poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Kupa atrakcji
W miniony weekend miałem przyjemność odwiedzić Rzeszów, by poprowadzić warsztaty fotograficzne odbywające się w ramach imprezy organizowanej przez Narodowe Centrum Kultury. Wstyd się przyznać, ale brak czasu spowodował, że oprócz zorientowania się we własnych obowiązkach nie zdążyłem dokładnie sprawdzić, na czym właściwie owa rzeszowska impreza miała polegać. Sama nazwa „Europejski Stadion Kultury” niewiele wyjaśniała…
Na miejscu okazało się, że moje warsztaty to maleńki trybik w wielkim polsko-ukraińskim przedsięwzięciu, którego celem jest „przybliżenie bogactwa i różnorodności naszych kultur oraz uwypuklenie ich cech wspólnych” w ramach przygotowań do zbliżającego się Euro 2012. W kolorowym, niemal stustronicowym folderze informacyjnym w twardej oprawie, czytałem dalej: „Wykorzystując czas zainteresowania oboma krajami, możemy upowszechniać i zaszczepiać idee aktywności i wspólnego działania wśród młodych ludzi, umożliwiając im nie tylko sportowe doznania, ale dając również szansę na poznanie kultury i historii sąsiadujących ze sobą krajów, które łączy znacznie więcej niż tylko wspólna organizacja mistrzostw”.
Nie mylił się Krzysztof Dudek, dyrektor NCK, gdy podczas otwarcia Europejskiego Stadionu Kultury, mówił że „liczba imprez przyprawia o zawrót głowy”. Organizatorom przyświecało prawdopodobnie przekonanie: „im więcej tym lepiej”. Program trzydniowej imprezy to bowiem ponad sto projektów, a wśród nich spektakle teatralne, projekcje filmów, warsztaty, wystawy, debaty, sztuka performance, gry miejskie, instalacje i koncerty o najróżniejszej tematyce. Nic w tym złego. Każdy, kto cierpliwie przekopie się przez folder informacyjny, z pewnością znajdzie tam coś dla siebie. I choć nie mogłem się oprzeć wrażeniu chaosu, na tę część ESK narzekać bym nie chciał.
W całym tym nieprzebranym morzu atrakcji, jakie zapewniał ESK, w mojej pamięci najsilniej utkwił jednak koncert inauguracyjny „Gramy razem!”. Na przytulnym, kameralnym rynku Rzeszowa stanęła monstrualna scena, błyskająca jaskrawymi światłami prosto w oczy widowni. Kierownictwo muzyczne nad koncertem objął Krzesimir Dębski. Oprócz skomponowanej przez niego specjalnie na tę okazję kantaty, wykonywanej przez orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej i orkiestrę Jupiter ze Lwowa, usłyszeć można było też m.in. Patrycję Markowską, Macieja Maleńczuka, zespół Wilki, Haydamaky czy Enej, rywalizujących w konkursie na „Przebój Stadionów 2012” (zwyciężył Maleńczuk i jego piosenka Mundialeiro, za co artysta otrzymał specjalny puchar z rąk prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca). Główną gwiazdą tego polsko-ukraińskiego wieczoru była natomiast… brytyjska grupa trip-hopowa Morcheeba. Ponadto w tle, na kamienicach wokół rynku, wyświetlano multimedialne projekcje stadionu piłkarskiego, a nad publicznością unosiła się dziwna konstrukcja, na której swoje umiejętności prezentowała hiszpańska grupa akrobatów Pujo. Wszystko to, okraszone konferansjerką Przemysława Babiarza i Inny Cymbulak, prezentowane na żywo w TVP1 i Narodowej Telewizji Ukrainy, aż ociekało absurdem i niezdrowym eklektyzmem. Pozostaje mieć nadzieję, że mało kto z oglądających ów koncert pamiętał, że ma on „dać szansę na poznanie kultury i historii Polski i Ukrainy”.
Gdyby organizatorem koncertu „Gramy razem!” było przypuśćmy Lato z Radiem, Hoop Cola czy Pedigree Pal, w ogóle nie zwróciłbym uwagi na jego festynową formę. Trwają przecież wakacje, a poza tym tego rodzaju pseudokulturalne kapiszony są niestety dosyć popularną formą. Jednak gdy inicjatorem całego przedsięwzięcia jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a organizatorem – Narodowe Centrum Kultury, moje oczekiwania są nieco ambitniejsze. Nie mówiąc już o tym, że w momencie, gdy wiele cennych imprez kulturalnych nie otrzymuje finansowego wsparcia z Ministerstwa, organizowanie tak kosztownych i banalnych wydarzeń budzi niesmak.
Pozostaje tylko nieśmiało liczyć na to, że koncert „Gramy razem!” zniknie w masie innych atrakcji ESK, choć fakt, że inaugurował on całe przedsięwzięcie oraz że był transmitowany na żywo w radiu i telewizji zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, nie pozwala za bardzo w to uwierzyć.
Uważnie przejrzałem całą listę organizatorów i – co w ogóle mnie nie zdziwiło – nie znalazłem na niej postaci dyrektora artystycznego. Warto byłoby go zatrudnić, najlepiej obcinając budżet koncertu „Gramy razem!”.
Tomek Kaczor
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Ogólnie się zgadzam z tym, że tak duże pieniądze można by lepiej i ambitniej spożytkować, a co najważniejsze bliżej samej misji całej imprezy.
Ale z drugiej strony, fajnie, że w Rzeszowie (niecałe 200 tyś mieszkańców) można zorganizować tak wielką inicjatywę i zaprosić gwiazdy światowego formatu - które do tej pory grały raczej w wielkich miastach lub na wielkich festiwalach. Jednak jest to jakaś forma dowartościowywania życia kulturalnego mniejszych miejscowości. Choć może nie na najambitniejszym poziomie.
Prześlij komentarz