poniedziałek, 21 lutego 2011

O chrześcijanach, dyktatorach, mediach i rewolucjach słów kilka

Przez ostatni miesiąc telewizje całego świata skupiają swoje obiektywy na Bliskim Wschodzie. Od dawna nie poświęcono temu regionowi tyle czasu antenowego. Dziennikarze od Nowego Yorku po Dżakartę relacjonują demonstracje, transmitują rządowe oświadczenia, analizują sytuacje, przepytują mądrych ludzi, przeliczają zabitych, wyciągają błyskawiczne wnioski, tropią nowych przegranych bądź promują przyszłych wygranych. Wszystko – na żywo. W tym natłoku arabskich doniesień aż trudno o informacje z reszty świata. Kto z was wie na przykład, że w tym czasie Chiny wyprzedziły Japonię i stały się drugą gospodarką świata po USA, a Nepal wygrał z Belgią i po siedmiu miesiącach impasu powstał w Katmandu rząd, podczas gdy Belgowie nie są w stanie zrobić tego od czerwca zeszłego roku? Ale jest też dobra strona arabskiego maratonu medialnego – globalna popularyzacja wiedzy o Bliskim Wschodzie. Zarówno widzowie, jak i dziennikarze, przechodzą szybki kurs arabistyki i islamistyki. W końcu na temat arabskich protestów powiedziane zostało już chyba wszystko. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwie, w zasadzie nie związane ze sobą, sprawy, o których jakoś mniej się mówi:


Zagadka: Jakie słowo opisujące demonstrującą arabską ulicę najczęściej padało w polskich i światowych serwisach internetowych, takich jak: Al Jazeera, BBC, CNN, Russian Today, CCTV News, France24, Gazeta.pl, rp.pl, Onet.pl, wp.pl, tvn24.pl? Odpowiedź: Rewolucja.

Czy możemy zgodzić się z Henrym Davidem Thoreau mówiącym, że „kiedy obywatel odmawia posłuszeństwa, a urzędnik rezygnuje z posady, wówczas dokonuje się rewolucja.”? Moim zdaniem: nie. Z historycznego punktu widzenia rewolucją było coś więcej niż zamach stanu czy drobny przewrót. Rewolucja to całkowita i gwałtowna zmiana rzeczywistości w wymiarze społecznym, politycznym, kulturowym, bądź ekonomicznym. Wystarczy spojrzeć na Rewolucję Francuską, Rosyjską, Chińską, czy w świecie muzułmańskim – Irańską. A teraz popatrzmy na współczesną Tunezję i Egipt – różnicę widać od razu. Dlatego też daleki byłbym od nazywania obecnych arabskich protestów i kryzysów politycznych właśnie tym odważnym terminem. Ucieczka Ben Alego, czy przejęcie władzy od Mubaraka na rzecz jego wojskowych kolegów nie jest nią, tak samo jak nią nie było przejęcie władzy przez Gomułkę. W Egipcie, czy Tunezji, nadal rządzi ten sam szeroko pojęty establishment i to on ustala zasady gry. A czy to co obserwujemy stanie się rewolucją – to się dopiero okaże...

2

Mubarak padł. Egipska ulica eksplodowała żywiołowym szczęściem, Zachód odetchnął z ulgą, podobnie jak media, których odbiorcy powoli tym tematem się już nużyli. Zadowolony jest nawet były rzecznik Watykanu, Joaquin Navarro-Valls, bo ostatnio Watykan nie miał najlepszych relacji z byłym prezydentem Egiptu. Wydaje się, że cały świat czekał na ten upadek z wytęsknieniem. A czy poza tymi, co przez ostatnie trzy dekady rządzili, jest jeszcze ktoś niezadowolony z takiego obrotu spraw? Otóż tak. Lokalni chrześcijanie, którzy do ostatniej chwili trzymali stronę Hosni Mubaraka, bojąc się bardziej islamskich rządów. Do tego stopnia, że nawet papież-patriarcha Szenuda III – zwierzchnik kościoła koptyjskiego – w ostatnich dniach stycznia udzielił poparcia prezydentowi Egiptu. Sam temat popierania niektórych arabskich dyktatorów przez chrześcijan jest rzadko poruszany. A mieliśmy z tym do czynienia nie tylko w Egipcie. Chrześcijanie popierali Saddama Husajna, za czasów którego czuli się o wiele bezpieczniej niż w obecnym „demokratycznym” Iraku. Chrześcijanie popierają też syryjskiego prezydenta Baszara al-Assada, który, samemu reprezentując mniejszość, jest niejako gwarantem bezpieczeństwa chrześcijan i świeckości państwa. I tak jak ja z zadowoleniem przyglądam się bliskowschodnim protestom, to zarazem doskonale rozumiem mieszkających tam chrześcijan. Z ich perspektywy obalanie świeckich dyktatorów jest wielce niebezpieczne.

Paweł Cywiński

Brak komentarzy: