W dokumentach soborowych, nawet w tych dotyczących świata współczesnego, ani razu nie pojawia się słowo „komunizm”. Nie ma ani jednego bezpośredniego odniesienia do sytuacji prześladowania Kościoła na obszarze jednej trzeciej ówczesnego świata. Sobór Watykański II nie zajął się problemami katolików żyjących pod czujnym okiem Breżniewa. Dlaczego?
czwartek, 30 grudnia 2010
niedziela, 26 grudnia 2010
wtorek, 21 grudnia 2010
Odreklamowywanie stosowane

Pewien znany polski fotograf zrobił kiedyś zdjęcie Muzeum Narodowego. Sfotografował je bardzo prosto – ot, czarno-białe (w zasadzie to szaro-szare) zdjęcie fasady o centralnej, symetrycznej kompozycji, z fontanną na pierwszym planie. Jako że jest to jeden z moich ulubionych polskich fotografów, postanowiłem (w ramach treningu, oczywiście, i poniekąd dla własnej satysfakcji) powtórzyć ten kadr.
Etykiety:
fotografia,
kultura,
reklama,
Tomek Kaczor
środa, 15 grudnia 2010
Ludzie Boga - recenzja
Ja rzekłem: «Jesteście bogami
i wszyscy - synami Najwyższego.
Lecz wy pomrzecie jak ludzie,
jak jeden mąż, książęta, poupadacie».
- fragment psalmu 82
Francuski tytuł filmu brzmi w dosłownym tłumaczeniu Ludzie i bogowie. Po polsku przetłumaczono to na Ludzie Boga. Wytwarza się tym samym zabawna gra znaczeń, pomiędzy tytularną inspiracją, czyli psalmem 82, tytułem francuskim i jego polskim odpowiednikiem. Kto jest bogiem? Ilu jest bogów? Po obejrzeniu filmu pytania te nadal pozostają niezwykle aktualne.
Etykiety:
film,
Krzysztof Śliwiński,
kultura,
Ludzie Boga,
męczeństwo,
Paweł Cywiński,
trapiści
Polecamy: Wolni Niepokorni
Polecamy spotkanie w okół nowego wydania Rodowodów Niepokornych.Czwartek 16 XII o godzinie 18, Stocznia.
Uczestniczą: Bohdan Cywiński, Dariusz Gawin, Karolina Wigura, Michał Sutowski i Marek Zając.
niedziela, 12 grudnia 2010
Zbyt długi cień
Noc z 12 na 13 grudnia. Kolejna, dwudziesta dziewiąta już rocznica wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Dobry czas na kultywowanie pamięci o oprawcach i ofiarach.
Jaki jednak z pamięci pożytek, skoro znów okazuje się ona zdradliwym powiernikiem? Nie jest obiektywnym rzecznikiem przeszłości, lecz zaangażowanym uczestnikiem dnia dzisiejszego. Przechowuje te informacje, które pozwalają lepiej wytłumaczyć nasz stosunek do teraźniejszości, nasze przyjaźnie i nasze nienawiści, nasz stan posiadania i nasze roszczenia. Jest nie tylko odniesieniem „wczoraj” do „dziś”, ale i rzutem „dziś” na „wczoraj”, jego zbyt długim cieniem. Pozbawieni pamięci, bylibyśmy jednak nikim. To ona utwierdza nas „tu” i „teraz”, zakorzeniając nas w pewnym miejscu na Ziemi. Jesteśmy ludźmi, istotami mającymi swoje lęki i swoje marzenia, dzięki tej przeszłości, którą sami konstruujemy, aby nadawała sens naszej teraźniejszości.
Jaki jednak z pamięci pożytek, skoro znów okazuje się ona zdradliwym powiernikiem? Nie jest obiektywnym rzecznikiem przeszłości, lecz zaangażowanym uczestnikiem dnia dzisiejszego. Przechowuje te informacje, które pozwalają lepiej wytłumaczyć nasz stosunek do teraźniejszości, nasze przyjaźnie i nasze nienawiści, nasz stan posiadania i nasze roszczenia. Jest nie tylko odniesieniem „wczoraj” do „dziś”, ale i rzutem „dziś” na „wczoraj”, jego zbyt długim cieniem. Pozbawieni pamięci, bylibyśmy jednak nikim. To ona utwierdza nas „tu” i „teraz”, zakorzeniając nas w pewnym miejscu na Ziemi. Jesteśmy ludźmi, istotami mającymi swoje lęki i swoje marzenia, dzięki tej przeszłości, którą sami konstruujemy, aby nadawała sens naszej teraźniejszości.
Etykiety:
Misza Tomaszewski,
polityka,
Razem 13 Grudnia,
stan wojenny,
Wojciech Jaruzelski
sobota, 11 grudnia 2010
Dwuwymiarowy trójwymiar
Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czym nowym mogą zaskoczyć nas/mnie artyści. Może już wszystko zostało wymyślone, pokazane. Jak miałyby wyglądać nowe formy, kompozycje? Długo szukać nie musiałam, a właściwie wcale bo Gwona Osanga podrzuciła mi koleżanka. I choć artysta zaczął swoją karierę już jakiś czas temu, dla mnie jest całkowicie nowym odkryciem (pewnie gdybym lepiej poszukała znalazłabym jeszcze więcej takich odkryć).
Etykiety:
Gwon Osang,
Helena Oblicka,
kultura
piątek, 10 grudnia 2010
Teatralna gratka!
W najbliższy weekend Teatr Dramatyczny w Warszawie zaprasza na dwie sztuki:
Klub Polski: 10, 11 i 12 grudnia 19:00
Laboratorium-Debiuty: 10, 11 i 12 grudnia 20:00.
Dla czytelników "Kontaktu" specjalna promocja! Na hasło: "KONWENCJA" można będzie kupić bilety po 11zł., a dodatkowo, na hasło "Klub Inteligencji Katolickiej" odebrać będzie też można po 1 dwuosobowym zaproszeniu na oba tytuły, na każdy z powyższych terminów!!!
Ilość biletów jest ograniczona. Prosimy o rezerwowanie miejsc pod nr telefonu (22) 656 68 44.
Etykiety:
news
czwartek, 9 grudnia 2010
Jurry w Krakowie
Do jutra w Krakowie można zobaczyć wystawę „Powrót Jurry'ego”. Jurry to pseudonim malarza - Jerzego Zielińskiego. Był artystą ważnym, acz zapomnianym. Choć po jego śmierci w latach 80. inspirowała się nim Gruppa, a 10 lat temu grupa Twożywo, to Jurry nie był znany szerszej publiczności, a szkoda. Była to postać, tak jak jego obrazy, niezwykle barwna i pełna kontrastów. Studiował malarstwo w Warszawie u prof. Jana Cybisa. I choć pozornie buntował się przeciw swojemu mistrzowi bo nie chciał dalej brnąć w neoimpresjonistyczny nurt, którego uczył Cybis, to najważniejsze przesłanie swojego nauczyciela wziął głęboko do serca: malarstwo jest najwyższą powinnością moralną artysty. Obrazy Jurrego pełne są dowcipu, ironii i lekkości lecz jednocześnie starają się mówić o rzeczach niekiedy trudnych i tragicznych.
Etykiety:
Jan Libera,
Jurry,
kultura,
malarstwo,
wystawa
Dinkle i Horowitz
Właściwie tytuł filmu, o którym piszę brzmi Mary i Max, ale wolę go unikać, bo kojarzy mi się z jakąś disneyowską produkcją o przygodach wesołych trolli z kolorowymi włosami. A trudno wyobrazić sobie coś bardziej odległego od amerykańskiego kina familijnego niż animacja Adama Elliota.
Gdy przeczytałem w gazecie, że jest to historia korespondencji ośmioletniej dziewczynki z dorosłym mężczyzną, zacząłem obawiać się, że nakręcono animowaną wersję Lolity. Mogło być ciężko, ale nie było. O ile nowojorski Żyd Max siedząc przed maszyna do pisania co i rusz prezentuje okazałe "hydro", to Mary na pewno nie jest odpowiednikiem bohaterki Nabokova.
Film zrobiony jest świetnie plastycznie. Postacie jakby ulepione z plasteliny, poruszają się w mrocznym świecie zgaszonych i brudnych barw. Rzecz dzieje się na przemian w Nowym Jorku i Melbourne, gdzie mieszka Mary. Horowitz jest samotny, gruby i znerwicowany. Mary naiwna i też niesamowicie samotna. Wymiana listów między tą dwójką napędza akcję, a zderzenie barwnych osobowości, właściwie ich wzajemne uzupełnianie się, rodzi sytuacje komiczne.
Zresztą chyba większość widowni oczekiwała, że zobaczy przezabawną komedię. Jednak w miarę trwania filmu, dziewczęta, które siedząc przy bokach swoich chłopców uważały za swój obowiązek wydawać z siebie dziwne dźwięki, które w ich rozumieniu były perlistym śmiechem, szybko o tym zapomniały. Okazało się, że historia przyjaźni małej Mary Dinkle i zgorzkniałego Horowitza jest tak niesamowicie prawdziwa, że pochłania widza w całości. To, że opowiedziana jest przy użyciu animowanych postaci wcale nie czyni jej śmieszną, czy mniej poważną. Odwrotnie – dystans, który daje widzowi gra pacynek pozwala opowiedzieć ją jeszcze dobitniej, a ostry dowcip zapewnia tylko konieczne chwile wytchnienia.
Historia opowiedziana w animacji Elliota nie kończy się jednoznacznie szczęśliwie. Nie serwuje też narzucającego się morału. Pewnie dlatego jeden z recenzentów porównał go do obrazów Woodyego Allena. Słusznie, ale moim zdaniem film Mary i Max porównywalny jest tylko z największymi dziełami mistrza.
Światowa premiera filmu odbyła się już w 2009 roku. W Polsce można obejrzeć go tylko w Kinotece. Wybór dystrybutora trzeba zresztą pochwalić – taki film świetnie ogląda się w małej sali na piętrze i w wygodnym fotelu.
Cyryl Skibiński
Gdy przeczytałem w gazecie, że jest to historia korespondencji ośmioletniej dziewczynki z dorosłym mężczyzną, zacząłem obawiać się, że nakręcono animowaną wersję Lolity. Mogło być ciężko, ale nie było. O ile nowojorski Żyd Max siedząc przed maszyna do pisania co i rusz prezentuje okazałe "hydro", to Mary na pewno nie jest odpowiednikiem bohaterki Nabokova.
Film zrobiony jest świetnie plastycznie. Postacie jakby ulepione z plasteliny, poruszają się w mrocznym świecie zgaszonych i brudnych barw. Rzecz dzieje się na przemian w Nowym Jorku i Melbourne, gdzie mieszka Mary. Horowitz jest samotny, gruby i znerwicowany. Mary naiwna i też niesamowicie samotna. Wymiana listów między tą dwójką napędza akcję, a zderzenie barwnych osobowości, właściwie ich wzajemne uzupełnianie się, rodzi sytuacje komiczne.
Zresztą chyba większość widowni oczekiwała, że zobaczy przezabawną komedię. Jednak w miarę trwania filmu, dziewczęta, które siedząc przy bokach swoich chłopców uważały za swój obowiązek wydawać z siebie dziwne dźwięki, które w ich rozumieniu były perlistym śmiechem, szybko o tym zapomniały. Okazało się, że historia przyjaźni małej Mary Dinkle i zgorzkniałego Horowitza jest tak niesamowicie prawdziwa, że pochłania widza w całości. To, że opowiedziana jest przy użyciu animowanych postaci wcale nie czyni jej śmieszną, czy mniej poważną. Odwrotnie – dystans, który daje widzowi gra pacynek pozwala opowiedzieć ją jeszcze dobitniej, a ostry dowcip zapewnia tylko konieczne chwile wytchnienia.
Historia opowiedziana w animacji Elliota nie kończy się jednoznacznie szczęśliwie. Nie serwuje też narzucającego się morału. Pewnie dlatego jeden z recenzentów porównał go do obrazów Woodyego Allena. Słusznie, ale moim zdaniem film Mary i Max porównywalny jest tylko z największymi dziełami mistrza.
Światowa premiera filmu odbyła się już w 2009 roku. W Polsce można obejrzeć go tylko w Kinotece. Wybór dystrybutora trzeba zresztą pochwalić – taki film świetnie ogląda się w małej sali na piętrze i w wygodnym fotelu.
Cyryl Skibiński
Etykiety:
Adam Elliot,
Cyryl Skibiński,
kultura,
Mary i Max
Opowieści z krypty
Katolicyzm polski zajmuje w katolicyzmie świata zupełnie odrębne stanowisko. Są kraje, Francja przede wszystkim, gdzie katolicyzm stał się wąską strugą wijącą się wśród współczesnego życia, gdzie masy nie są katolickie, bywają antykatolickie. Katolicyzm jest tam doktryną nielicznej, młodej, intelektualnej elity (…). Są dalej kraje zeszłowieczne, jak Hiszpania przede wszystkim, gdzie katolicyzm jest religią mas szerokich, ale najciemniejszych, religią starszych roczników, religią ludzi i warstw społecznych nie dynamicznych już, lecz statycznych. Otóż Polska jest między tymi dwiema – i na razie bliżej Hiszpanii.
Kto to mówi? Czy to jakiś nowy głos w nieustającej debacie o roli katolicyzmu w Polsce? A może tak się zaczyna najświeższy prowokacyjny tekst o Kościele mojego redakcyjnego kolegi Miszy Tomaszewskiego? Nie – to Ksawery Pruszyński, przedwojenny polski reporter.
Kto to mówi? Czy to jakiś nowy głos w nieustającej debacie o roli katolicyzmu w Polsce? A może tak się zaczyna najświeższy prowokacyjny tekst o Kościele mojego redakcyjnego kolegi Miszy Tomaszewskiego? Nie – to Ksawery Pruszyński, przedwojenny polski reporter.
Etykiety:
historia,
Jan Mencwel,
katolicyzm,
Ksawery Pruszyński
Subskrybuj:
Posty (Atom)

