Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary i Max. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary i Max. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 grudnia 2010

Dinkle i Horowitz

Właściwie tytuł filmu, o którym piszę brzmi Mary i Max, ale wolę go unikać, bo kojarzy mi się z jakąś disneyowską produkcją o przygodach wesołych trolli z kolorowymi włosami. A trudno wyobrazić sobie coś bardziej odległego od amerykańskiego kina familijnego niż animacja Adama Elliota.

Gdy przeczytałem w gazecie, że jest to historia korespondencji ośmioletniej dziewczynki z dorosłym mężczyzną, zacząłem obawiać się, że nakręcono animowaną wersję Lolity. Mogło być ciężko, ale nie było. O ile nowojorski Żyd Max siedząc przed maszyna do pisania co i rusz prezentuje okazałe "hydro", to Mary na pewno nie jest odpowiednikiem bohaterki Nabokova.

Film zrobiony jest świetnie plastycznie. Postacie jakby ulepione z plasteliny, poruszają się w mrocznym świecie zgaszonych i brudnych barw. Rzecz dzieje się na przemian w Nowym Jorku i Melbourne, gdzie mieszka Mary. Horowitz jest samotny, gruby i znerwicowany. Mary naiwna i też niesamowicie samotna. Wymiana listów między tą dwójką napędza akcję, a zderzenie barwnych osobowości, właściwie ich wzajemne uzupełnianie się, rodzi sytuacje komiczne.

Zresztą chyba większość widowni oczekiwała, że zobaczy przezabawną komedię. Jednak w miarę trwania filmu, dziewczęta, które siedząc przy bokach swoich chłopców uważały za swój obowiązek wydawać z siebie dziwne dźwięki, które w ich rozumieniu były perlistym śmiechem, szybko o tym zapomniały. Okazało się, że historia przyjaźni małej Mary Dinkle i zgorzkniałego Horowitza jest tak niesamowicie prawdziwa, że pochłania widza w całości. To, że opowiedziana jest przy użyciu animowanych postaci wcale nie czyni jej śmieszną, czy mniej poważną. Odwrotnie – dystans, który daje widzowi gra pacynek pozwala opowiedzieć ją jeszcze dobitniej, a ostry dowcip zapewnia tylko konieczne chwile wytchnienia.

Historia opowiedziana w animacji Elliota nie kończy się jednoznacznie szczęśliwie. Nie serwuje też narzucającego się morału. Pewnie dlatego jeden z recenzentów porównał go do obrazów Woodyego Allena. Słusznie, ale moim zdaniem film Mary i Max porównywalny jest tylko z największymi dziełami mistrza.

Światowa premiera filmu odbyła się już w 2009 roku. W Polsce można obejrzeć go tylko w Kinotece. Wybór dystrybutora trzeba zresztą pochwalić – taki film świetnie ogląda się w małej sali na piętrze i w wygodnym fotelu.

Cyryl Skibiński