Stronice Rodzinnej Europy powinny dać wiele do myślenia zwłaszcza katolikom. To zadziwiające, że już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku (a może nawet wcześniej) Miłosz wskazywał na demony, które targają polskim społeczeństwem także w wieku XXI. Przypominając sobie postaci prefekta Chomika („Pewnie nie miał wielu złudzeń. Ale nie mieli ich i jego poprzednicy, nawracający mieczem heretyków”) i nauczyciela łaciny Rożka („Promieniowała z niego optymistyczna wiara w rozum ludzki, w zdolność do zespołowych osiągnięć i w postęp”), między którymi w szkole musiał wybierać młody Miłosz, zestawiłem je z bohaterami internetowej gry „Vatican Wars”, o której pisał w „Kontakcie” Ignacy Dudkiewicz. A więc z jednej strony templariusze, „strażnicy prawdziwej wiary”, z drugiej zaś krzyżacy, „nowocześni i otwarci”. I choć „Watykańskie Wojny” nie są produktem polskim, zbyt wiele z takiego uproszczonego obrazu obecne jest w nauczaniu rodzimych księży i argumentacji liberalnych środowisk, by zignorować ten fakt. Boli to, że pomimo upływu dziesiątek lat krzywdząca, dwutorowa wizja świata nie zniknęła. Zbyt wyraźnie zaznacza się ją z ambon, z mównicy sejmowej. Albo wybieramy drogę Chomika, albo paktujemy z Rożkiem – zdają się mówić elity polityczne i duchowieństwo. Człowiek, który nie akceptuje ani jednego, ani drugiego, zostaje z poczuciem osamotnienia.
Świat, którego wartości rozkładają się na dwa bieguny, to zresztą wizja ciesząca się sporym powodzeniem w polskim Kościele. Duchowieństwo (i niektórzy przywódcy polityczni) lubi, jak już wspominaliśmy, dzielić rzeczywistość na „my” i „oni”, ale ich aprobatę zyskuje też dualistyczna koncepcja walki Dobra ze Złem. Pół biedy, gdy ktoś wszystko w ten sposób upraszcza i każdy czyn bez mrugnięcia okiem klasyfikuje do Dobra lub Zła. Gorzej, gdy świadomie, z pełną premedytacją i bez cienia zażenowania próbuje się Dobro i Zło zjednać w swoim zachowaniu. O tym właśnie pisze Miłosz w Rodzinnej Europie: „Przekonałem się później, że dualistyczne pierwiastki są u katolików bardzo silne. Na przykład te dziewczęta, które spędzają noc z kimś dla sportu, wiedząc, że muszą rano obudzić się w porę, żeby nie spóźnić się na mszę”. Dla pisarza jest to coś więcej niż obłuda – jego zdaniem to przejaw pogardy wobec siebie, wynikającej z chęci zrobienia na złość, z pragnienia maksymalnego zanurzenia się w Złu. Osobiście nie wychodziłbym tak daleko i takie postępowanie nazwał po prostu hipokryzją. Oczywiście, nikt nie chciałby być oskarżony o fałsz. Zrozumiała jest też linia obrony przekonująca, że każdy człowiek jest grzeszny i nawet święci – jak np. Augustyn – przechodzili w swoim życiu przez chwile naznaczone złem. Tyle że nie o ludziach prawdziwie rozdartych tu mówimy, lecz o sytuacjach ekstremalnych, gdy jawny, świadomy, wykonywany z premedytacją grzech idzie w parze z fasadową pobożnością.
Rodzinna Europa kreśli też smutny obraz Polaka-katolika. Pokazuje, jak naród z religią postanowiły wziąć się pod rękę w czasach zaborów i jak niebezpieczne było to połączenie z punktu widzenia zaborców. O ile jednak politycznie zaangażowany kler miał jeszcze rację bytu w chwilach niewoli, to wolna Polska napisała już zgoła inny, przykry rozdział tej historii. Sytuacja, w której nie da się określić, „co jest obyczajem narodowym, a co religijnym”, z siły cementującej obywateli stała się przekleństwem dla państwa. Miłosz jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym słusznie odciął się od tego typu postaw, jednak nim kierowała wówczas nienawiść do ówczesnego towarzystwa salonowego, pełnego obłudy. Nam powinna przyświecać inna idea – troska o zachowanie czystości misji Chrystusa, jej uniwersalności i niezależności od narodu czy przekonań politycznych.
Polskiemu katolicyzmowi Miłosz zarzucał także, że jest za mało zanurzony w Biblii. Zdaniem pisarza w pierwszym rzędzie zależy nam na przywiązaniu do liturgii. „Judaizm – pisze – w przeciwieństwie do swoich rywali w starożytności, z ich cykliczną wizją świata, ujmował Stworzenie w ruchu, jako dialog, jako wyłanianie się ciągle modyfikowanych pytań i ciągle modyfikowanych odpowiedzi i […] tę właściwość odziedziczyło po nim chrześcijaństwo”. Rzeczywiście, w polskim Kościele brakuje ruchu, dialogu, pytań. Nie ma atmosfery konstruktywnego sporu, dyskusja zbyt często kończy się przyporządkowaniem do którejś ze wspomnianych stron. Wydaje się, jakby katolicyzm skostniał, zamarł. Wrażenia tego nie poprawiają wypowiedzi księży, którzy często grzmią z ambony w wyimaginowanego wroga, jakby nadal tkwili myślami w PRL-u.
Na sam koniec jednak fragment, który do serca powinni wziąć sobie wszyscy Polacy, nie tylko katolicy. Tym razem jest to cytat „Listów z Rosji” Custine’a, które w „Rodzinnej Europie” przytacza Miłosz: „Spędziłem noc rozmyślając nad wielkim problemem względnych cnót i wad. I doszedłem do wniosku, że nie wyjaśniono dostatecznie w naszych czasach bardzo ważnego punktu moralności politycznej: jaka część zasługi czy odpowiedzialności przypada każdej jednostce w jej działaniach, a jaka społeczeństwu, w którym jednostka się urodziła. Jeżeli społeczeństwo czerpie chwałę z wielkich rzeczy dokonanych przez kilku swoich synów, powinno również poczuwać się do solidarności ze zbrodniami popełnionymi przez kilku innych”. Czyż nie powinniśmy się zachować równie szlachetnie w stosunku do np. Jedwabnego lub, jako członkowie Kościoła, do pedofilii? Odpowiedzialność za błędy powinna być przyjmowana równie godnie jak odpowiedzialność za sukces.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz