poniedziałek, 25 października 2010

Na drodze do Kościoła Świętego

W ostatnich dniach spotkałem się ze stosunkowo niewielką ilością krytyki, jak na to, że w audycji radiowej wezwałem do nowego „prześladowania Kościoła”. Spróbujmy więc raz jeszcze.

Że polski Kościół nie jest prześladowany – to wydaje mi się oczywiste. Chrześcijan nie rzuca się lwom na pożarcie, nie zamyka się ich w więzieniach, nie skazuje na banicję. „Ale przecież – powie ktoś – prześladowanie niejedno ma imię”. To prawda. Atmosfera zorganizowanej, wymierzonej w ludzi wierzących nienawiści również byłaby formą prześladowania. Ale z tym także nie mamy do czynienia, a to dlatego, że środowisk programowo antyklerykalnych wciąż jest w Polsce niewiele. Hasła Janusza Palikota trafiają pewnie do sporej grupy ludzi, nawet jeśli fakt ten nie znajduje odzwierciedlenia w sondażach. Ludzie ci nie są jednak zazwyczaj wrogami Kościoła, a jedynie wrogami polskiego modelu obecności Kościoła w życiu publicznym. Publicystom, którzy wszędzie węszą ataki na Kościół, wypada przypomnieć wysuwany przez nich samych, choć w innym kontekście, „argument 95 procent”.

Zapewne odpowiedzą oni jednak, że pięć procent społeczeństwa może prześladować całą resztę, o ile niewielka ta grupa wyposażona jest w potrzebne do tego instrumenty, jak choćby prywatne media, zdolne do wyolbrzymiania faktów dla Kościoła niewygodnych, a pomijania milczeniem jego zasług. Argument ten modelowo wręcz pasuje do sposobu, w jaki – bynajmniej nie piórem drogiego mi red. Jana Turnaua – Kościół opisuje „Gazeta Wyborcza”.  Nie da się ukryć, że polski Kościół, zwłaszcza ten instytucjonalny, ma wpływowych wrogów. Czy jest on jednak przez nich rzeczywiście prześladowany, jeśli sam potrafi – głosem tego czy innego biskupa – odpowiedzieć pięknym za nadobne i nie dostrzegać w tym fakcie niczego zdrożnego? Czy Kościół, który cieszy się tak dużą swobodą w przestrzeni politycznej i który ze swobody tej w tak niejednoznaczny sposób korzysta, można nazwać „Kościołem prześladowanym”?

W udzielonym niedawno wywiadzie biskup Andrzej Czaja zapytał: „Kto dał nam prawo do […] bycia arbitrem? […] Od samego początku chrześcijaństwa było inaczej. To świat opiniował Kościół, a nie odwrotnie”. Polscy biskupi każdą formę negatywnego opiniowania swojej działalności traktują jak atak ze strony „wrogów Pana Boga”, nie zauważając, że słowa krytyki pochodzą często od ludzi szczerze zatroskanych o Kościół i pragnących uczynić go bardziej autentycznym, bardziej ewangelijnym. Wrogość względem pewnej historycznej formy Kościoła nie musi być tożsama z wrogością względem Kościoła Świętego. Wręcz przeciwnie, często stanowi ona właśnie wyraz pragnienia uczynienia Kościoła bardziej świętym.

Jarosław Gowin mówił dziś rano w radiu TOK FM, że poseł, który „boi się presji ze strony swojego biskupa czy swojego proboszcza […] nie powinien się brać za politykę”. To oczywiste, że w systemie demokratycznym, opierającym się na debatowaniu i poszukiwaniu kompromisu pomiędzy skrajnościami, presja jest zjawiskiem naturalnym. Biskup Henryk Hoser, posuwając się do moralnego szantażowania posłów przyznających się do katolicyzmu, nie złamał więc oczywiście prawa. W pewien sposób wystąpił on jednak przeciw zasadzie wolności sumienia, opierającej się na tego sumienia formowaniu, a nie zniewalaniu. Jeżeli dla Jarosława Gowina taki sposób interakcji pomiędzy Kościołem instytucjonalnym a wiernymi jest czymś normalnym, to pozostaje mi tylko wyrazić zdziwienie.

Podobne zachowania prominentnych przedstawicieli polskiego Kościoła doprowadzą w końcu do czegoś, co moglibyśmy nazwać tego Kościoła upadkiem. Jestem w tej kwestii umiarkowanym optymistą. Optymistą – bo wierzę w to, że tylko taki upadek jest zdolny do potrząśnięcia instytucją i zawróceniem jej na mniej triumfalne tory. Umiarkowanym – bo im dłużej oczekiwanie na upadek będzie trwało, tym trudniej będzie polskiemu Kościołowi dostrzec różnicę między sobą samym a Kościołem Świętym. Tym dłużej wysłuchiwać też będziemy zgoła niechrześcijańskich zarzutów, ślepo wystrzeliwanych we wrogów – zarówno tych prawdziwych, jak i tych wyimaginowanych – jakoby to oni byli winni trudnej sytuacji Kościoła. Jak gdyby głównym jej winowajcą nie mógł być sam polski Kościół, niechcący i nieumiejący dialogować ze światem i – na przekór sobie samemu – robiący wszystko, by w końcu upaść. Co ma swoje dobre i złe strony.

Misza Tomaszewski

Brak komentarzy: