice Humanae vitae i podtrzymanego przez Jana Pawła II w Evangelium vitae.
Okazuje się jednak, że o ile nie wypada polskiemu chrześcijaninowi krytykować 13 punktu Evangelium vitae, w którym rozprawia się papież z antykoncepcją, o tyle wolno mu swobodnie interpretować punkt 56, dotyczący moralnego zakresu stosowania kary śmierci. Taki przynajmniej sygnał nadał dziś w TVN24 przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Józef Michalik. Powiedział on: „W Katechizmie Kościoła Katolickiego jest powiedziane, że jeśli przestępca jest wielokrotny i nie ma innej możliwości, żeby ochronić inne życie, bo ciągle mu zagraża i państwo jest słabe czy sytuacja jest tego rodzaju, że inaczej się nie da, to – w bardzo wyjątkowych sytuacjach – nie byłoby przekroczeniem prawa Bożego podjęcie decyzji o pozbawieniu życia takiego człowieka”. To prawda, że Katechizm coś takiego właśnie głosi, wyraźnie jednak zastrzegając (za Evangelium vitae), iż „dzisiaj, biorąc pod uwagę możliwości, jakimi dysponuje państwo, aby skutecznie ukarać zbrodnię i unieszkodliwić tego, kto ją popełnił, nie odbierając mu ostatecznie możliwości skruchy, przypadki absolutnej konieczności usunięcia winowajcy są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale” (2267).
poniedziałek, 28 listopada 2011
Wywiad o Wenezueli z Simonem Aberto Consalvim
Rozmowa Pawła Zerki z Simonem Aberto Consalvim, opozycjonistą, redaktorem naczelnym najważniejszego wenezuelskiego dziennika El Nacional, dziennikarzem, historykiem i politykiem, dwukrotnym Ministrem Spraw Zagranicznych (1977-79 i 1985-88), a także Ambasadorem w Jugosławii, Stanach Zjednoczonych i przy ONZ w okresie, gdy Wenezuela była członkiem Rady Bezpieczeństwa.
Wenezuela to kraj pełen paradoksów. Nie wiadomo, czy jest bardziej demokracją, czy dyktaturą; czy jest bogata, czy biedna. Czy da się ją porównać do jakiegokolwiek innego kraju?Niektórzy pewnie uznają mnie za szaleńca, ale uważam, że Wenezuela pod wieloma względami przypomina Związek Radziecki. Gdy w latach siedemdziesiątych, w wyniku wojny Jom Kipur, nieoczekiwanie poszybowały ceny ropy naftowej na światowych rynkach, zarówno ZSRR, jak i Wenezuela, mogły sobie pozwolić na sfinansowanie dobrobytu i na nieograniczone wydatki publiczne. Jednak gdy w 1986 r. ceny ropy drastycznie spadły, rozpoczęła się dekadencja ZSRR, a demokracja wenezuelska popadła w kryzys. W 1991 r. Gorbaczow musiał powiedzieć swoim rodakom, że to koniec ZSRR. Dlaczego do tego doszło? Bo niskie ceny ropy nie pozwalały już Rosjanom importować żywności, a ZSRR uzależniony był od produktów importowanych.
Ta sama historia powtarza się w przypadku Wenezueli Hugo Chaveza, uzależnionej w 90% od żywności importowanej. Co prawda, ceny ropy są dzisiaj dużo wyższe niż w latach dziewięćdziesiątych, przekraczają 100 dolarów. Niemniej zobowiązania finansowe Wenezueli za granicą są tak olbrzymie, że gdyby nagle ceny ropy spadły, Wenezuela nie miałaby za co się wyżywić. Stałoby się z nią dokładnie to samo co z ZSRR. Mielibyśmy do czynienia z ogólnym upadkiem całego państwa. Na tym polega problem wielu państw naftowych, które uzależniają swoje funkcjonowanie od wpływów z eksportu ropy, nie dbając o pozostałe sektory gospodarki.
Niecierpliwość
Misza Tomaszewski
Będąc jeszcze, jak Pan Bóg przykazał, redaktorem naczelnym „Znaku”, nie zaś ministrem sprawiedliwości, w swojej pamiętnej książce Kościół w czasach wolności napisał Jarosław Gowin:
Przypuszczać można, że omawiana tu formacja [„katolicy protestu”] nie odegra poważniejszej roli w kształtowaniu przyszłego oblicza polskiego katolicyzmu. Poddani gwałtownej, nierzadko niesprawiedliwej krytyce ze strony środowisk nastawionych tradycyjnie czy integrystycznych, „katoliccy dysydenci” odsuwać się będą na obrzeża Kościoła bądź wręcz porzucać jego mury, zbliżając się do jakiejś formy „chrześcijaństwa bezwyznaniowego”. Taka będzie, dramatycznie wysoka, cena płacona za niecierpliwość.
