poniedziałek, 7 listopada 2011

Bal u Bieruta


Cyryl Skibiński

Nierówności społeczne i finansowe bolą najbardziej w kraju równych szans. Dowodem na to okupacja Wall Street – amerykański mit kariery „od pucybuta do milionera” chyba nigdy nie był bardziej sponiewierany, niż w ostatnich miesiącach. Jednak z historycznego punktu widzenia to wszystko błahostka. Prawdziwy ból pojawia się dopiero, gdy niesprawiedliwość społeczna jest na porządku dziennym w kraju nie tyle równych szans, co powszechnej równości.

Każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb” brzmiał aforyzm Marksa. W praktyce nie wyszło i dawne elity finansowe natychmiast zastąpił establishment partyjny. Z legitymacją łatwiej było awansować, dostać talon na samochód, a na towarzyszy na odpowiednio wysokich stanowiskach czekały dobrze zaopatrzone sklepy „za żółtymi firankami”. To wszystko banał. Chciałbym jednak przyjrzeć się temu, jak w okresie permanentnego niedoboru przedstawiał się luksus na partyjnym stole.

Tadeusz Konwicki rozwija przed czytelnikami „Małej apokalipsy” opis przygotowań do uczty na którąś tam (rzecz dzieje się pod koniec lat 70.) rocznicę powstania PRL. Bohater książki dostaje się do strzeżonej sali w gmachu KC, przechodząc przez tajny korytarz łączący KC z Paradisem (nieistniejący już lokal, który reklamował zachowany do dziś neon „dancing”). On i inni przypadkowi goście Paradisu jeszcze przed przybyciem oficjalnie zaproszonych weszli do pomieszczenia „wielkiego jak kaplica”, gdzie „ściany i kolumny wyłożone były marmurem […]. Z wysokiego sufitu, zdobnego w klasycystyczne sztukaterie, zwisały ciężko pozłociste żyrandole mieniące się kolorami tęczy sutych kryształów”. Na intruzach jednak największe wrażenie zrobiły stoły, które „obciążone cudowną muzealną zastawą, uginały się pod brzemieniem wyszukanych potraw i flaszek z trunkami”. Wrażenie było tak olbrzymie, że nieproszeni goście nie mogli się powstrzymać i skubnęli mięso z grzbietu jesiotra, który leżał „obłożony seledynową migotliwą galaretą przypominającą głębiny Jeziora Bajkalskiego”. Obok stały „wyżłobione bryły błękitnego lodu, w których skrył się kawior czerwony i czarny”. Wszyscy pamiętamy, jak rozwinęła się dalej sytuacja: nielegalni biesiadnicy stracili resztki skrupułów, jedna z dam ukradła szynkę, ktoś inny jesiotra, a jeszcze inny wymiotował pod kolumną po wypiciu duszkiem francuskiego koniaku.

Oczywiście zasadne są wątpliwości, czy uczty elity partyjnej rzeczywiście były aż tak wystawne. Na obwolucie powieści Konwickiego jest przecież napisane, że autor ukazuje „groteskowo przerysowane realia PRL-u”. Ja też skłonny byłbym traktować ten opis z przymrużeniem oka, gdyby nie lektura pełnego wydania „Dziennika 1914 – 1965” Marii Dąbrowskiej. Czytając go, można trafić na fragmenty niepokojąco podobne do sceny wymyślonej przez autora „Małej apokalipsy”.

Dąbrowska unikała zazwyczaj rautów organizowanych przez władzę ludową, ale czasem przełamywała niechęć między innymi po to (stosunek Dąbrowskiej do władzy to temat na książkę), aby lepiej „poznać dzisiejszy świat”. W 1949 roku przyjęła na przykład zaproszenie marszałka sejmu, który pragnął ugościć ją i innych pisarzy „czarna kawą”:

[D]otarłam wreszcie do wskazanego mi niedużego stosunkowo pokoju – ujrzałam stoły uginające się od ciężkiego żarcia: majonezy, sałaty, szynki, polędwice wieprzowe i wołowe, a wkoło cały Parnas ludowy chciwie zajadający. Szok był tym większy, że my pisarze (ja w każdym razie) mięsa od dłuższego czasu prawie nie jadamy. […] W dodatku stały duże kielichy, w który nalewano złotawy płyn. Byłam pewna, że to wino, które acz nie odpowiednie do zimnych <przekąsek>, chętnie wzięłam w usta – aliści to była wóda! Przy tak obfitym jedzeniu – oczywiście – nie było mowy o żadnych rozmowach literackich – to tylko jeszcze jedna próba, czy przez żołądek nie trafi się do wciąż nie dość skruszałych serc i sumień pisarzy”.

