Szanowni Czytelnicy,
Najbliższy numer „Kontaktu”, który trafi do Was już wkrótce, poświęcony jest tematowi resocjalizacji. Znajdziecie w nim, między innymi, reportaż i fotoreportaż o ludziach, którym udało się „opuścić bezdomność”. Dziś zamieszczamy krótką opowieść jednego z nich.
- Marzenie? Oprócz mieszkania? - zastanawia się dłuższą chwilę Stefan Gruca. - Bardzo pociągają mnie Mazury. Chciałbym sobie kupić jacht i zostać sternikiem jachtowym. To jest moje marzenie. Ale daleko w przyszłość nie patrzę.
***
- Gospodarstwo moich rodziców zostało przepisane na najstarszego brata. W rodzinie był konflikt, więc reszta rodzeństwa musiała się wyprowadzić - opowiada Stefan.
Po opuszczeniu rodzinnej wsi pod Częstochową wyjechał do pracy w Holandii i przestał utrzymywać kontakt z krewnymi.
Gdy uległ poważnemu wypadkowi na budowie, dostał jednorazowe odszkodowanie - bez stałej zapomogi - gdyż orzeczono o jego winie. Z trwale uszkodzoną ręką i niewielkimi oszczędnościami wrócił do Polski.
- Nie mogłem pojechać do domu. Nie miałem gdzie się podziać. Błąkałem się, spałem w pociągach. Póki miałem pieniądze, nie było najgorzej. Gdy się skończyły, zrobiło się naprawdę ciężko.
Wytrzymać pranie mózgu
- Tyle słyszałem o Warszawie… - wspomina. - Pomyślałem, że może tu mi się poszczęści. Trafiłem na ulicę. Inni bezdomni mówili mi, gdzie można coś zjeść czy się przespać. Tak znalazłem się w mokotowskim hospicjum.
Tam skierowano go na leczenie ręki. Wstawiono mu endoprotezę: ma usztywnioną dłoń i wybrzuszenie w okolicach barku. Hospicjum skontaktowało go też ze stowarzyszeniem „Otwarte drzwi”, pomagającym w wychodzeniu z bezdomności.
- Gdy tam poszedłem, można było mnie z błotem zdeptać. Byłem bardzo wyniszczony przez to wszystko. Myślałem o podcięciu sobie żył - opowiada. - W stowarzyszeniu intensywnie nad sobą pracowałem. Mało kto był w stanie wytrzymać takie, jak my to mówimy, pranie mózgu: spotkania z psychologami, terapię.
Ale ja się nie poddawałem i walczyłem.
Ręka nie pozwala
Dziś ma patent żeglarski i skończony kurs hotelarstwa. Obsługuje bankiety, konferencje i spotkania biznesowe odbywające się w pobliskim hotelu.
- Chciałbym robić coś więcej, ale ręka nie pozwala. Najważniejsze, że mogę sam się utrzymać i żyję normalnie, chociaż jest bardzo ciężko, pieniędzy ledwo starcza.
Widać, że szalenie dba o mieszkanie socjalne, które dostał w kwietniu 2009 roku. Urządził je własnymi siłami, a teraz utrzymuje je w pedantycznym porządku.
- Powoli daję sobie radę. Zazdroszczą mi tego, co mam. Poradziłem sobie i teraz tego pilnuję.
Najbliższy numer „Kontaktu”, który trafi do Was już wkrótce, poświęcony jest tematowi resocjalizacji. Znajdziecie w nim, między innymi, reportaż i fotoreportaż o ludziach, którym udało się „opuścić bezdomność”. Dziś zamieszczamy krótką opowieść jednego z nich.
![]() |
| Fot. Jan Mencwel |
- Marzenie? Oprócz mieszkania? - zastanawia się dłuższą chwilę Stefan Gruca. - Bardzo pociągają mnie Mazury. Chciałbym sobie kupić jacht i zostać sternikiem jachtowym. To jest moje marzenie. Ale daleko w przyszłość nie patrzę.
***
- Gospodarstwo moich rodziców zostało przepisane na najstarszego brata. W rodzinie był konflikt, więc reszta rodzeństwa musiała się wyprowadzić - opowiada Stefan.
Po opuszczeniu rodzinnej wsi pod Częstochową wyjechał do pracy w Holandii i przestał utrzymywać kontakt z krewnymi.
Gdy uległ poważnemu wypadkowi na budowie, dostał jednorazowe odszkodowanie - bez stałej zapomogi - gdyż orzeczono o jego winie. Z trwale uszkodzoną ręką i niewielkimi oszczędnościami wrócił do Polski.
- Nie mogłem pojechać do domu. Nie miałem gdzie się podziać. Błąkałem się, spałem w pociągach. Póki miałem pieniądze, nie było najgorzej. Gdy się skończyły, zrobiło się naprawdę ciężko.
Wytrzymać pranie mózgu
- Tyle słyszałem o Warszawie… - wspomina. - Pomyślałem, że może tu mi się poszczęści. Trafiłem na ulicę. Inni bezdomni mówili mi, gdzie można coś zjeść czy się przespać. Tak znalazłem się w mokotowskim hospicjum.
Tam skierowano go na leczenie ręki. Wstawiono mu endoprotezę: ma usztywnioną dłoń i wybrzuszenie w okolicach barku. Hospicjum skontaktowało go też ze stowarzyszeniem „Otwarte drzwi”, pomagającym w wychodzeniu z bezdomności.
- Gdy tam poszedłem, można było mnie z błotem zdeptać. Byłem bardzo wyniszczony przez to wszystko. Myślałem o podcięciu sobie żył - opowiada. - W stowarzyszeniu intensywnie nad sobą pracowałem. Mało kto był w stanie wytrzymać takie, jak my to mówimy, pranie mózgu: spotkania z psychologami, terapię.
Ale ja się nie poddawałem i walczyłem.
Ręka nie pozwala
Dziś ma patent żeglarski i skończony kurs hotelarstwa. Obsługuje bankiety, konferencje i spotkania biznesowe odbywające się w pobliskim hotelu.
- Chciałbym robić coś więcej, ale ręka nie pozwala. Najważniejsze, że mogę sam się utrzymać i żyję normalnie, chociaż jest bardzo ciężko, pieniędzy ledwo starcza.
Widać, że szalenie dba o mieszkanie socjalne, które dostał w kwietniu 2009 roku. Urządził je własnymi siłami, a teraz utrzymuje je w pedantycznym porządku.
- Powoli daję sobie radę. Zazdroszczą mi tego, co mam. Poradziłem sobie i teraz tego pilnuję.

5 komentarzy:
Bardzo się cieszę, że zajęliście się tym tematem! Chętnie przeczytam.
Pozdrowienia! Powodzenia!
też czekam z ciekawością :)
Czy będzie coś o "resocjalizacji religijnej", tj. o tym w jaki sposób można troszczyć się o tych, którzy zgubili się i wypadli ze wspólnoty Kościoła i mniejszych wspólnot kościelnych, a - ponieważ "w domu Ojca mieszkań jest wiele" - trzeba dążyć do przywrócenia ich do życia wspólnotowego?
An
An: nie tego tematu nie podjęliśmy. Przyznam, że zaskoczyło mnie takie użycie akurat słowa "resocjalizacja". Nie myślałem o tym w tych kategoriach.
Ale temat jest ciekawy. Być może do niego wrócimy.
Dzięki!
(Jankowi też dzięki za miłe słowo).
O... niezbyt byłem oryginalny, bo i kardynał Nycz w tym duchu się wypowiedział:
http://www.archidiecezja.warszawa.pl/upload/binaries/dokumenty/abp/kosciol_naszym_domem_adw2011.pdf
:)
An
Może przez ten artykuł ludzie inaczej spojrzą na bezdomnego,cieplej,ze zrozumieniem?Wielkie dzięki-dobry łotr.mmaas
Prześlij komentarz