Przy całej mojej niechęci do kolejnych prób katalogowania polskich katolików, myślę, że warto mieć te słowa w pamięci.
Będąc jeszcze, jak Pan Bóg przykazał, redaktorem naczelnym „Znaku”, nie zaś ministrem sprawiedliwości, w swojej pamiętnej książce Kościół w czasach wolności napisał Jarosław Gowin:
Przypuszczać można, że omawiana tu formacja [„katolicy protestu”] nie odegra poważniejszej roli w kształtowaniu przyszłego oblicza polskiego katolicyzmu. Poddani gwałtownej, nierzadko niesprawiedliwej krytyce ze strony środowisk nastawionych tradycyjnie czy integrystycznych, „katoliccy dysydenci” odsuwać się będą na obrzeża Kościoła bądź wręcz porzucać jego mury, zbliżając się do jakiejś formy „chrześcijaństwa bezwyznaniowego”. Taka będzie, dramatycznie wysoka, cena płacona za niecierpliwość.
Przy całej mojej niechęci do kolejnych prób katalogowania polskich katolików, myślę, że warto mieć te słowa w pamięci.
Etykiety:
Jarosław Gowin,
Kościół,
ks. Adam Boniecki,
Misza Tomaszewski
poniedziałek, 21 listopada 2011
Z kulą u nogi
Misza Tomaszewski
„Tato, spójrz!” – mały chłopiec ciągnie ojca za rękę, wskazując na innego chłopca, który z nieszczęśliwą miną stoi przy krawężniku. Połatane ubranie, tabliczka z napisem: „Nie mam na hleb”. „Ten biedny chłopczyk zrobił błąd w wyrazie – frasuje się malec. – Jaki on niemądry”. Mężczyzna czule obejmuje syna i z szelmowskim uśmiechem udziela mu pouczenia (to jedno z tych pouczeń, których pokolenie ojców zazdrośnie strzeże przed pokoleniem synów, by wtajemniczyć ich w sztukę życia w najbardziej stosownym momencie): „Synu, gdyby biedne dzieci były mądre… – tu ojciec zawiesza głos, by upewnić się, że chłopiec wpatrzony jest w niego jak w obrazek – …to by nie były biedne”.
Satyryczny komiks Macieja Łazowskiego mógłby się stać najkrótszym wprowadzeniem w tematykę niniejszego numeru „Kontaktu”. Próbujemy w nim odwrócić ojcowskie pouczenie, a następnie je uogólnić: „Gdyby ludzie upośledzeni społecznie nie byli upośledzeni społecznie, to – być może – byliby nami”. „Nami”, czyli ludźmi porządnie wykształconymi i nieźle sytuowanymi. Takimi, którzy lubią określać się mianem „przyzwoitych”, w opozycji, rzecz jasna, do ludzi „nieprzyzwoitych” – pasożytów, typów spod ciemnej gwiazdy, elementu przestępczego. W skrócie: społecznego marginesu, zaludniającego jednostki opiekuńcze i penitencjarne, na które łożymy nasze ciężko zarobione pieniądze.
„Tato, spójrz!” – mały chłopiec ciągnie ojca za rękę, wskazując na innego chłopca, który z nieszczęśliwą miną stoi przy krawężniku. Połatane ubranie, tabliczka z napisem: „Nie mam na hleb”. „Ten biedny chłopczyk zrobił błąd w wyrazie – frasuje się malec. – Jaki on niemądry”. Mężczyzna czule obejmuje syna i z szelmowskim uśmiechem udziela mu pouczenia (to jedno z tych pouczeń, których pokolenie ojców zazdrośnie strzeże przed pokoleniem synów, by wtajemniczyć ich w sztukę życia w najbardziej stosownym momencie): „Synu, gdyby biedne dzieci były mądre… – tu ojciec zawiesza głos, by upewnić się, że chłopiec wpatrzony jest w niego jak w obrazek – …to by nie były biedne”.
Satyryczny komiks Macieja Łazowskiego mógłby się stać najkrótszym wprowadzeniem w tematykę niniejszego numeru „Kontaktu”. Próbujemy w nim odwrócić ojcowskie pouczenie, a następnie je uogólnić: „Gdyby ludzie upośledzeni społecznie nie byli upośledzeni społecznie, to – być może – byliby nami”. „Nami”, czyli ludźmi porządnie wykształconymi i nieźle sytuowanymi. Takimi, którzy lubią określać się mianem „przyzwoitych”, w opozycji, rzecz jasna, do ludzi „nieprzyzwoitych” – pasożytów, typów spod ciemnej gwiazdy, elementu przestępczego. W skrócie: społecznego marginesu, zaludniającego jednostki opiekuńcze i penitencjarne, na które łożymy nasze ciężko zarobione pieniądze.
Etykiety:
Misza Tomaszewski,
resocjalizacja
POLECAMY: „Wspólnicy”

W ostatni czwartek w Muzeum Sztuki Nowoczesnej odbył się wernisaż wystawy „Wspólnicy: fotograf i artysta około roku 1970”. Jak zwykle w tej instytucji, wykonano olbrzymią pracę badawczą i kuratorską. A teraz, trwa walka o publiczność, by pracę tę docenić.
Chociaż warszawskie MSN, twórca największego festiwalu dotyczącego designu i namysłu nad przestrzenią publiczną stolicy, zwykle wysoko stawia intelektualną poprzeczkę, tym razem proponuje wystawę, powiedzmy: „przyjazną”. I nie chodzi o pomalowane kolorową farbą ściany, które natychmiast przywołują na myśl galerie sztuki niejednego Muzeum Narodowego…
Na wystawie przedstawiono dziewięć opowieści o współpracy między artystą, a dokumentującym jego artystyczne działanie fotografie; o twórczym wkładzie ich obu. Kuratorka stawia pytania: W jaki sposób podążając za ideą innego artysty, fotograf odnajdzie własną twórczość? Jak dwa zmysły mogą zrealizować się w jednej pracy?
Etykiety:
kultura
poniedziałek, 14 listopada 2011
Opuścić bezdomność
Szanowni Czytelnicy,
Najbliższy numer „Kontaktu”, który trafi do Was już wkrótce, poświęcony jest tematowi resocjalizacji. Znajdziecie w nim, między innymi, reportaż i fotoreportaż o ludziach, którym udało się „opuścić bezdomność”. Dziś zamieszczamy krótką opowieść jednego z nich.
- Marzenie? Oprócz mieszkania? - zastanawia się dłuższą chwilę Stefan Gruca. - Bardzo pociągają mnie Mazury. Chciałbym sobie kupić jacht i zostać sternikiem jachtowym. To jest moje marzenie. Ale daleko w przyszłość nie patrzę.
Najbliższy numer „Kontaktu”, który trafi do Was już wkrótce, poświęcony jest tematowi resocjalizacji. Znajdziecie w nim, między innymi, reportaż i fotoreportaż o ludziach, którym udało się „opuścić bezdomność”. Dziś zamieszczamy krótką opowieść jednego z nich.
![]() |
| Fot. Jan Mencwel |
- Marzenie? Oprócz mieszkania? - zastanawia się dłuższą chwilę Stefan Gruca. - Bardzo pociągają mnie Mazury. Chciałbym sobie kupić jacht i zostać sternikiem jachtowym. To jest moje marzenie. Ale daleko w przyszłość nie patrzę.
Etykiety:
bezdomność,
otwarte drzwi,
resocjalizacja
poniedziałek, 7 listopada 2011
Bal u Bieruta
Cyryl Skibiński
Nierówności społeczne i finansowe bolą najbardziej w kraju równych szans. Dowodem na to okupacja Wall Street – amerykański mit kariery „od pucybuta do milionera” chyba nigdy nie był bardziej sponiewierany, niż w ostatnich miesiącach. Jednak z historycznego punktu widzenia to wszystko błahostka. Prawdziwy ból pojawia się dopiero, gdy niesprawiedliwość społeczna jest na porządku dziennym w kraju nie tyle równych szans, co powszechnej równości.
„Każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb” brzmiał aforyzm Marksa. W praktyce nie wyszło i dawne elity finansowe natychmiast zastąpił establishment partyjny. Z legitymacją łatwiej było awansować, dostać talon na samochód, a na towarzyszy na odpowiednio wysokich stanowiskach czekały dobrze zaopatrzone sklepy „za żółtymi firankami”. To wszystko banał. Chciałbym jednak przyjrzeć się temu, jak w okresie permanentnego niedoboru przedstawiał się luksus na partyjnym stole.
