poniedziałek, 21 lutego 2011

Sukces ambiwalentny


Fotograficzne Oscary rozdane. Świat poznał laureatów World Press Photo 2010. Wśród nich dwóch Polaków. Tomasz Gudzowaty zdążył nas już przyzwyczaić, że za swoje zdjęcia co roku zgarnia jakąś nagrodę (tegoroczne drugie miejsce w kategorii „Sport“ jest jego siódmą nagrodą w tym prestiżowym konkursie). Drugim z nagrodzonych rodaków jest Filip Ćwik – fotoreporter „Newsweek Polska“ i agencji Napo Images.

Wstyd narzekać – wszak wyróżnienie na World Press Photo to największy zaszczyt, jaki może spotkać fotografa prasowego. Nie zmienią tego nawet, powtarzane co roku głosy krytyki, że nagradzane zdjęcia epatują przemocą, tragedią i ludzkim cierpieniem. Sam nawet mam wrażenie, że przeszedłem już nad tym do porządku dziennego. Taki jest świat i takie są wiadomości z pierwszych stron gazet, więc trudno wymagać od fotografów prasowych, by fotografowali co innego. Zatem patrząc obiektywnie ta nagroda to duży komplement dla polskiej fotografii. Tym niemniej, choć nie lubię szukać dziury w całym, muszę przyznać, że wcale się nie cieszę, że Filip Ćwik powiększył do siedmiu grono naszych polskich triumfatorów. Albo może, by nie zostać posądzonym o brak fotograficznego patriotyzmu powiem, że nie cieszę się, że do tego zacnego grona dołączył właśnie dzięki tym zdjęciom.

Trzecie miejsce w kategorii „Ludzie i wydarzenia“ otrzymał cykl dwunastu czarno-białych portretów. Łypią z nich na nas tajemnicze twarze, a właściwie fragmenty twarzy, głównie oczy, bo reszta przeważnie skryta jest cieniu lub w ogóle nie mieści się w kadrze. Jedne wykrzywione w dziwnym grymasie, inne zatrzymane w głupawym wyrazie twarze za nic nie zdradzają o czym opowiada cykl. Co najwyżej po fizjonomii niektórych bohaterów można się domyślać, że zdjęcia zostały zrobione raczej na wschód od Niemiec. Dopiero za którymś razem na jednym ze zdjęć dostrzegam, przypiętą na piersi jednej kobiety (a może to mężczyzna? trudno powiedzieć...) flagę Polski z małą czarną wstążeczką...

No tak, żałoba narodowa. W sumie dziwnie by się stało, gdyby ten temat został w konkursie przemilczany (już dziś nie mam wątpliwości, że na przyszłorocznym WPP jedną z nagród zdobędą fotografie z wydarzeń dziejących się aktualnie w Afryce). Nie mogę jednak pojąć czemu to właśnie zdjęcia Ćwika zostały uznane za godne nagrody. Już widzę jak były robione: wysoki fotograf krąży w tłumie, w jednej ręce trzymając aparat, w drugiej, wyciągniętej wysoko i pod kątem, zewnętrzną lampę błyskową. Ciach, ciach leci zdjęcie za zdjęciem, błyska flesz. Modeli w tych dniach nie brakowało. Doskonała okazja, aby urządzić sobie „polowanie na gęby“.

Pomijam już szczegół, że tego rodzaju agresywna fotografia była w owym szczególnym czasie co najmniej niestosowna. Bardziej dziwi mnie w tym momencie to, że jury dało się nabrać na efekciarski styl tych portretów, który zupełnie nie oddaje nastroju żałoby i zadumy, jaki panował wówczas na ulicach. Zgoda, to co działo się po 10 kwietnia było nie lada wyzwaniem dla fotoreporterów. Pod Pałacem Prezydenckim byli wtedy wysłannicy chyba każdej gazety. By zrobić tam zdjęcia, które wybiłyby się jakkolwiek z masy identycznych obrazów, trzeba było się poważnie postarać.

Zdjęcia Ćwika pozornie są oryginalne i przykuwają uwagę. Niestety swoją oryginalność okupiły komunikatywnością. Identyczne portrety można „złowić“ co roku na procesji Bożego Ciała, a nawet na Manifie czy koncercie „Wolnej Białorusi“.

Tomek Kaczor 

Brak komentarzy: