poniedziałek, 5 grudnia 2011

Wolfgang Tillmans wielkim artystą jest


Tomek Kaczor

Od 19 listopada sale warszawskiej Zachęty goszczą prace jednego z najbardziej znanych współczesnych fotografów – Wolfganga Tillmansa. I choć na kulturalnej mapie stolicy wystawa Zachęta Ermutigung jest wydarzeniem dużego kalibru, przybliżenie postaci autora wydaje mi się niezbędne.

Pierwsza wystawa Tillmansa zawisła pod koniec lat 80. w jednej z hamburskich kawiarni. Były to wielokrotnie powiększone, czarno-białe kserokopie cudzych zdjęć. Fotograf ma wtedy 20 lat i jest jednym z wyznawców nowej kultury techno, która zaczyna agresywnie wchodzić na rynek muzyczny. W opuszczonych magazynach i fabrykach organizowane są półlegalne imprezy, podczas których ekstatycznym tańcom przy nowej muzyce oddają się kolorowe tłumy. Tillmans wchodzi tam z aparatem fotograficznym i dokumentuje życie ludzi ze swojego otoczenia, przyjaciół, rodzące się nowe subkultury. Jest też na pierwszej berlińskiej Love Parade. W imprezach techno widział on zapowiedź nowych czasów wyzwolenia obyczajowego, politycznego i seksualnego. Jego prace to specyficzne połączenie reportażu i fotografii modowej. Ten styl oraz swobodne podejście do prezentowania zdjęć sprawiły, że w 2000 roku, jako pierwszy niebrytyjski artysta, zostaje uhonorowany prestiżową Nagrodą Turnera zyskując tym samym międzynarodową sławę.

Tym, co stało się znakiem rozpoznawczym Tillmansa, jest jego podejście do ekspozycji. Zrywa on z tradycyjną prezentacją zdjęcia jako obiektu oprawionego w passepartout i powieszonego w ramie. Na swoich wystawach pokazuje zarówno wielkoformatowe, atramentowe wydruki jak i małe odbitki z fotokiosku. Miesza zdjęcia własne z pocztówkami czy – jak to zrobił na swojej pierwszej wystawie – kserówkami cudzych zdjęć. Klasycznie i z pietyzmem oprawia nieostre, pozbawione kompozycji, jakby przypadkowe „fotki”, a wystudiowane ze smakiem kadry przykleja do ściany taśmą klejącą niczym listę zakupów na drzwi lodówki. Także rozwiązanie przestrzenne jego ekspozycji zburzyło wcześniejsze wyobrażenie kuratorów na ten temat. Wystawy Tillmansa to bowiem dzieła totalne. Są one jedną wielką instalacją, w których nie ma miejsca na żadne przypadkowe elementy. Artysta spędza wiele dni na zakomponowaniu swoich ekspozycji: wiesza, zdejmuje, przesuwa zdjęcia. Nie da się ich oglądać w sposób linearny, jak klasycznej fotograficznej czy malarskiej wystawy, gdyż są one porozrzucane na całej ścianie. Do jednych trzeba kucnąć, inne zobaczyć można wyłącznie z dystansu, bo wiszą wysoko. Anektuje całą przestrzeń galerii – zdjęcia wiszą nie tylko na ścianach, ale też na drzwiach czy w różnych ukrytych miejscach, w których nikt by się ich nie spodziewał. Na wystawie w Zachęcie ustalał nawet miejsca, w których mają stać krzesełka ochrony. Wszystko jest ważne, wszystko wpływa na odbiór ekspozycji.


Wystawa Wolfganga Tillmansa w Hamburger Bahnhof, Berlin, 2008

Warszawska wystawa Tillmansa nie była moim pierwszym spotkaniem z tym fotografem. Kilka lat temu oglądałem jego ekspozycję w Berlinie i pamiętam, że wyszedłem z niej oburzony. Jego koncepcja prezentacji zdjęć kompletnie do mnie nie trafiła, czułem się nawet trochę oszukany. Dlatego ucieszyłem się, gdy przed paroma miesiącami usłyszałem, że wystawa Tillmansa zawiśnie w Zachęcie. Moje berlińskie oburzenie zrzuciłem na karb braku doświadczenia, niedostatecznej wiedzy na temat sztuki współczesnej i liczyłem, że może teraz, mądrzejszy o te kilka lat, będę umiał docenić Tillmansa i jego wkład w rozwój fotografii.

Niestety, po obejrzeniu wystawy Zachęta Ermutigung nie czułem nawet oburzenia. Niekonwencjonalna 20 lat temu forma prezentacji zdjęć dziś już nie robi wielkiego wrażenia. Ich tematyka również nie jest już wyjątkowa, podobnie jak pokazywanie obok siebie abstrakcji, fotografii dokumentalnej i portretu. Natomiast przedstawianie pogiętych papierów światłoczułych jako „form rzeźbiarskich” tak jak denerwowało mnie w Berlinie, tak denerwuje i dziś, choć nie wzbudza już takich emocji.

Ostatnią deską ratunku dla mojego poznania się na Tillmansie był panel dyskusyjny zorganizowany przez Zachętę w ramach wystawy pod prowokującym tytułem „Po co nam Tillmans?”. Liczyłem, że
pomiędzy panelistami wywiąże się rozmowa, która pomoże mi choć trochę zrozumieć dlaczego w 2011 roku wystawa Tillmansa nadal jest dla nas tak wielkim wydarzeniem. Niestety, zaproszeni goście – Katarzyna Żebrowska (Galeria Refleksy), Karol Hordziej (Miesiąc Fotografii w Krakowie) oraz Kuba Śwircz (Fundacja Archeologia Fotografii) – prześcigali się w zachwytach nad wystawą i w oblewaniu Tillmansa lukrem. Wszyscy bez wyjątku byli pod wielkim wrażeniem instalacyjnego podejścia artysty do prezentacji i przestrzennych rozwiązań ekspozycji. Po godzinie słuchania miałem już wrażenie, że jest wręcz w złym tonie zajmować się czy nawet interesować fotografią współczesną i nie zachwycać się Tillmansem. Zebrałem się więc na odwagę i zadałem pytanie: „Co takiego jest w wystawie Zachęta Ermutigung, oprócz swobodnego podejścia artysty do prezentacji odbitek oraz instalacyjnej aranżacji wystawy, czego ja nie rozumiem lub nie widzę, a co sprawia, że nadal budzi on takie emocje?”. W odpowiedzi usłyszałem, że przecież od półtorej godziny rozmawiamy tu na ten temat, więc jeśli nadal nie rozumiem, to może muszę poczekać jeszcze kilka następnych lat do kolejnej wystawy Tillmansa, pójść ją sobie obejrzeć i może wtedy coś poczuję.

Trochę lepszą odpowiedź uzyskałem od Kuby Śwircza, który zasugerował, by do tej wystawy podejść tak, jak do wystawy klasyka, która pokazuje źródło pewnych przemian. To, że dziś wielu artystów prezentuje swoje zdjęcia w takiej a nie innej formie wynika właśnie z tego, że 20 lat temu Wolfgang Tillmans zrobił to po raz pierwszy.

Zatem, choć wystawa Tillmansa w Zachęcie jeszcze się nie skończyła, ja już cierpliwe czekam na następną. Zastanawiam się tylko, dlaczego to właśnie Tillmans pod koniec lat 80. został uznany za rewolucjonistę i innowatora, który zmienił oblicze współczesnej fotografii światowej, a nie Zbigniew Dłubak ze swoją Ikonosferą z 1967 roku czy Fortunata Obrąpalska z cyklem „Dyfuzje w cieczy” z przełomu lat 40. i 50. XX w...



Zbigniew Dłubak, Ikonosfera I, 1967




Wolfgang Tillmans, z serii Freischwimmer, 2004




Fortunata Obrąpalska, z serii Dyfuzje w cieczy, 1948 

źródła ilustracji: zdjęcia Wolfganga Tillmansa: materiały prasowe Zachęty oraz oficjalna strona Wolfganga Tillmansa: www.tillmans.co.uk; zdjęcia Fortunaty Obrąpalskiej: www.mapakultury.pl; zdjęcia Zbigniewa Dłubaka: www.archeologiafotografii.pl

2 komentarze:

ignacy pisze...

Tomku,
nie znam się, jak wiesz, na fotografii, jedne rzeczy mi się "po prostu" podobają, inne nie.

Ale zawsze cieszy mnie, gdy ktoś podchodzi krytycznie. Czasami chadzam na różne wystawy i też męczy mnie, że gdy idę na nią, moje zdanie już ktoś dla mnie sformułował. "Jak nie zachwyca, skoro zachwyca?".

To problem szerszy, ale dobrze ujmowalny na przykładach. Tak więc dzięki.

Ignacy.

PS Odpowiedź, że rozmawiali o tym półtorej godziny, a jak nie zrozumiałeś, to trudno, to przykład zwykłej arogancji, protekcjonalności i chamstwa. Szkoda.

Julia pisze...

Podpiszcie, skad pochodza zdjecia.. i kto jest ich autorem (zdjecia z materialow prasowych Zachety sa nie podpisane).