Wypad z Kościoła
Pojęcie „katolicyzmu supermarketowego”, czasem zwanego również „kawiarnianym”, po raz pierwszy użyte zostało w odniesieniu do świeckich i duchownych krytyków encykliki Humanae vitae, ogłoszonej przez Pawła VI w pamiętnym roku 1968. Dyskusja, która rozpętała się wówczas w Kościele, dotyczyła nie tylko papieskiego rozstrzygnięcia problemu moralnej oceny antykoncepcji, lecz także – o czym w słynnym artykule zatytułowanym Kryzys w Kościele przypomina Jerzy Turowicz – autorytarnego sposobu dokonania tego rozstrzygnięcia, stojącej za nim koncepcji prawa naturalnego, wreszcie stopnia obowiązywalności papieskiego nauczania i zależności pomiędzy jego autorytetem a ludzkim sumieniem.
W wywiadzie udzielonym w roku 1983 kanadyjski kardynał Edouard Gagnon grzmiał: „Katolicyzm nie jest wiarą supermarketową. Niezależnie od tego, co mówią na ten temat różni teologowie, bycie katolikiem oznacza całkowitą akceptację doktryny Kościoła”. Duch kardynała po dziś dzień unosi się nad forami internetowymi, na których aż roi się od wypowiedzi znacznie ostrzejszych: „Wątpić można, a nawet należy, ale to co innego niż negować najważniejsze aspekty nauki moralnej Kościoła. Jeśli ktoś mieni się katolikiem, to jego psim obowiązkiem jest słuchać i powtarzać to, co Watykan ogłosił. A jeśli się z tym nie zgadza, to wypad z Kościoła”. Autorzy podobnych wypowiedzi wydają się zakładać, że taka niezgoda może wyrosnąć tylko na gruncie kapryśnej wiary religijnego konsumenta. A przecież to nieprawda.
Ksiądz Józef Tischner pisał o dwóch tendencjach, które zarysowują się w obrębie katolicyzmu. Pierwsza „traktuje wychowanie religijne jako przysposobienie do konsekwencji: skoro jesteś wierzący, postępuj wedle prawa Bożego”. Druga „skupia uwagę na uczestnictwie: uczestnicząc w tajemnicy Chrystusa, będziesz wiedział, co robić”. Uważamy, że w ramach tej drugiej tendencji pozostaje w Kościele miejsce dla ludzi, którzy – w sytuacjach wyjątkowych – w imię wierności duchowi wypowiadają wierność literze. Do takich zaliczamy siebie. Jeżeli bowiem nie zgadzamy się z niektórymi wątkami moralnego nauczania Kościoła, to wbrew pozorom nie dlatego, że nie trafiają one w nasz wysublimowany gust. Przyczyna nie leży także w tym – a i z takim zarzutem się spotkaliśmy – że pragniemy w ten sposób usprawiedliwić nasze niecne praktyki, najpewniej natury seksualnej. Chcąc poddać nasze stanowisko pod rozwagę Czytelnika, a zarazem pozostać przy zaproponowanej przez krytyków metaforze ekonomicznej, postanowiliśmy określić je mianem „katolicyzmu fair trade”.
Fair Trade jest międzynarodowym ruchem zorientowanym na uczynienie globalnego handlu bardziej sprawiedliwym, między innymi poprzez promowanie ekologii i idei zrównoważonego rozwoju, jak również wspieranie lokalnej gospodarki, przede wszystkim w krajach Trzeciego Świata. Zaopatrując się w certyfikowane towary, nieco tylko droższe od zwyczajnych, europejski klient może mieć pewność, że przy ich produkcji nie doszło do łamania praw człowieka. W myśl naczelnej zasady Fair Trade człowiek jest bowiem ważniejszy od zysku. Nie idzie nam bynajmniej o to, by idealizować Sprawiedliwy Handel jako ruch ekonomiczny; liczne aspekty jego funkcjonowania, ze skutecznością i elitaryzmem na czele, są wszak dyskusyjne. Nie kryjąc pewnej do niego sympatii, pragniemy posłużyć się nim przede wszystkim jako modelem, przy pomocy którego da się wyeksponować najważniejsze cechy sposobu myślenia o Kościele i świecie, z którym się utożsamiamy.
Ważniejsze od zysku
Na gruncie idei Fair Trade podstawowym celem ekonomii nie jest bogacenie się społeczeństw, lecz tworzenie warunków, w których poszczególni ludzie staliby się wolni nie tylko w teorii, lecz również w praktyce. Jaki bowiem pożytek płynie dla człowieka z zagwarantowanej mu nominalnie wolności, jeśli brak mu środków niezbędnych do jej realizowania? Spróbujmy pod podobnym kątem spojrzeć na Kościół.
Podstawowym celem Kościoła nie jest zbawienie jak największej ilości ludzi przy ich biernej akceptacji, lecz dostarczenie każdemu człowiekowi moralnych i intelektualnych narzędzi, które pozwolą mu aktywnie współpracować przy Bożym dziele zbawienia jego samego i zbawienia innych ludzi. Kościół nie powinien więc wyręczać ludzkiego sumienia poprzez udzielanie człowiekowi gotowych odpowiedzi na dręczące go pytania, lecz zakorzeniać go w niejednoznacznej logice Ewangelii. Chrześcijanin nie tyle powinien Ewangelii się podporządkować – trudno zresztą powiedzieć, cóż miałoby to znaczyć – ile nią powinien myśleć.
Za nieuzasadnione uważamy oczekiwanie od kogokolwiek „przylgnięcia” do moralnej doktryny, w hipotetyczny tylko sposób wywiedzionej z Ewangelii, gdy ta nie jest w stanie w wystarczającym stopniu usprawiedliwić się przed jego rozumem. Nauczanie encykliki Humanae vitae stanowi tutaj dość wymowny przykład, o czym świadczy jej wyjątkowo krytyczna, nawet jak na posoborowe standardy, recepcja.