„Pressje”, teka 25: konserwatyzm otwarty

Nawołujemy do postawy szczerego heterointelektualizmu – otwarcia się na inność, obcość w życiu umysłowym. […] Heterointelektualizm rozumiemy nie jako postawę zmierzającą tylko do tego, by odpierać krytykę, rugać i gnębić innego, lecz raczej szukającą w nim inspiracji, nowych pomysłów, rozwiązań. Postawa taka opierałaby się na otwartym dążeniu do zrozumienia, a nie jedynie na „poznaniu wroga”. […] Rozumiemy też, że prawda może ukrywać się dosłownie w każdej myśli i w każdym umyśle. Kiedy w pracy nad ideami kierujemy się szczerą miłością do innego, nasze intelektualne potomstwo ma większą szansę sięgnąć do wieczności.
Czy to cytat z Juliusza Eski, Jerzego Turowicza, Józefa Tischnera? A może fragment manifestu jednego z młodszych środowisk odwołujących się do tradycji Ruchu „Znak”? Nic podobnego. To wyimek z artykułu Michała Zabdyr-Jamroza, otwierającego najnowszy numer „Pressji”, czasopisma wydawanego przez Klub Jagielloński. „Lanserscy konserwatyści z Krakowa” nie pierwszy już raz wywołali konsternację na prawicowych portalach: po macdonaldyzacji herbu papieskiego przyszła pora na wykorzystanie symbolu ukoronowanego cierniem serca Jezusowego. I to wykorzytanie go w celu zaiste straszliwym: do ogłoszenia światu swojej miłości do lewicy.
czwartek, 3 listopada 2011
Solidarni z ks. Adamem Bonieckim
Smuci nas fakt dyscyplinarnego ograniczenia swobody wypowiedzi kapłana, którego postawa jest dla nas ważnym punktem religijnego i moralnego odniesienia. Ksiądz Adam Boniecki od wielu już lat pomaga nam rozeznać się w dylematach, jakich współczesny świat nie szczędzi wierzącemu człowiekowi. Nie w tym rzecz, że podzielamy wszystkie bez wyjątku jego poglądy, lecz że bliska nam jest jego głęboka wrażliwość, jego niechęć do osądzania drugiego człowieka i do odmalowywania moralnej rzeczywistości ludzkich uczynków wyłącznie w czerni i bieli.
Smuci nas także sposób, w jaki z księdzem Bonieckim postąpili przełożeni Zakonu Marianów. Zamykając mu usta – na co zdecydowali się, jesteśmy o tym przekonani, w dobrej wierze – zanegowali wartość wewnątrzkościelnej krytyki i dialogu. Uciekli się do środków dyscyplinarnych, zamiast podjąć dyskusję z jego poglądami, które – tak się składa – podziela wielu polskich chrześcijan. Dyscyplinując księdza Bonieckiego, wystąpili przeciwko nam wszystkim, którzy identyfikujemy się z otwartym sposobem myślenia o Kościele i świecie. Kwestionując zaś równoprawność tego myślenia, zwierzchnicy księdza Bonieckiego wystąpili nie w imieniu wewnętrznie zróżnicowanej wspólnoty, lecz w interesie jednej spośród jej frakcji. W efekcie polski Kościół obudził się dziś bardziej podzielony niż był jeszcze wczoraj wieczorem.
Smuci nas wreszcie fakt ukarania księdza Adama za wypowiedzi – o ile można się tego domyślać – niedotyczące fundamentów wiary chrześcijańskiej. Nasze opinie – czy to w tzw. „sprawie Nergala”, czy w kwestii obecności symboli religijnych w przestrzeni publicznej – nie są wyznacznikami naszej prawowierności. To prawda, że Kościół formułuje w swoim nauczaniu zasadnicze prawdy wiary, jak również fundamentalne wymogi moralne, lecz jest rzeczą roztropności każdego chrześcijanina i wolności jego uformowanego sumienia przełożenie tych zasad na konkret życia codziennego. Pytanie o charakter misji Kościoła we współczesnym świecie, o dopuszczalność i skuteczność środków naszego na ten świat oddziaływania – pozostaje pytaniem otwartym. Źle się dzieje w naszym Kościele, jeżeli kwestie otwarte zaczynają niektórym spośród nas mylić się z tym, co definitywnie już określone.
Redakcja
Odsyłamy również do wspólnego głosu zainicjowanego przez Zarząd KIK Warszawa, Kwartalnik „Kontakt”, Miesięcznik „Więź”, Miesięcznik „Znak”, „Tygodnik Powszechny”, Laboratorium WIĘZI, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Panią Różę Thun oraz Pana Przemysława Radwan-Rohrenschefa. Wspólny głos znajduje się pod adresem: www.ksadamboniecki.pl.
Pod głosem może się podpisać każdy, kto identyfikuje się z treścią listu.
Etykiety:
ks. Adam Boniecki
Subskrybuj:
Posty (Atom)



