poniedziałek, 11 lipca 2011
O niespodziewanym skutku niepodległości Sudanu Południowego
Czyżby dotychczasowe mapy się zdezaktualizowały? W sobotę Sudan oficjalnie podzielił się – narodziła się Republika Południowego Sudanu. W nowej stolicy – Dżubie – wszyscy się cieszą, świętują i wiwatują ku chwale nowej ojczyzny. Jednakże gdy opadnie już kurz świątecznej euforii, trzeba będzie na nowo spojrzeć na całą Afrykę. Przełamano pewne polityczne tabu. Rządy większości krajów świata uznając nowe afrykańskie państwo, podważyły kardynalną zasadę nienaruszalności granic kolonialnych w postkolonialnej Afryce. I nikt nie wie, jakie będą tego skutki. Jedno jest pewne: nie warto kupować jeszcze nowej mapy świata. Niewykluczone bowiem, że w następstwie uznane zostanie niedługo następne afrykańskie państwo – Republika Somalilandu.
Somaliland ogłosił niepodległość dwadzieścia lat temu. Po raz drugi. Pierwszy raz uczynił to pół wieku temu i uznało to wtedy trzydzieści pięć państw świata, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Niepodległość trwała siedem dni, przez ostatni tydzień czerwca 1960 roku. Dziś nazywa się ten okres ciekawym określeniem: „niepodległość techniczna”. Rozwiązanie takie zaplanowała w ramach dekolonizacji ONZ, by stworzyć jednorodną etnicznie Somalię (mimo, że dekolonizacja to oddanie władzy w lokalne ręce). Po tygodniu niezależnego istnienia Somalilandu (będącego wcześniej kolonią brytyjską) połączył się on w ramach unii z Somalią (kolonią włoską). Powstała Republika Somalii przetrwała dziesięć lat. Podobnie jak w innych krajach Afryki, po kilkuletnim okresie pokolonialnych rządów, władzę w wyniku zamachu stanu przejął dyktator - gen. Muhammad Siada Barre. Wkrótce zaczął marginalizować post-brytyjską część kraju. W efekcie wybuchła walka o wpływy, która wraz z upadkiem ZSRR, przerodziła się w krwawą wojnę domową. Trwa ona do dziś, choć toczy się wyłącznie na terytorium byłej kolonii włoskiej. Na terytorium post-brytyjskim w 1991 roku odrodził się Somaliland. Tym razem żadne państwo świata nie uznało jego niepodległości.
Dziś, po dwudziestu latach, Somaliland jest jednym z najbardziej demokratycznych i najlepiej zarządzanych państw regionu. Mimo że nieuznanym. Kraj ten wielkościowo porównywalny jest do Grecji, Anglii lub razem wziętych Litwy, Łotwy i Obwodu Kaliningradzkiego. Zamieszkuje go 3,5 miliona mieszkańców, z czego połowa żyje w stolicy – Hargiesie. Ich paszporty są nieważne – można ich nazwać nieistniejącymi obywatelami. Somaliland posiada własną flagę, godło, hymn, konstytucję, walutę, armię, prezydenta, rząd i dwuizbowy parlament. Oczywiście wszystko nieuznane. Dwadzieścia lat niepodległości to całe pokolenie, które urodziło się w niepodległym państwie. Pokolenie, którego oryginalną tożsamością narodową jest nieuznane państwo. Jak to się stało?
Powodów jest wiele. Choć przede wszystkim winna jest ideologia. Wśród dzisiejszej somalijskiej opozycji (opozycji, to znaczy klanowych warlordów i ich prywatnych armii) i elit rządzących w Somalii (rządzących, to znaczy kontrolujących zaledwie jedną dzielnicę stolicy - Mogadiszu) wciąż żywa jest idea „Wielkiej Somalii”. Regionalne i światowe mocarstwa, z różnych powodów, niechcąc stracić poparcia somalijskich elit, podtrzymują tą pan-somalijską iluzję; USA (ponieważ Somalia jest głównym frontem walki z globalnym terroryzmem) i Egipt (prowadzący z Etiopią cichą wojnę o wody Nilu). Państwa te wspierają pogrążoną w wojnie Somalię, kosztem samoistnie rozwijającego się Somalilandu. A brak zgody Mogadiszu poważnie utrudnia międzynarodowe uznanie niepodległości Somalilandu.
Uznanie Somalilandu blokuje też międzynarodowy strach. Wśród Wspólnoty Międzynarodowej istnieje przekonanie, że akt ten może doprowadzić do bałkanizacji Somalii, Rogu Afryki, a może i całego kontynentu – chodzi o dążenie poszczególnych etnosów, regionów i ruchów separatystycznych do autonomii lub całkowitej niepodległości. Argumentem wysuwanym w tym przypadku było prawo międzynarodowe – do niepodległości mają prawo wyłącznie kraje jednorodne etnicznie i trzymające się granic kolonialnych. Nie ma przyzwolenia na tak zwane pogwałcenie granic terytorialnych okresu kolonialnego. A siedem dni niepodległości Somalilandu w 1960 roku jest wyłącznie „techniczne”. Od soboty sytuacja się zmieniła. Wraz z uznaniem Sudanu Południowego pojawiła się szansa dla Republiki Somalilandu, co podkreśla w wywiadzie z The Economist jej prezydent – Ahmed Mohamed Silanyo
„Społeczność Międzynarodowa, uznając niepodległość Południowego Sudanu, niejako otworzyła furtkę Somalilandowi. Oznaczałoby to, że zasada pozostawienia granic Afryki w kształcie, jakie były w chwili uzyskania niepodległości, uległa zmianie. Zatem jeżeli w przypadku Południowego Sudanu to się udało, to nie widzę przeszkód, aby Somaliland nie mógłby zostać uznany. Nie widzę też powodu, dla którego stanowisko Wspólnoty Międzynarodowej w sprawie oddzielenia się Somalilandu od Somalii, miałoby być nadal niezmienne.”
Wtóruje mu Mohamed Omar, Somalilandzki Minister Spraw Zagranicznych: „Chcemy używać przypadku Południowego Sudanu do bardziej agresywnej polityki na rzecz uznania naszego państwa w Unii Afrykańskiej i Wspólnocie Międzynarodowej.”
W efekcie Somaliland jest dziś najbliżej uznania niepodległości w całej swojej historii. Po dwóch dekadach rozwoju, rząd somalilandzki współpracuje z ONZ i najważniejszymi organizacjami międzynarodowymi, a z racji strategicznego usytuowania geopolitycznego oraz stabilnej i demokratycznie wybranej władzy, stosunki wielu krajów z Republiką Somalilandu są coraz bliższe i silniejsze. W Hargeisie, stolicy kraju, swoje reprezentacje pełniące funkcje ambasad, otworzyły już Etiopia, Kenia, Jemen i Dżibuti. Pozycji Somalilandu sprzyja również nagłośniona w światowych mediach walka z piratami w Zatoce Adeńskiej, których Republika Somalilandu zwalcza, co czyni ją istotnym partnerem koalicji antypirackiej. Sprzyja również permanentnie niepewna sytuacja w Somalii. W porównaniu do której Somaliland przez ostatnie dwadzieścia lat dokonał gigantycznych postępów rozwojowych.
Jakie są szanse Somalilandu? Wydaje się, że spore. Dwa miesiące temu sondował to minister spraw zagranicznych Kenii. Dla Nairobi pojawienie się Somalilandu byłoby na rękę – osłabiłoby idee pan-somalijskie, które zagrażają terytoriom północnej Kenii. W większości zamieszkują je etniczni Somalijczycy, co stanowi pretekst do podnoszenia argumentu zmiany granic. Nieoficjalnie twierdzi się, że Kenia próbuje namówić do uznania Somalilandu również Ugandę. Ale to nie jedyne głosy w tej sprawie. Niedawno prognozowano, że jako pierwszy uzna Somaliland Izrael, tworząc sobie tym samym dobrze ulokowanego geopolitycznie sojusznika, potrzebnego zwłaszcza w tak ciężkich dla tego państwa chwilach, jak obecnie. A od soboty sprzyja temu również powstanie Sudanu Południowego, którego urzędnicy już pół roku temu ogłosili, że zmierzają uznać Somaliland – wraz z wzajemnością. Torując tym samym drogę do naśladowania regionalnym mocarstwom. Na przykład Etiopii, która korzysta z somalilandzkich portów, i która z chęcią uznałaby Somaliland, ale wyraźnie nie życzy sobie tego Unia Afrykańska. Nie od dziś wiadomo, że Etiopia pierwsza tego nie uczyni. Ale jako druga, albo trzecia – z pewnością.
Zatem pytanie nie brzmi „czy”, ale „kiedy” Somaliland zostanie uznany? Dlatego lepiej wstrzymać się z kupnem nowych map, mogą zbyt długo nam nie posłużyć. Swoją drogą, jestem ciekaw czy zdaje sobie z tego sprawę polski MSZ? Boje się, że nie. A niewykluczone, że Somaliland zaistnieje jeszcze w czasach polskiej prezydencji...
Paweł Cywiński
zdjęcie ze zbiorów autora
Etykiety:
Afryka,
niepodległość,
Paweł Cywiński,
poza Europą,
Somaliland,
Sudan Południowy
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz