Jeżdżąc po nowych chińskich asfaltach, mijałem chińskie ciężarówki, rowery i autobusy, piłem wodę z chińskich wodociągów, rozmawiałem przez komórkę dzięki chińskiej infrastrukturze telefonicznej i satelitom, wszyscy ludzie dookoła byli ubrani w chińską odzież, a w szkołach mogłem się uczyć mandaryńskiego. Lokalne dzieci nazywały mnie „china”, co powoli staje się synonimem słowa, którym powinny na mnie wołać - „faranji”, czyli przybysz z obcego, zachodniego świata. Otóż nie byłem w Państwie Środka, tylko w Rogu Afryki - Etiopii i Somalilandzie. Chińczycy z yuanami w ręku w ciągu 15 lat zdobyli Afrykę. Europa w takich samych rękach ma jeszcze prawa człowieka, demokracje, zaciekawienie afrykańską sytuacją wewnętrzną i garb kolonizacyjny. Nic dziwnego, że jest powolniejsza i brzydsza…