poniedziałek, 27 czerwca 2011

„Sprawa smaku”

Na poziom politycznej debaty w Polsce narzekają wszyscy – od prawa do lewa, od góry do dołu. Opozycja i rządzący mówią o „politycznej pedofilii”, zarzucają głupotę, którą „widać z twarzy”, odsyłają się nawzajem do psychiatrów i zarzucają morderstwa. A to tylko wybrane spośród wzajemnych uprzejmości.

Ciężko jednak podejrzewać, że w tym szaleństwie nie ma metody, a na koncentracji na inwektywach nie korzystają wszystkie strony sporu. By nie rozwijać tego dość klarownego wątku zbyt długo, ograniczyć się można do prostej konstatacji: redukując swoją aktywność do straszenia opozycją, rząd nic nie musi robić; opozycja zaś na swojej konwencji, nomen omen, programowej, spokojnie i bez zażenowania mówi prawie wyłącznie o rządzie.

A wszystko to jest efektem naszej wspólnej, a zwłaszcza wśród elit rozpowszechnionej, histerii, w której osławiona „jakość życia politycznego” urasta do rangi fundamentu całego państwa. Warto sobie jednak uświadomić, że problemy, z jakimi boryka się Polska i polski obywatel, nie zależą od tego, czy politycy na szczytach władzy wyzywają się od najgorszych, czy też używają wykwintnych form grzecznościowych. W Korei Południowej deputowani regularnie obrzucają się krzesłami, co nie przeszkadzało politykom w tym, by stworzyć jeden z najlepszych systemów edukacyjnych na świecie według PISA.

Można, oczywiście, uznać, że forma dyskursu przekłada się w prosty sposób na nastroje Polaków, więc rządzący Polską winni są ciągle przywoływanego „zabetonowania polskiej sceny politycznej”, które z kolei prowadzi do marazmu i zatrzymania się na krytyce i obrażaniu przeciwników. Można nawet powiedzieć, że to samonakręcająca się spirala, błędne koło, którego nie można już zatrzymać, istne ogólnopaństwowe i ogólnonarodowe perpetuum mobile. Ale mieć pretensje do polityków, że utrzymują korzystny dla siebie stan posiadania (czy to w rządzie, czy w opozycji – można pokusić się o stwierdzenie, że z obecnego stanu wszyscy główni zainteresowani mogą być zadowoleni), to już naiwność.

Bo to na zwykłych obywatelach i wyborcach, a zwłaszcza na środowiskach opiniotwórczych, ciąży obowiązek wymuszenia konstruktywnego i twórczego działania, próby reformy kulejących dziedzin życia społecznego i rozwiązywania problemów obywateli. Gdyby media, obok zajmowania się tym, co jeden polityk powiedział o drugim, położyłyby większy nacisk na to, co ówże myśli o stanie polskiej edukacji, o którym niedawno pisał Maciek Onyszkiewicz, może za jakiś czas, głosując, wybieralibyśmy między programami, nie zaś między „mordercą” a „zahipnotyzowanym propagandą niezwykle brutalnym politykiem”.

Jeśli politycy mają ochotę się obrażać, niech się obrażają, byleby działali.

Kłopot nie polega bowiem na tym, że przekraczają granice kultury osobistej, skoro im to nie przeszkadza, ale na tym, że oprócz tego nie robią niczego innego. Od tego, że politycy obrzucają się inwektywami, nie skracają się, ale też nie wydłużają kolejki w urzędach, nie rośnie, ale też nie maleje moja hipotetyczna emerytura, nie rozwija się, ale też nie cofa polska kultura. To kwestia poboczna, podobna do herbertowskiej „sprawy smaku”. Tak, smaku - nie interesu państwa czy obywateli.

Ignacy Dudkiewicz

Brak komentarzy: