poniedziałek, 14 lutego 2011

Rozgoryczenie

Akt I

Wchodzimy w kolejną odsłonę wojny pomiędzy państwem i Kościołem - informuje „Dziennik Gazeta Prawna”. W czym rzecz? W bezcennych elementach ołtarza, swego czasu należących do gdańskiej gminy ewangelickiej, w czasie drugiej wojny światowej wywiezionych przez hitlerowców, a po wojnie - niemałym trudem - odzyskanych przez Ministerstwo Kultury i Sztuki oraz warszawskie Muzeum Narodowe. Na mocy dekretu z roku 1946 eksponaty stały się własnością Skarbu Państwa i zostały umieszczone w Muzeum Narodowym.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Muzeum niechętnie wypożyczyło osiemnaście spośród dzieł sztuki proboszczowi gdańskiej Bazyliki Mariackiej - dawnego zboru ewangelickiego, w którym znajdowały się one przed wojną. Określony w umowie czas wypożyczenia eksponatów upłynął osiem lat temu. Proboszcz - ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz - odmówił jednak ich zwrotu, oświadczając, że stanowią one - i zawsze stanowiły - własność Bazyliki i Kościoła katolickiego.

Akt II

O unikatowe dzieła upomniała się dopiero nowa dyrektor Muzeum Narodowego, Agnieszka Morawińska. Usłyszała jednak od księdza Bogdanowicza, że w podpisanej z Muzeum umowie dopisał on zdanie, iż „przejmuje zabytki jako odwieczną i niezbywalną własność Bazyliki Mariackiej”. W tej sytuacji dyrektor Morawińska zdecydowała się zagrozić Bazylice procesem.

Morawińska argumentuje, że nie istnieje prawna ciągłość dziedziczenia pomiędzy gdańską gminą ewangelicką a Parafią Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Dodaje, że nie zależy jej na przeniesieniu eksponatów do Warszawy, a tylko na tym, by proboszcz dopuścił do nich konserwatorów zabytków, którzy mogliby sprawdzić ich stan i podjąć ewentualne czynności naprawcze, jak również zabezpieczyć je przed dalszym niszczeniem. Ksiądz Bogdanowicz na to się nie godzi, ponieważ - jak mówi - „w ten sposób uznałby, że muzeum ma prawo własności wobec średniowiecznych fragmentów ołtarza”. Twierdzi, że zabytki są w doskonałym stanie, czemu przyświadcza przedstawiciel biura wojewódzkiego konserwatora zabytków w Gdańsku.

Akt III

Proboszcz nie poprzestaje jednak na odmowie zwrotu dzieł Muzeum Narodowemu, lecz sam żąda, by przekazało ono Bazylice pozostałe w niej eksponaty, dawniej będące własnością gdańskiej gminy ewangelickiej. Ewentualne odebranie mu dzieł znajdujących się obecnie w jego dyspozycji nazywa „niegodziwą grabieżą”. Zapowiada też, że w razie potrzeby użyje w ich obronie koktajlu Mołotowa.

Księdzu Bogdanowiczowi w sukurs przyszedł jego bezpośredni zwierzchnik, arcybiskup metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź. Stwierdził on w swoim stylu: „Konia ze stajni się nie wyprowadza. Te dzieła sztuki tam są i tam pozostaną, bo one tam były od zawsze”. Wystąpienie dyrektor Muzeum nazwał jej „wyjściem przez szereg” i stwierdził, że nie jest ona dla Kościoła partnerem w toczącym się sporze. Takim partnerem jest natomiast Bogdan Zdrojewski, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który - podobnie jak cały rząd - robi wszystko, by nie wejść z Kościołem na wojenną ścieżkę.

Komentarz

Wielu uzna mój komentarz za tendencyjny. „Kontakt” znowu nawala w Kościół, naśladując w tym - jak tylko potrafi - „Gazetę Wyborczą”. Ale to nie tak. W sporze o gdańskie dzieła sztuki każda ze stron ma swoje racje. Żadne rozstrzygnięcie nie będzie w pełni sprawiedliwe. I nie oto zresztą idzie.

Tym, co najbardziej smuci mnie w sporze Muzeum Narodowego z Bazyliką Mariacką jest fakt, że to przedstawiciele Muzeum są skłonni do ustępstw, do których - w myśl prawa - nie są zobowiązani; że to dyrektor Morawińska mówi językiem pełnym zrozumienia, szacunku dla drugiej strony i troski o wspólne dobro; że to ona skłonna jest zaufać Kościołowi, choć ten raz już złamał warunki zawartej umowy. Śladu natomiast podobnych intencji nie widzę po stronie Kościoła, choć te właśnie wartości powinien on ucieleśniać. W wypowiedziach księdza Bogdanowicza i arcybiskupa Głodzia uderza natomiast nieuzasadniona duma, buta, nieufność, nieskłonność i niezdolność do poszukiwania kompromisu. Uderza mocniej niż zwykle.

W sporze z Muzeum Narodowym, który prawdopodobnie zakończy się na sali sądowej, polski Kościół ma do stracenia znacznie więcej niż tylko osiemnaście nastaw ołtarzowych. Po raz kolejny traci on bowiem szansę na to, by zacząć mówić innym językiem, bardziej odpowiadającym przesłaniu Ewangelii, którą na co dzień głosi. Po raz kolejny udowadnia zarówno swoim wiernym, jak i swoim przeciwnikom, że słowa Jezusa z Kazania na Górze - „temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz” - traktuje w najwyższym stopniu metaforycznie. Szkoda, że będący twarzą tego Kościoła arcybiskup Głódź nie potrafi w podobnie metaforyczny sposób odnieść się do własnej dewizy Milito pro Christo („Walczę dla Chrystusa”). Szkoda też, że nikt z pozostałych naszych pasterzy nie ma odwagi jasno takiemu jak-gdyby-chrześcijaństwu się przeciwstawić.

Niniejszy komentarz zrodził się z mojego rozgoryczenia sposobem, w jaki polski Kościół jest obecny w przestrzeni publicznej. Komentarz ten traktuję jako - na niewielką skalę - próbę wzięcia za ten Kościół odpowiedzialności. Wy, których język świeckich i duchownych przedstawicieli naszej wspólnoty razi równie mocno jak mnie - nie przeżuwajcie swoich rozgoryczeń, nie wstydźcie się za ich żenujące wypowiedzi i nie odsuwajcie na palcach od tego „Kościoła z wykrzywioną twarzą”. Głośno mówcie o tym, co Was boli, nie zważając na oskarżenia - z pewnością się z nimi spotkacie - o to, że jesteście piątą kolumną w Kościele. Wspólnie możemy nadać Kościołowi nową twarz - bardziej pogodną i bardziej chrześcijańską. Nie potrzebujemy do tego poparcia publicystów ani błogosławieństwa biskupów.

Misza Tomaszewski

2 komentarze:

b-m pisze...

taki opis sprawy opisywanej tu znalazłam - ujęcie trochę z innej strony. Ciekawy tez jest komentarz...

http://kultura.wiara.pl/doc/737975.Czyje-to-dzielo

misza pisze...

Daje do myślenia. Dzięki!