Kolejne przyjęcie, na którym gościła Dąbrowska, odbyło się 22 lipca 1955 na wyższym szczeblu, bo w budynku Prezydium Rady Ministrów, z okazji przyznania pisarce nagrody państwowej:

Byłam już parę razy na takich przyjęciach, ale zabierali mnie wtedy Modzelewscy [Zygmunt Modzelewski był członkiem Rady Państwa – CS], a jako znający tam wszystkie chody prowadzili mnie zawsze do głównego ołtarza. Byłam więc w najparadniejszej części takich zebrań, gdzie stoły zapełnione były wyszukanymi smakołykami, panie w wieczorowych toaletach etc. […] Znalazłam się nagle w towarzystwie z redakcji pism katolickich, chyba paxowskich, bo ku mojemu osłupieniu sąsiad z prawej strony przedstawił mi się raptem jako… Bolesław Piasecki. […] Ta kompania nieźle już była podchmielona. Jakiś redaktor Przetakiewicz pił bruderschaft z Michalskim i tłukł potem kieliszki o mur pałacu. Przyplątał się jakiś ksiądz – patriota, wracający z Wietnamu, też zawiany – chłop z Kieleckiego, gęba okrągła, dziobata, jowialna; już po chwili mówił mi: <pani Mario>. Miałam trochę wrażenie, ze to dożynki wiejskie, gdzie państwo biesiadują we dworze, a ludek na trawie pod drzwiami”.

Raut u premiera zmobilizował Marię Dąbrowską do opisania także rok wcześniejszej (czerwiec ’54) wizyty w Belwederze, dokąd w związku z corocznym Zjazdem Literatów została zaproszona przez samego Bolesława Bieruta. Ten fragment zapisków jest niestety zbyt długi, żeby cytować go w całości. Szkoda, bo choć kręci się wokół Władysława Broniewskiego, który „przyszedł już pijany i zataczał się chodząc po salonach Belwederu”, ale o dziwo „nie wygłaszał peanów na cześć Piłsudskiego, bo ma ten zwyczaj, kiedy znajdzie się w Belwederze”, to pozwala wczuć się w panującą tam atmosferę. Dodatkowym smaczkiem jest dyskusja Broniewskiego z Bierutem o napisaniu nowego tekstu hymnu narodowego – Broniewski odmawia, bo „to tak, jakbym orłowi polskiemu urwał głowę”, ale przy tym jest tak pijany, że nie trafia już kieliszkiem do ust. Przypomnę tylko, że wciąż funkcjonuje legenda, jakoby na propozycję Bieruta Broniewski nie wyrzekł słowa, tylko posłał mu kartkę z napisem „jeszcze Polska nie zginęła”.

Wygląda więc na to, że w świetle powyższych cytatów, opis dekadenckiej uczty przedstawionej przez Konwickiego nie jest szczególnie przerysowany, choć jak najbardziej groteskowy. Luksusowi, który zadziwiał nawet znaną, dobrze sytuowaną pisarkę, nie towarzyszyła elegancja. Zarówno sposób bycia, jak zakres oderwania elit demokracji ludowej od realiów życia szarych obywateli muszą zniesmaczać.

„Mała apokalipsa” została wydana pod koniec lat 70. w drugim obiegu i była rozchwytywana. Pełna edycja „Dziennika” Marii Dąbrowskiej ukazała się dopiero w wolnej Polsce, bo autorka zezwoliła na jego wydanie dopiero czterdzieści lat po jej śmierci. Sądzę, że partia powinna być dozgonnie wdzięczna autorce „Nocy i dni” za to życzenie, bo gdyby wygłodniały naród przeczytał powyższe zapiski wcześniej, to nie czekałby do ’89 roku, tylko pożarłby komunistycznych włodarzy od razu.


Brak komentarzy: