poniedziałek, 14 listopada 2011

Opuścić bezdomność

Szanowni Czytelnicy,

Najbliższy numer „Kontaktu”, który trafi do Was już wkrótce, poświęcony jest tematowi resocjalizacji. Znajdziecie w nim, między innymi, reportaż i fotoreportaż o ludziach, którym udało się „opuścić bezdomność”. Dziś zamieszczamy krótką opowieść jednego z nich.


Fot. Jan Mencwel

- Marzenie? Oprócz mieszkania? - zastanawia się dłuższą chwilę Stefan Gruca. - Bardzo pociągają mnie Mazury. Chciałbym sobie kupić jacht i zostać sternikiem jachtowym. To jest moje marzenie. Ale daleko w przyszłość nie patrzę.


***

- Gospodarstwo moich rodziców zostało przepisane na najstarszego brata. W rodzinie był konflikt, więc reszta rodzeństwa musiała się wyprowadzić - opowiada Stefan.

Po opuszczeniu rodzinnej wsi pod Częstochową wyjechał do pracy w Holandii i przestał utrzymywać kontakt z krewnymi.

Gdy uległ poważnemu wypadkowi na budowie, dostał jednorazowe odszkodowanie - bez stałej zapomogi - gdyż orzeczono o jego winie. Z trwale uszkodzoną ręką i niewielkimi oszczędnościami wrócił do Polski.

- Nie mogłem pojechać do domu. Nie miałem gdzie się podziać. Błąkałem się, spałem w pociągach. Póki miałem pieniądze, nie było najgorzej. Gdy się skończyły, zrobiło się naprawdę ciężko.

Wytrzymać pranie mózgu
- Tyle słyszałem o Warszawie… - wspomina. - Pomyślałem, że może tu mi się poszczęści. Trafiłem na ulicę. Inni bezdomni mówili mi, gdzie można coś zjeść czy się przespać. Tak znalazłem się w mokotowskim hospicjum.

Tam skierowano go na leczenie ręki. Wstawiono mu endoprotezę: ma usztywnioną dłoń i wybrzuszenie w okolicach barku. Hospicjum skontaktowało go też ze stowarzyszeniem „Otwarte drzwi”, pomagającym w wychodzeniu z bezdomności.

- Gdy tam poszedłem, można było mnie z błotem zdeptać. Byłem bardzo wyniszczony przez to wszystko. Myślałem o podcięciu sobie żył - opowiada. - W stowarzyszeniu intensywnie nad sobą pracowałem. Mało kto był w stanie wytrzymać takie, jak my to mówimy, pranie mózgu: spotkania z psychologami, terapię.
Ale ja się nie poddawałem i walczyłem.

Ręka nie pozwala
Dziś ma patent żeglarski i skończony kurs hotelarstwa. Obsługuje bankiety, konferencje i spotkania biznesowe odbywające się w pobliskim hotelu.

- Chciałbym robić coś więcej, ale ręka nie pozwala. Najważniejsze, że mogę sam się utrzymać i żyję normalnie, chociaż jest bardzo ciężko, pieniędzy ledwo starcza.

Widać, że szalenie dba o mieszkanie socjalne, które dostał w kwietniu 2009 roku. Urządził je własnymi siłami, a teraz utrzymuje je w pedantycznym porządku.

- Powoli daję sobie radę. Zazdroszczą mi tego, co mam. Poradziłem sobie i teraz tego pilnuję.

5 komentarzy:

Janek pisze...

Bardzo się cieszę, że zajęliście się tym tematem! Chętnie przeczytam.
Pozdrowienia! Powodzenia!

Anonimowy pisze...

też czekam z ciekawością :)
Czy będzie coś o "resocjalizacji religijnej", tj. o tym w jaki sposób można troszczyć się o tych, którzy zgubili się i wypadli ze wspólnoty Kościoła i mniejszych wspólnot kościelnych, a - ponieważ "w domu Ojca mieszkań jest wiele" - trzeba dążyć do przywrócenia ich do życia wspólnotowego?

An

ignacy pisze...

An: nie tego tematu nie podjęliśmy. Przyznam, że zaskoczyło mnie takie użycie akurat słowa "resocjalizacja". Nie myślałem o tym w tych kategoriach.

Ale temat jest ciekawy. Być może do niego wrócimy.

Dzięki!

(Jankowi też dzięki za miłe słowo).

Anonimowy pisze...

O... niezbyt byłem oryginalny, bo i kardynał Nycz w tym duchu się wypowiedział:
http://www.archidiecezja.warszawa.pl/upload/binaries/dokumenty/abp/kosciol_naszym_domem_adw2011.pdf

:)
An

mmaas pisze...

Może przez ten artykuł ludzie inaczej spojrzą na bezdomnego,cieplej,ze zrozumieniem?Wielkie dzięki-dobry łotr.mmaas