Wspomniany już kardynał Gagnon, nie będąc jeszcze kardynałem, w roku 1974 wystąpił przeciwko europejskim biskupom otwarcie krytykującym Humanae vitae. Stwierdził wówczas, że „jednym z obowiązków biskupów jest rozstrzyganie moralnych problemów w taki sposób, żeby wierni wiedzieli, co jest dobre, a co złe”. Naszym zdaniem jest to pogląd błędny. Czego bowiem możemy spodziewać się po człowieku, który przez całe życie był w ten sposób obsługiwany, a który wskutek nagłego znalezienia się w sytuacji granicznej, odcięty od tego, co moglibyśmy określić mianem „żywienia zbiorowego”, musi obsłużyć się sam? Czy zamiast budować wiarę na fundamencie legalnych uczynków, nie słuszniej byłoby to ją raczej uznać za podstawę, uczynki zaś – za naturalne wiary konsekwencje?
Podobnie jak PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca niekoniecznie jest wymiernym wskaźnikiem dobrobytu w państwie, tak też i wyniki badań przeprowadzanych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego nie powinny stanowić podstawy do wnioskowania o religijnym i moralnym poziomie życia wiernych. W Polsce „argument 95 procent” wciąż zdaje się usprawiedliwiać duszpasterską niemoc Kościoła, Francja zaś uchodzi w naszym katolickim kraju za miejsce, w którym ziścił się najczarniejszy scenariusz cywilizacyjnych przemian. Tymczasem wygląda na to, że mniejszościowy Kościół francuski ma się zupełnie przyzwoicie, odkąd przynależność do niego stała się kwestią świadomego wyboru. Za to potęga instytucjonalna Kościoła polskiego – systematycznie zresztą słabnąca – wciąż jeszcze nie przekłada się na jego sprawność formacyjną i intelektualną. Przeciwnie, raczej staje się dla niego źródłem pokus związanych z władzą i posiadaniem.
Być w porządku
W tym wszystkim nie chodzi zresztą o samą tylko skuteczność. Inicjatywa stojąca za ruchem Fair Trade nie przymierza się do budowania kolejnego raju na ziemi, a jedynie chce uczynić świat miejscem choć trochę bardziej ludzkim. Ludzkim, a więc takim, w którym człowiek więcej myśli o drugim człowieku. W którym człowiek w ogóle więcej myśli. W bezmyślności wszak – zauważyła to już Hannah Arendt – znajduje swoją pożywkę zło.
Na uwolnieniu naszego myślenia moralnego od wszelkich automatyzmów zależy również nam, katolikom fair trade. Głos naszego sumienia nie jest bowiem, jak się czasami słyszy, żadnym widzimisię, lecz sądem rozumu praktycznego. Zaufanie, które w nim pokładamy, powinno być wprost proporcjonalne do staranności, z jaką codziennie przystępujemy do jego formowania. Nasz rozum sam się przecież nie wychowa.
Fair Trade zwiększa naszą moralną wrażliwość, pozwalając nam zrozumieć, że znacznie więcej spośród wyborów, których dokonujemy na co dzień, daje się interpretować jako wybory moralne, nie zaś tylko instrumentalne. Wybór określonego produktu nie jest tylko kwestią smaku, lecz również wszystkiego, co się za tym produktem kryje: stosunków społecznych i stosunków pracy, a nade wszystko – losu drugiego człowieka. Mówiąc obrazowo, dobrze jest wiedzieć, że naszych nowych adidasów nie uszyło na przykład pracujące za przysłowiową miskę ryżu chińskie dziecko. Oczywiście, nikt z nas nie chciałby w takich adidasach chodzić. Pytanie jednak, czy dokładamy starań, by zorientować się w pochodzeniu naszego obuwia. Na gruncie idei Fair Trade sama wiedza o obecnym w świecie złu staje się moralnym obowiązkiem każdego człowieka. Ślepa wiara w istnienie globalnego, samoregulującego się i, tym samym, usprawiedliwiającego nas mechanizmu rynkowego wiedzie ku przekonaniu, że jesteśmy „w porządku”. W rzeczywistości na świecie jest dość cierpienia, by obciążyć nim sumienia nas wszystkich.
Pomyślenie o sobie jako o człowieku, który jest „w porządku”, jest jedną z gorszych rzeczy, jakie mogą przytrafić się chrześcijaninowi. Godnie reprezentowana w Kościele tendencja „katechizmowa”, kładąca nacisk na legalistyczne wypełnianie bądź niewypełnianie konkretnych praktyk, a rezygnująca z integralnego formowania ludzkiego światopoglądu, skutkuje, z jednej strony, ciągłym zawężaniem kościelnych marginesów, na których szukają schronienia ludzie będący „pomiędzy”, z drugiej zaś – wychowaniem zastępów zadowolonych z siebie katolików, którzy zachowują się tak, jak gdyby nic nikomu nie byli dłużni; przekonanych, że każdy dylemat moralny posiada dokładnie jedno właściwe rozwiązanie, które w swojej mądrości podpowiada im Kościół i które z jednakową surowością można egzekwować od każdego człowieka.
Ich jaśniejące bielą sumienia raczej niż błogosławieństwem wydają się jednak ich przekleństwem, gdy zapytani o stosunek katolika do problemu dwóch miliardów mieszkańców Ziemi żyjących w skrajnej nędzy, wzruszając ramionami, odpowiadają, że „taki jest świat”.
Wiemy, jaki jest świat. Jest niedoskonały i niedoskonały pozostanie. Pytanie, czy my, katolicy, jesteśmy gotowi do wzięcia za to swojej cząstki odpowiedzialności. Czy swoje zaangażowanie społeczne gotowi jesteśmy rozumieć jako obowiązek, nie zaś fakultatywną dobroczynność. Myślenie o drugim człowieku – nie tylko tym nienarodzonym, lecz także tym bezdomnym, głodnym czy ubogim – i służenie mu na miarę naszych możliwości nie jest jałmużną, nie jest gestem łaski.
Jak we wspomnianym już roku 1968 pisał Jerzy Turowicz, „człowiek, który nie reaguje na to, że wojna w Wietnamie przynosi śmierć i straszliwe cierpienia milionom niewinnych ludzi, że potęgujące się napięcia międzynarodowe grożą całej ludzkości kataklizmem atomowym, że codziennie dziesięć tysięcy ludzi umiera z głodu w Indiach, w brazylijskim Nord Este i gdzie indziej, że niesprawiedliwe struktury społeczne utrzymują miliardowe masy ludzkie w nędzy, ciemnocie, zacofaniu, czyli na poziomie poniżej godności ludzkiej, ten człowiek nie jest chrześcijaninem, nie rozumie Ewangelii i nie daje jej świadectwa”.
Ucieczka przed wolnością
Człowiek, który decyduje się wspierać ruch Fair Trade, wcale nie znajduje się w łatwym położeniu. Odtąd, zamiast żywić się w gastronomii lub iść do supermarketu, w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki i portfela, musi szukać małych sklepików, ponosić większe koszty, upewniać się, że wybierając określony towar, nie przyłoży ręki do krzywdzenia kogokolwiek. Zaczyna przeżywać swoją ekonomiczną wolność w sposób bardziej odpowiedzialny. Bynajmniej nie znaczy to, że idei Fair Trade nie można niczego zarzucić. Obok wspomnianego już elitaryzmu i „psucia rynku” oskarża się ją o to, że umożliwia cynicznym dorobkiewiczom wykorzystywanie ludzi chcących zrobić „coś dobrego”. Obydwa te zarzuty wypada odnieść również do proponowanego przez nas modelu wiary.
To prawda, istnieje spore ryzyko, że stawiany przez nas na cokole katolik fair trade, czując się mniej „czysty” od innych katolików, będzie się zarazem czuł od nich lepszy, bardziej autentyczny. Jest to pokusa, którą bezwzględnie powinien on odeprzeć.
Ludzie mają prawo do bezpieczeństwa, gwarantowanego przez względnie jednoznaczne nauczanie Kościoła. Problem nie polega na tym, że oni tego bezpieczeństwa szukają, lecz na tym, że Kościół instytucjonalny robi wszystko, by ich w tym poszukiwaniu utwierdzić. Nauczanie moralne wciąż wykładane jest raczej w formie nakazowo-zakazowej niż otwartej, wskazującej na powołanie do miłości, sformułowane przez Chrystusa w Kazaniu na Górze. Nad wyraz aktualna wydaje się zacytowana wcześniej wypowiedź z forum internetowego: „Jeśli ktoś mieni się katolikiem, to jego psim obowiązkiem jest słuchać i powtarzać to, co Watykan ogłosił. A jeśli się z tym nie zgadza, to wypad z Kościoła”. Wolność, największy dar, wciąż traktowana jest raczej jako Tischnerowski „dar nieszczęsny”.
Pisał ksiądz Tischner: „Gdy mówimy o niebezpieczeństwach konsumpcjonizmu, obwiniamy wolność. Gdy wskazujemy na aborcję, obwiniamy wolność. Gdy szukamy źródeł pornografii, podejrzewamy wolność. To wolność sprawia, że »wszędzie panoszą się komuniści«, że »są obrażane uczucia ludzi wierzących«, że niektórzy posuwają się nawet do podważania autorytetu Ojca Świętego. […] Może się mylę, ale często – bardzo często – widzę, jak nasz lęk przed wolnością staje się większy niż lęk przed przemocą”.
Uważamy, że obawy sformułowane przez księdza Tischnera prawie dwadzieścia lat temu są wciąż aktualne. Nam, którzy określiliśmy się jako „katolicy fair trade”, marzy się, by Kościół wykazywał się pewnym zaufaniem w stosunku do ludzi nietraktujących bynajmniej spraw wiary na zasadzie pick and choose. W tym tkwi zresztą odpowiedź na drugi zarzut: Każdego katolika, który przykłada rękę do krytyki Kościoła, można oczywiście oskarżyć, jeśli nie o naiwność, to w każdym razie o niegodziwe intencje, o bycie „piątą kolumną”. Można, tylko po co? Przykład ruchu Fair Trade, pogodnego, choć niemającego specjalnych złudzeń w stosunku do pełnego niesprawiedliwości świata, dobitnie pokazuje, że warto zaufać człowiekowi, który gdzieś pomiędzy swoimi egoizmami nosi w sobie pragnienie realizowania tej samej naiwnej miłości, o której poucza nas Ewangelia, a która nie zawsze daje się zamknąć w do bólu jednoznacznych orzeczeniach doktrynalnych. W co i my wierzymy.
Jan Mencwel, Misza Tomaszewski
19 komentarzy:
Dostrzegł was o. Dariusz Kowalczyk SJ. Czy gratulować? Nie wiem. Jego uwagi do tekstu - zamieszczone w najnowszym "W drodze" - wydają się mocne.
(http://archiwum.wdrodze.pl/archiwum/?mod=archiwumtekst&id=13920)
Ciekawi mnie, kto (Wy, czy on) dłużej modlił się do Ducha św. o jego dary, potrzebne do rozwoju życia duchowego? Kto bardziej gorliwie szukał przewodnika na wąskiej i niebezpiecznej ścieżce debaty publicznej. Bo przecież zgadzamy się - mam nadzieję - że masowe zarażanie innych własną niepewnością może być na Sądzie Ostatecznym ocenione równie krytycznie, co spychanie wątpiących w otchłań relatywizmu poprzez nadmierną surowość napomnień...
An
Czytałem felieton o. Kowalczyka. Przystępowałem do jego lektury z nadzieją, że napotkam uwagi krytyczne, ale sensowne. Problem polega na tym, że - pisząc o "katolikach fair trade" - w ogóle nie odnosi się on do głównej myśli naszego tekstu. My piszemy o zaangażowaniu społecznym chrześcijanina, a on - o naszych poglądach na antykoncepcję i aborcję (o tych ostatnich nie ma w tekście słowa, porównanie z Kazimierą Szczuką zupełnie rozbraja)... Tak czy inaczej, nasza odpowiedź na jego tekst ukaże się w miesięczniku "W drodze" w grudniu.
Przyznam, że nie czuję się ekspertem w sprawie Sądu Ostatecznego, niemniej fragmenty Ewangelii takie jak ten:
Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie. Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego. (Mt 18,6-9)
są wystarczająco przekonujące. Nie wiem, czy warto się zastanawiać nad tym, kto modlił się dłużej czy szukał gorliwiej. Nie przypuszczam, żeby jedynie to stanowiło o tym, czy Duch jest przy nas, czy też nie. "Duch wieje, kędy chce". Ale to, co piszesz, na pewno ma znaczenie. Nie przestaję mieć pewnych wątpliwości odnośnie treści, którymi się dzielę z innymi. I mam nadzieję, że nie przestanę ich mieć. Co do tego, że niebezpieczne są obydwie skrajności, o których wspominasz, oczywiście się zgadzamy. Pozdrawiam,
Misza
opowiadano mi kiedyś o bł. Karolu de Foucauld, że przyszedł do kościoła z rozmaitymi wątpliwościami, chcąc księdza nimi zamęczać. Ten powiedział mu - dobrze! Ale najpierw, tu w tej chwili, wyspowiadaj się i przyjmij komunię świętą. Po komunii okazało się, że wszelkie wątpliwości okazały się niewarte roztrząsania.
Inteligent zakrzyknie: moim powołaniem jest wątpić, kwestionować. Po dłuższej refleksji doszedłem do wniosku, że istnieje inna interpretacja:
Wątpliwości muszą przejść test miłości - tej która cierpliwa jest i łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. To najmocniejszy komentarz do przykazania miłości Boga, bliźniego i siebie samego - pierwszego i najważniejszego przykazania chrześcijan.
Założyciel zakonu o. Dariusza Kowalczyka, św. Ignacy - to moje ostatnie olśnienie - stwierdził, że przykazanie "nie zabijaj" odnosi się również do dialogu (chodziło mu konkretne o dialog z kierownikiem duchowym). Chrześcijanin - w odróżnieniu od ateusza, albo innego uwiedzionego światem - ma przede wszystkim "ocalić wypowiedź bliźniego".
Staram się ostatnio tę zasadę promować, choć kusi mnie (dosłownie), by jej jak maczugi używać przeciw bliźnim, u których źdźbła w oku widzę z dużą ostrością ;).
W Klubie - choć uważamy się za spadkobierców idei Okrągłego Stołu i przyznajemy nagrodę Pontifex - nie słyszałem nigdy tak mocno formułowanej zasady (kanonu przyzwoitości) dyskusji. Choć przyznaję, że w odpowiedzi ks. Bonieckiego bp. Meringowi znajduje z radością tego ducha. I z radością czytam Twoje, Miszo, teksty, w których dbasz o kulturę dialogu - nie w tym relatywistycznym, prymitywnym sensie, który stał się kanonem uniwersyteckiej "humanistyki", a którego tak celną krytykę przedstawił Alan Bloom w "Umyśle zamkniętym".
An
An,
Fantastyczny ten wyimek z Ignacego Loyoli. "Ocalić wypowiedź bliźniego" - chętnie przeczytałbym coś więcej na ten temat! Myślisz, że byłaby na to nadzieja?
M.
Przeklejam, bo mi się zdaje, że jako osobny załącznik na Blogu Kontaktu moglibyście to czytelnikom i forumowiczom zaproponować (dokonawszy ewentualnie jakiejś adaptacji):
Uwagi o komentowaniu, czyli PRAESUPONENDUM
Michał Karnawalski SJ, webmaster
Święty Ignacy na samym początku Ćwiczeń Duchownych podaje taką regułę:
(…) trzeba z góry założyć, że każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc mógł ją ocalić. (CD 22) - [czyli reguła nr 22 z "Ćwiczeń duchownych"]
Wychodząc od tego wskazania proponujemy wszystkim Forowiczom krótki “Obyczajnik Komentującego”. Jego celem nie jest ograniczenie swobody wypowiedzi w komentarzach, ale pomoc, by komentujący - jak pisze Ignacy - bardziej pomagali sobie wzajemnie i postępowali w dobrem. Ważną inspiracją do jego powstania jest też dyskusja o komentarzach, jaka jest na naszym forum tu: http://www.jezuici.pl/rozmawiamy/forum/47/n/1697
1. Raczej ocal wypowiedź, niż ją potęp...
Gdy piszesz komentarz lepiej jest zakładać dobre intencje innego komentującego, niż złe. To pomaga uniknąć agresji… i najczęściej jest znacznie bliższe prawdy.
2. Raczej podziel się własnymi refleksjami, uczuciami, doświadczeniami, niż recenzuj cudze...
Masz prawo czuć, co czujesz i myśleć, co myślisz i masz też prawo wyrażać to na forum. Z drugiej strony nie możesz wiedzieć na pewno, co czuje inny, co myśli, jakie ma intencje - tego możesz się tylko domyślać. Dlatego powstrzymaj się od przypisywania innym, co czują, myślą, jakie mają intencje. A praktyka pokazuje też, że najcenniejsze są właśnie te komentarze, w których Forowicze dzielą się sobą bez oceniania innych.
3. Pamiętaj, że za internetowym nickiem stoją prawdziwe osoby...
Internet zapewnia sporą anonimowość. To ułatwia wyrażanie złości w agresywny sposób, skierowany często przeciwko innym. Pamiętaj jednak, że za nickiem kryją się prawdziwe osoby, żywe i czujące, a Ty masz dostęp jedynie do małego fragmentu ich świata, jaki odsłania się w pytaniu, bądź komentarzu. Uszanuj ten świat. Twój komentarz może być dla innych wsparciem, ale może też być zranieniem. Również od Ciebie zależy, czy forum będzie miejscem przyjaznym, czy wrogim dla innych.
4. Raczej siła argumentów, niż argument siły...
Wiele tematów budzi silne emocje i wywołuje gorące dyskusje. I bardzo dobrze - w ten sposób więcej widzimy i lepiej rozumiemy. Łatwo jest jednak przekroczyć granicę oddzielającą polemikę z argumentami od obrażania adwersarzy. Walcz więc na argumenty, nie na inwektywy.
Uwaga o dopuszczaniu i usuwaniu komentarzy (zmienione)
Celem komentarzy jest pomoc osobom, które szukają rozwiązania swoich trudności życiowych lub wątpliwości, w zgodzie z Ewangelią. Wszystkie komentarze są dopuszczane do publikacji przez odpowiadających. Poglądy wyrażane przez komentujących nie muszą być reprezentatywne dla stanowiska Towarzystwa Jezusowego ani Kościoła Katolickiego, ale administratorzy mogą odmówić publikacji komentarza, lub go usunąć, gdy uznają, że: nie odnosi się on do problemu, zawiera wyrażenia uznawane powszechnie za wulgarne, obraźliwe, godzące w osoby lub instytucje, mające na celu jedynie skłócenie dyskutujących (trollowanie).
Źródło:
http://www.rozmawiamy.jezuici.pl/rozmawiamy/articles/52/n/45
Uznanie właśnie teraz dorobku Jezuitów, adaptujących myśl sprzed 500 lat do e-rzeczywistości, byłoby niezwykle eleganckim wstępem do ewentualnej dyskusji z o. Kowalczykiem, prawda? ;)
pozdrawiam
An
Interesujące wydają mi się też uwagi o. Józefa Augustyna, aplikującego tę zasadę do relacji między spowiadającym się a spowiednikiem:
http://www.katolik.pl/konflikt-w-konfesjonale,1716,416,cz.html?s=2
An
We Francji Kościół ma się dobrze. OK racja, tylko sprecyzujcie, czy mówicie o IBP, FSSP, czy FSSPX, a może jest to kącik humoru i robicie sobie jaja mówiąc o dobrej sytuacji w zwykłych diecezjach, które zdziadowane aqqmenizmem i nowinkami świecą pustkami.
Jeżeli wyrażenia "mieć się dobrze" i "nie świecić pustkami" znaczą jedno i to samo, to faktycznie, robimy sobie jaja.
Niestety, nie tylko w kwestii frekwencji dziadostwo - sprawa jakości również pozostawia wiele do życzenia: zarówno w kwestiach liturgicznych, jak i w zupełnie innych: masa nadużyc liturgicznych, Komunia św. udzielana w formie hand-stand - co po pierwsze ze względu na partykuły zostające na dłoni i palcach jest brakiem szacunku do Postaci Eucharystycznych, po drugie niezgodne z myślą liturgiczną Benedykta XVI oraz zaleceniami kard. Levady i kard. Burke z Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. W innych kwestiach Kościół francuski jest również przykładem dziadostwa - ot, chocby kwestia stanowczych wypowiedzi biskupów dot. aborcji, profanacji, in-vitro, antyrodzinnej polityki - nie przyciąga to młodych ludzi - ciekawe, czy hierarchom francuskim nie wstyd, że mimo śmiesznych akcji reklamowych nie udaje się im przyciągnąc ludzi do seminarium, a FSSP, IBP i FSSPX mają obłożenie. Ja oczywiście widzę błędy niektórych polskich hierarchów, natomiast dzięki temu, że żyję w Polsce, w której Kościołem kierował kard. Wyszyński spokojnie ludzie, tacy jak ja, czyli z konserwatymi poglądami mogą wysłuchac Mszy św. w Zwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego - gdybym był we Francji, szukałbym Mszy św. trydenckiej w którymś z w/w instytutów. Warto wspomniec, że Benedykt XVI widząc co się dzieje w takich krajach jak Francja, powołał obok FSSP również IBP, którzy mówiąc krótko mają większe uprawnienia w kwestii krytyki. Także Panowie, zachęcam do odmówienia Różańca św. w intencji obiektywizmu.
Nie wydaje mi się, żeby o jakości prowadzonego przez Kościół duszpasterstwa świadczył sposób udzielania sakramentu Eucharystii. Benedykt XVI ma swoje preferencje, zalecenia są zaleceniami, ale nie mamy tu do czynienia z kwestią najwyższej wagi. Od średniowiecza sporo się w Kościele zmieniło i nie wydaje mi się, żeby postawa zewnętrzna była dziś uznawana za miarodajny wyraz postawy wewnętrznej (to a propos "braku szacunku dla Postaci Eucharystycznych").
Jeśli chodzi o ocenę dziedzictwa kardynała Wyszyńskiego, to nie bardzo jest sens wdawać się w polemikę, gdy kwestia ta została ledwie liźnięta. Wydaje mi się dość jasne, że mamy za co być Wyszyńskiemu wdzięczni i mamy za co mieć do niego żal. Żal dotyczyłby na przykład bogoojczyźnianego charakteru dzisiejszego polskiego katolicyzmu, jego zasadniczej niechęci do pogłębiania swoich intelektualnych podstaw.
Co do oceny sytuacji francuskiej, miarodajna wydaje mi się opinia o. Krzysztofa Paczosa, którą można przeczytać pod tym tekstem. Nie stawiam francuskiego Kościoła za wzór dla Kościoła polskiego, niemniej sposób, w jaki w Polsce się o tym Kościele mówi, jest mocno upraszczający. To nie jest czarny scenariusz, który można by przeciwstawić polskiemu "białemu scenariuszowi". Ani tamten czarny, ani ten biały.
Wybałuszyłem oczy, bo teraz, niejako bagatelizując kwestie przyjmowania Komunii św. dołożył Pan nieźle do pieca. Po pierwsze, proszę rzucic okiem na test z wykorzystaniem niekonsekrowanego opłatka i czarnej rękawiczki. Partykuły niestety zostają, co już jest wystarczającym argumentem za całkowitym zakazem komunikowania do łapy - mam nadzieję, że skoro macie w nazwie "katolicki", to wierzycie w Transsubstantację. Rączka później idzie do kieszeni, na klamkę, itp - powinno się więc zachowac maksymalny szacunek i ostrożnośc, używając paten i komunikując do ust. Proszę się zastanowic dlaczego lekarze używają na sali operacyjnej rękawiczek, masek i fartuchów jednorazowych, a tu mamy do czynienia z Bogiem. To raz. Dwa, skoro postawa zewnętrzna nie jest odzwierciedleniem zewnętrznej, to zachęcam, by swojej wybrance oświadczył się Pan na stojąco, a podczas rozmowy z szefem w pracy żuł gumę i trzymał ręce w kieszeni, ubrany miast w garnitur, w luźną bluzę i skejtowskie dżinsy. A tutaj nie stoi Pan przed szefem, tylko przed Chrystusem. Nie mówiąc już o tym, że zawsze postawa wewnętrzna odzwierciedla zewnętrzną - dlatego idąc na egzamin na uczelni ubieram się w garnitur, a rozmawiając z profesorem nie żuję gumy, tym bardziej więc okazuję maksymalny zewnętrzny i wewnętrzny szacunek Chrystusowi obecnemu w Eucharystii, prędzej już przyjdę w krótkich spodenkach na egzamin, niż do Kościoła, nie mówiąc już o przystępowaniu do Komunii św.
Co do Wyszyńskiego, to Pański argument raczej chybiony - naleciałości ojczyźniane w okresie, w którym kard. Wyszyński kierował polskim Kościołem były nieuniknione.
Pozdrawiam.
Rączka później idzie do kieszeni, na klamkę, itp
Hmm, ale jeżeli Bóg jest wszechobecny to również i w kieszeni oraz na klamce...
I to zanim trafi tam w wersji eucharystycznej...
:)
I ja przecieram oczy ze zdumienia.
1. Wierzymy w transsubstancjację. Czy kiedy przyjmuję komunię do ust, wszystko jest już sterylne? Proszę pomyśleć o niedostrzegalnych drobinach zdmuchiwanych z pateny przez leciutkie powiewy. I o tych, które osadzają się w jamie ustnej, a które następnie wypluwamy do umywalki przy myciu zębów. Jedno, co uzyskujemy w ten sposób, to totalną schizę, ponieważ w Kościele nie da się wprowadzić warunków laboratoryjnych (Eucharystia przyjmowana dożylnie byłaby krokiem w tym kierunku). Zachowajmy rozsądek i szanujmy to, co święte, starając się nie popadać w absurdalne konsekwencje zbyt usztywnionych postaw. W przynajmniej dwóch polskich diecezjach wolno przyjmować komunię na rękę. Zbrodnia? Moim zdaniem nie. O ile mi wiadomo, to forma opisywana przez Ojców Kościoła i mająca istotną symbolikę.
2. To jakaś pomyłka. Po pierwsze, istnieją oczywiście utarte kulturowo sposoby zachowania się w określonych sytuacjach. Nie wydaje mi się, żeby zwyczaj przyjmowania komunii na klęczkach do takich w tej chwili należał. O ile wiem, procesja, złożone ręce i klękanie wzięły się ze średniowiecznych ceremoniałów oddawania czci panom feudalnym. Cóż to ma wspólnego z naszą rzeczywistością? Ano niewiele. Proszę nie ubóstwiać tego, co w Kościele zmienne i uwarunkowane kulturowo.
3. Jeżeli chodzi o porównanie Chrystusa do profesora, to kompletnie go nie rozumiem. Postrzeganie moich zachowań przez profesora jest uwarunkowane kulturowo, odczytuje on je w zgodzie z kodem, który obydwaj rozumiemy. Chrystus wiele wspólnego z tym nie ma. Określone konwencje służą mnie, a nie Jemu. W swojej izdebce (tam, gdzie nikogo nie gorszę) mogę się modlić na głowie, nago, żując gumę - jeśli tylko pomaga mi to utrzymać skupienie modlitewne. Inna rzecz, że - przynajmniej jeśli o mnie chodzi - postawa siedząca najlepiej sprzyja takiemu skupieniu. Ale nie staram się jej narzucać innym. Tu przypomina się św. Augustyn, który śpiewał psalmy, siedząc na kloace. Jeśli do kościoła zakłada Pan garnitur - proszę bardzo, ale to już Pańska sprawa. Wszystkich nas obowiązują granice wyznaczone przez kulturę, a tych przyjmowanie komunii na rękę nie narusza. Swoją drogą, warto, by ludzie poznawali symboliczne znaczenie gestów i postaw wykonywanych podczas mszy świętej. Wtedy nagle okazują się ważne.
4. Nie wątpię, że pewne elementy dziedzictwa kardynała Wyszyńskiego są nieuniknioną konsekwencją jego skutecznej walki o przetrwanie Kościoła w niezwykle trudnych czasach. Nie podważam tego, tylko po prostu nad nimi ubolewam. I zastanawiam się czasem, czy jednak nie dałoby się inaczej. Albo kiedy należało zabierać się za ich prostowanie, żeby nie skończyło się tak, jak się skończyło.
I ja pozdrawiam,
M.T.
Wie Pan - wiadomo, że nie utrzymamy w Kościele sterylnych warunków, zawsze może się coś zdarzyc - chodzi o to, by dostępnymi środkami bez robienia z kościoła laboratorium jak najbardziej zminimalizować prawdopodobieństwo upadnięcia partykuł na ziemię, itp. Takimi środkami są złote pateny oraz Komunia św. do ust - co innego robienie z Kościoła sali operacyjnej, a co innego podejmowanie działań, które zwiększają i to w dużym stopniu prawdopodobieństwo, że nic się nieporządanego z partykułami nie stanie - św. Jan Maria Vianney, mimo iż sam chodził w znoszonej sutannie i żył skromnie, zawsze wybierał westymenta o wysokiej jakości. To wszystko składa się na umocnienie wiary ludzi w Transsubstantację. Komunikowanie na klęcząco i do ust nie jest żadną totalną schizą, tylko:
1. Komunia św. na klęcząco jest zewnętrznym wyrazem wewnętrznej postawy - wyraża cześc, godnośc, podziękę - jak widac, chocby po statystykach, pozwolenie na komunikowanie na stojąco, w krajach, w których się wraz z przyjmowaniem na rękę upowszechniło doprowadziło do zmniejszenia poczucia sacrum, a w efekcie do stopniowego spadku frekwencji - niekorzysc jest więc podwójna.
3. Podobnie jest z komunikowaniem do ust - po pierwsze łatwiej jest taki komunikant wyniesc z kościoła, po drugie, partykuły nie zostają na rękach, a jak możemy najlepiej powinniśmy o Postacie Eucharystyczne dbac. Po to również jest patena.
Często pojawia się argument, że do ręki w dawnych czasach Komunii św. udzielano. Trzeba pamiętac o kilku rzeczach. Po pierwsze Pius XII skrytykował archeologizm. Po drugie Komunia św. do ust została wprowadzona po Cudach Eucharystycznych, co mówi samo za siebie. Po trzecie, w Prawosławiu jest nadal udzielana na rękę, jednak tą rękę wierni później wylizują, w obawie przed profanacją. Nie prościej po prostu udzielac do ust, niż w imię nie wiadomo czego zwiększac prawdopodobieństwo profanacji?
A i z tym profesorem się nie zrozumieliśmy ;-) Ja nie porównałem Chrystusa do profesora, tylko powiedziałem, że skoro ubieram się elegancko na egzamin i nie żuję gumy, to TYM BARDZIEJ powinienem przyjsc do Kościoła ubrany skromnie, nie luźno, a przystępując do Komunii św. najbardziej jak mnie na to stac okazac Panu Bogu szacunek.
Zachęcam do zmodyfikowania spojrzenia - chodzi przecież o to, by tak jak umiemy, najbardziej okazac Panu Bogu szacunek - a we Francji na różnych polach, nie tylko w Liturgii (choc na tym się skupiłem) są z tym problemy. Mam nadzieję, że z czasem wyzbędziecie się uprzedzeń w stronę konserwatystów, które trochę widac, szczególnie po tym fragmencie dot. strzykawek, bo tu wcale nie chodzi o przesadny legalizm - pozdro.
1. Owszem, trochę przerysowałem, ale tylko po to, żeby pokazać, że nie ma tu żadnej ostrej granicy i nie rozumiem, dlaczego wyznacza ją Pan akurat w tym miejscu (komunikowania do ust zamiast na rękę).
2. Nie wiem, w jaki sposób można statystycznie zmierzyć wpływ zmiany postawy przyjmowania komunii (w izolacji od innych czynników, których w sekularyzujących się społeczeństwach jest od groma) na spadek praktyk religijnych. Wprowadzenie języków narodowych do liturgii także musiało wpłynąć na spadek poczucia sacrum, a to dlatego, że ludzie zazwyczaj wiążą sacrum z tym, co niezrozumiałe. Pytanie, czy wyłącznie poczuciem sacrum mamy się kierować i chodzić na jego pasku.
3. Jeśli krytykujemy archeologizm, to swobodnie możemy to zrobić także w stosunku do postawy klęczącej, która - jak już sygnalizowałem - jest wynalazkiem średniowiecznej Christianitas. Warto zdawać sobie sprawę z różnych uwarunkowań kulturowych. Dla mnie spór o postawę osoby przyjmującej komunię - czy ma być stojąca, czy klęcząca - jest sporem czwartorzędnym.
4. Odsuwając na bok uprzedzenia, których próbuję unikać, choć wiem, że to niełatwe - przepraszam, jeśli napisałem za ostro - zadajmy pytanie, czego nasze spory dotyczą. Zadajmy pytanie o to, jak odbudować poziom praktyk religijnych jak reformować czy de-reformować mszę świętą, ale nie zaczynajmy od podważania zasadności udzielania komunii na rękę pod groźbą niewiary w transsubstancjację. Jedno ma z drugim stosunkowo niewiele wspólnego, a jeśli postawimy sprawę na ostrzu noża, to skończymy w laboratorium. A przecież nie o to tu chodzi, lecz o ducha, z jakim przystępujemy do sakramentu.
1. Ja uważam, że ostra granica jest w tym miejscu z prostego rachunku prawdopodobieństwa - dużo większe jest prawdopodobieństwo, że cząstki znajdą się poza ustami wiernego jest gdy komunikuje się do ręki bez pateny, niż z pateną i bezpośrednio do ust. Co do ostatniego akapitu chodzi mi oczywiście, że komunikowanie na rękę, prócz tego, że znacznie podwyższa niebezpieczeństwo profanacji, to jeszcze jest jednym z tych czynników, które świadomość sakramentalną u ludzi obniżają. Z tego powodu cieszę się z tego, że kard. Levada i kard. Burke mają dużo do powiedzenia i liczę, że w niedługim czasie Komunia św. na rękę zostanie ogólnie zakazana.
2. Nie no, oczywiście że nie mówię, że to jest w odizolowaniu od innych czynników, na to się złożyło dużo rzeczy - ja bym tutaj chciał napomknąc, że zwolennicy reformy mówią, o zwiększeniu świadomości ludzi i się z tym głęboko nie zgadzam - pomijając oczywisty fakt, że i tak nie mamy szans na pełne pojęcie, to przeciwnie, uważam, że świadomośc sakramentalna spadła - pół wieku temu przychodziło się do kościoła ubranym skromnie, elegancko - dzisiaj, szczególnie w porze letniej można zauważyc ludzi w bezrękawnikach, szortach - co przeszkadza mi podwójnie, bo raz denerwuje mnie widok kogoś, kto przyszedł w stroju grillowym na Mszę świętą, po drugie kiedy ładna dziewczyna nie ubierze się skromnie, nie zakryje ramion, włosów to bardzo utrudni mi, Panu i innym mężczyznom skupienie.
Z postawą klęczącą jest ta sprawa, że niejako ona wyewoluowała - nie powstała w wyniku rewolucji, tutaj widzę zasadniczą różnicę. Zdaję sobie sprawę z czynników kulturowych i uważam, że są one kolejnym argumentem za komunikowaniem na klęcząco, bo najlepiej zewnętrznie wyrażają cześc. Przez długi czas stawiano sprawę na ostrzu noża i jakoś w laboratorium nie skończono - a eksperyment z liberalizacją jak widac po frekwencji we Francji, krajach Beneluksu po prostu nie wypalił i widzi to papież.
I nie wiem, dlaczego Pan nie widzi korelacji między postawą zewnętrzną, a wewnętrzną? Na godnosc składa się zarówno jedna, jak i druga postawa.
Tak nawiasem, uważam za dobry zwyczaj mycie samochodu przed niedzielą, ubieranie najlepszych ubrań - mylne jest stwierdzenie, jakoby ludzie tak czynili, żeby pokazac się przed sąsiadami - pzdr
1. A ja będę upierał się przy tym, że granica ta jest arbitralna. Tutaj podstawową sprawą jest nie sterylność, a symbolika. Przyjmowanie komunii na rękę, co osobiście praktykuję, rozumiem jako akt aktywnego, a nie tylko pasywnego przyjęcia Eucharystii. Dodajmy, że odkąd akt ten jest możliwy, wykonuje go stosunkowo niewielu katolików. Spośród tych, których znam - ludzie głęboko wierzący i mocno swoją wiarę przeżywający (nie wszyscy oczywiście, ale łączy ich pewien wyraźny rys). Marzenia o odgórnym zakazaniu komunikowania na rękę nie skomentuję.
2a. Widzę podstawową zaletę łaciny w liturgii, ale jest nią nie niezrozumiałość tego języka dla większości wiernych (słynne hokus pokus, które wzięło się z "hoc est enim..."), lecz powszechność. W którym kraju bym nie wylądował, na mszy usłyszę ten język. Ten problem ma jednak swoje drugie dno, ponieważ łacina jest językiem europejskim, który niesie ze sobą europejskie kategorie myślenia. Są one kompletnie niezrozumiałe np. dla chrześcijan wschodnich, w związku z czym łacina w liturgii nie daje się pogodzić z inkulturacją.
2b. Wiadomo, że pewnych spraw nie zrozumiemy, ale w tym miejscu jest to argument nieadekwatny. Bóg jest niewysłowiony, co teologia negatywna osiągnęła, to osiągnęła, ale tu chodzi po prostu o to, żeby uczestniczący w mszy człowiek rozumiał sens słów, które wypowiada, i gestów, które wykonuje. I to jest ważne, ponieważ Eucharystia nie jest magicznym obrzędem, lecz aktem wspólnotowego dziękczynienia.
3. Co do uwag o stroju plażowym w kościele - zasadniczo się zgadzam. Dlatego podkreśliłem, że istotną kwestią jest zgorszenie. W mojej izdebce nie dotyczy mnie to zagrożenie. Warto więc wspomnieć o tym, co w 14 rozdziale Listu do Rzymian pisał święty Paweł.
4. Jeszcze raz - postawa klęcząca jest dziedzictwem średniowiecza i objawem średniowiecznego stosunku człowieka do władzy. Wcześniej chrześcijanie modlili się na stojąco. Nie widzę żadnej przewagi jednego nad drugim, ponieważ żadna z tych postaw nie wyraża niczego w sposób obiektywny, a żadna też nie jest w naszej kulturze wyrazem lekceważenia. Dajmy spokój narzucaniu ludziom postawy, w jakiej mają przystępować do sakramentu, to obłęd. Naprawdę nie musimy dekretować wszystkiego. Zresztą wiara w to, że podobne usztywnienia powstrzymają proces pustoszenia Kościołów, jest naiwnością. Bez głębokiej refleksji nad źródłami sekularyzacji nie będziemy potrafili temu procesowi przeciwdziałać.
5. "I nie wiem, dlaczego Pan nie widzi korelacji między postawą zewnętrzną, a wewnętrzną? Na godność składa się zarówno jedna, jak i druga postawa".
Na tyle, na ile rozumiem to, co Pan napisał: nie twierdzę, że takiej korelacji nie ma. Jak już podnosiłem, modlę się na siedząco, a nie na leżąco na przykład. Ale protestuję przeciwko poszukiwaniom obiektywnych korelacji, przy pomocy których chcemy narzucić chrześcijaninowi jedyne słuszne postawy kultowe, łudząc się, że przy okazji przykładamy rękę do poprawy społecznej sytuacji Kościoła. To jest coś naprawdę czwartorzędnego.
Kłaniam się,
M.T.
Jak dobrze, że jesteście. Dopiero zaczynam zaczytywać się w Waszych tekstach, ale wreszcie znalazłam przestrzeń, w której odnajduję siebie, w której mówi się z poszanowaniem i wiary/niewiary, i rozumu. Mieszkam w Krakowie, od kilku lat poszukuję tu - moze to błąd, ale głównie pośród duszpasterstw - wspólnoty, która oprócz wiary i modlitwy będzie szanować także rozum i wolna wolę. Co i rusz trafiam na ludzi, którzy jeżą się na samo wspomnienie o tym, że oprócz dogmatów i nauczania papieskiego mamy jeszcze rozum i wolę, które - było nie było - są DARAMI od Boga, nie jakimś przekleństwem. Z wielka przyjemnością czytam zatem Wasze teksty i dyskusje, mój rozum niedowiarka chyba po raz pierwszy czuje się nie oceniany i wartościowany, ale w pełni akceptowany ;)
Pozdrowienia
Mon
Mon,
Dzięki za te słowa! Nota bene, Twój komentarz przeczytałem przez przypadek, zaglądając na dawno nieaktualizowany blog. Zapraszam Cię na nową (już nie taką nową) stronę Kontaktu: www.magazynkontakt.pl
Pozdrawiam,
Misza
Prześlij komentarz