sobota, 30 października 2010

Winny jest kto inny

Warto przeczytać jeden z ostatnich wpisów na blogu Tomasza Terlikowskiego. Nie po to, by się z jego autorem zgodzić, ale po to, by zrozumieć, jak bardzo możemy się różnić, pozostając katolikami. Nie przypuszczam, żeby redaktor Terlikowski zechciał mnie włączyć w grono tych, których uważa za katolików, skromnie zadowolę się jednak byciem „katolikiem po prostu”, rezygnując z bycia „katolikiem według Terlikowskiego”.

O czym może w ostatnich dniach wypowiadać się redaktor „Frondy”, jeśli nie na temat zapłodnienia in vitro? A kogo może krytykować, jeśli nie redaktorów „Gazety Wyborczej”, dystansujących się od kościelnej strategii w rzeczonej sprawie? Skoro już wiemy, o co idzie, możemy krótko się do jego wpisu odnieść.

Terlikowski pisze, że nawet jeśli Kościół zaszkodzi swojej popularności, w taki a nie inny sposób angażując się w stanowienie prawa, „to nie może on zrezygnować z nauczania Prawdy”. Nieco zaś dalej czytamy, że zadaniem Kościoła jest „prowadzenie ludzi ku Zbawieniu”. Tu pojawia się pierwsze pytanie: Czy Kościół, który traci zaufanie znacznej części katolików, nie wspominając już o ludziach niewierzących, jest wciąż w stanie prowadzić ich ku zbawieniu? Czy, według Terlikowskiego, Kościół rzeczywiście nie powinien dbać o swoją wiarygodność, ograniczając swoją działalność misyjną do grupy „czystych”, w stu procentach posłusznych Magisterium?

Idźmy dalej. Redaktor „Frondy” zauważa, że procedura in vitro powinna być prawnie zakazana, ponieważ w jej trakcie giną ludzie. „I właśnie dlatego, żeby oni nie ginęli, trzeba stanowić prawo. Formowanie sumienia jest tu ważne, posłuszeństwo Kościołowi także. Ale najistotniejsze jest zatrzymanie zabijania”. Pora na pytanie drugie: Co jest w końcu najważniejsze – głoszenie Prawdy czy zatrzymanie zabijania? Wbrew pozorom, jedno wcale drugiemu nierówne. Stanowiąc w Polsce najbardziej restrykcyjne prawo, nie tylko nie zatrzymamy Polaków, którzy pojadą poddać się zapłodnieniu in vitro za granicą, ale na dodatek rozkręcimy pozbawione wszelkiej kontroli podziemie, o jakim nam się nawet nie śni. Ludzie, którym zakaże się czegoś, czego nie uważają za problematyczne, zawsze znajdą drogę omijającą zakaz.

Jeśli redaktor Terlikowski mówi, że celem Kościoła powinno być głoszenie Prawdy, to mu wierzę, ale nie do końca się z nim zgadzam. Jeśli uważa natomiast, że celem powinno być zatrzymanie zabijania, to, odwrotnie, zgadzam się z tym, ale jemu samemu nie wierzę. Gdyby bowiem rzeczywiście zależało mu na zatrzymaniu zabijania, nie brałby, wzorem polskich biskupów, w nawias kwestii formacji sumień. Kościół, który chce stanowić prawo, a stroni od pracy duszpasterskiej, wygląda mi na taki, który szuka drogi do ludzkich sumień na skróty. Taka droga jednak nie istnieje. W konsekwencji wielu polskich biskupów, a wraz z nimi także redaktor Terlikowski, domagając się ustanowienia prawa zgodnego z katolicką moralnością, raczej niż o cokolwiek innego, walczy o czystość własnych sumień. O to, by mogli później powiedzieć: „Zrobiliśmy, cośmy mogli. Nie miejcie do nas pretensji. Winny jest kto inny”. Ale to nieprawda, nie zrobiliście wszystkiego. Mało tego, umywając ręce od duszpasterstwa, nie zrobiliście prawie niczego, by ratować zarodki, o podmiotowość których tak głośno się w mediach upominacie. W zamian zaś za własne poczucie dobrze spełnionego obowiązku, oddajecie nie tylko życie zarodków, ale i swój topniejący autorytet, który – wbrew pozorom – kiedyś jeszcze może okazać się Kościołowi potrzebny.

[Ostatni akapit, jako niemerytoryczny i bezsensownie zaczepny, został usunięty przez autora wpisu już po jego publikacji.]

Misza Tomaszewski

14 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Argument, że zakaz in vitro przyczyni się do powstania podziemia in vitro, jest argumentem rzędu "zamknijmy supermarkety, bo ludzie w nich kradną"...

misza pisze...

Argument jest inny: sam zakaz niczego za Kościół nie załatwi. Kościół powinien traktować prawny zakaz in vitro jako ewentualny dodatek do swojej działalności duszpasterskiej. Tymczasem tej działalności właściwie on nie prowadzi.

Anonimowy pisze...

Miszo, jakoś nie widzę najmniejszej sprzeczności między obroną Prawdy a obroną życia ludzkiego (w tym wypadku akurat to jedno i to samo nawet), podobnie jak nie widzę sprzeczności między domaganiem się prawnego zakazu zabijania a formowaniem sumień (jedno jest elementem drugiego).
A argument, że ludzie pojadą za granicę poddawać się in vitro, więc pozwólmy na nie tutaj, jest identyczny z tym, że pojadą za granicę dokonywać aborcji, więc po co jej zakazywać w kraju.
Pozdrawiam - Magda Domaradzka

PS No a co stoi na przeszkodzie szerszemu prowadzeniu działalności duszpasterskiej na temat np. in vitro? Przecież tę działalność może prowadzić Kościół w ogóle, a więc i wierni (np. znawcy tematu - dziennikarze, wraz z konsultacją sensownych lekarzy [ha, takich jest mniej niż sensownych księży :)] czy biologów), niekoniecznie tylko księża.

misza pisze...

Magdo, dzięki za wpis. Zgadzam się z Tobą: Nie ma powodów, dla których Kościół nie miałby opiniować projektów ustaw, o ile robiłby to w sposób cywilizowany, to jest przeciwny temu, do jakiego przyzwyczaili nas polscy biskupi. Jest to jednak tylko kropla w morzu potrzeb, wisienka na torcie. Przede wszystkim powinien się on (my wszyscy) skupić na duszpasterstwie. Tę stronę swojej aktywności nasi biskupi zupełnie zaniedbali. Uważają, że by rozwiązać problem in vitro, wystarczy wydawać groźne komunikaty i szantażować polityków ekskomuniką. Moim zdaniem - i taki jest sens wpisu - Kościół, który nie realizuje swojego najbardziej podstawowego powołania do formowania ludzkich sumień, traci moralne prawo do wypowiadania się w kwestiach legislacyjnych. Nie dość, że nasz Kościół ograniczył całe swoje przesłanie do in vitro, antykoncepcji i alkoholizmu, to na dodatek i w tych sprawach wypowiada się językiem urażonej władzy. I na tym polega problem. Pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

Misza, to nie do końca tak, choć rozumiem o co Ci chodzi i zgadzam się z Tobą (uczmy ludzi by mądrze wybierali, a nie mówmy jedynie "nie, bo nie"). Po pierwsze Kościół, jak sam wiesz, to nie tylko biskupi. To Ty, ja, ludzie w naszych parafiach, "szeregowi" księża, biskupi. Siłą rzeczy my też mamy tu swoją pracę do wykonania, więc musimy jak najlepiej zapoznać się tu konkretnie z faktami dotyczącymi in vitro (np. zarabiają na nim lekarze z prywatnych klinik, skutki uboczne leczą szpitale publiczne, czyli płacimy za to my) i przekazywać je opinii społecznej.

Owszem, biskupi też muszą zakasać rękawy i nie rozcieńczać jasnego przekazu w tak lubianej przez nich kwiecistej mowie (to odrębny wątek, ale ważny - jak duszpasterz ma porozumieć się z wiernym skoro używa innego języka?!), ale działać konkretnie. Coś próbują robić, są listy duszpasterskie, był dodatek do katolickich pism. Tyle że to znowu przekaz do swojego środowiska (też ważny, co widać po tym, jak poglądy katolików rozmijają się z nauką Magisterium), a chodzi przecież o wyjście do całego świata. Stąd może te hasła rzucane mediom, które poprzez ostrość mają rezonować w głowach ludzi? Jeśli tak, to absolutnie nie można na tym poprzestać, musi w tym wszystkim być spokojne argumentowanie, opieranie się na namacalnych dowodach (liczby, przypadki konkretnych osób) i w ten sposób wychowywanie ludzi do mądrych wyborów.

misza pisze...

Łukasz, ostre hasła, a właściwie oskarżenia rzucane w świat ("cywilizacja śmierci" i temu podobne) rezonują w głowach prawie samych już tylko katolików pokroju Tomasza Terlikowskiego. Mamy więc do czynienia z przekonywaniem przekonanych przy jednoczesnym zrażeniu do Kościoła instytucjonalnego wszystkich innych. A przecież to, co Kościół może mieć im do powiedzenia, wcale nie jest głupie i szkoda z tego rezygnować ze względu na kretyńską, agresywną formę. Przekaz ten mógłby stać się sensowny, gdyby tylko Kościół poparł go przykładem własnym i duszpasterskim. Nie mówię, że Kościół ma się nie wypowiadać wcale. W obecnej sytuacji - jako nie tylko obraźliwe, ale i gołosłowne - mija się to jednak z celem. Pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

Misza,nie podoba mi się końcówka.Wiem,że to absurdalne,że Terlikowski nie odróżnia morderstwa od zabiegu in vitro,ale wydaje mi się że nawet w tej kwestii powinienes chociaz sprobowac podjac z nim jakakolwiek polemikę.Jeżeli tym również się różnimy,to powinnismy o tym dyskutować a nie zbywać(i w gruncie rzeczy-wyśmiewać)kogoś,kto ma po prostu inne zdanie.Poza tym,zgadzam się z tobą,ale to nie nowość w tej kwestii.pozdro.J.M."R".

misza pisze...

Rydz, masz rację. Kajam się i usuwam ostatni akapit, bo to się rzeczywiście nie broni. Zostawiam informację o dokonanej zmianie.

czytelniczka pisze...

Misza, nie zgadzam się z Twoją formą ataku na T. To ma być obrona metody? Przecież nie chodzi o to, że to się komuś nie podoba, ale że jest totalnie złe. Jak wiadomo nie jest "leczeniem" bezpłodności, tylko znieczuleniem problemu braku własnego dziecka w sytuacji, kiedy się je chce "mieć". Dar życia jest też wolnym darem Boga i manipulacja techniczna sprzeciwia się temu. Tak więc nie tylko zabijanie niepotrzebnych embrionów lub naukowe (nawet) doświadczenia na nich są tym czymś, co w "in vitro" katolik powinien odrzucić.
A swoją drogą prawo stanowione zawsze "usprawiedliwia" działania, vide: aborcja, eutanazja, małżeństwa homo itp.
No i Twój atak na biskupów, co wg Ciebie za mało robią jest chyba bezsensowny. Tak dużo wiesz o tym, co robią? Własnie dobre są podpowiedzi innych komentatorów: może to my mamy się za to wziąć?

misza pisze...

Nie, tu nie chodzi o obronę metody. Zabijanie nadliczbowych zarodków nie daje się pogodzić z moją wiarą. Chodzi o coś innego.

Chodzi o sposób, w jaki Kościół komunikuje swoje oczekiwania w perspektywie politycznej.
- Po pierwsze, stara się narzucić społeczeństwu wiarę w prawo naturalne, dalece nie dla wszystkich oczywiste. Dobrze byłoby pogodzić by się z pluralistyczną sytuacją, w której trzeba zrezygnować z głoszenia prawd objawionych, a zacząć argumentować.
- Po drugie, używa mało chrześcijańskiego języka do piętnowania ludzi, którzy inaczej myślą, tracąc tym samym możliwość dialogu z nimi.
- Po trzecie, rezygnuje z formowania sumień swoich wiernych na rzecz nakazywania im czegoś, czego nie rozumieją. Jak napisałem w jednym z wcześniejszych wpisów, walczy o podmiotowość embrionów, zapominając o podmiotowości dojrzałych chrześcijan.
- Po czwarte, uważa, że robi wszystko to, co powinien. Tymczasem robi za mało. Fakt, że nie słyszymy dobrych orędzi na temat in vitro, że największy wśród biskupów specjalista w tej dziedzinie, Henryk Hoser, straszy posłów ekskomuniką, sprawia, że - tak - mogę powiedzieć, że biskupi robią nie to, co robić powinni. I wyglądają na całkiem z tego zadowolonych.

Rzecz jasna zgadzam się z tym, że to zadanie nie tylko dla nich, ale i dla nas. Pisanie krytycznych tekstów i dyskutowanie w niewielkim gronie też jest formą brania odpowiedzialności za Kościół. Jeśli chcemy, żeby pełnił swoją misję coraz doskonalej, żeby wychowywał ludzi na świadomych chrześcijan, którym nie trzeba grozić, bo rozumieją, na czym polega problem zapłodnienia in vitro, to musimy dawać temu wyraz. Tymczasem w Polsce wciąż jest to pogląd egzotyczny...

Pozdrawiam!

czytelniczka pisze...

+ Jednak komentujesz komentarze (OK, odpowiadasz na zarzuty, dyskutujesz...) jak "wiedzę mający": wiesz co powinni robić biskupi, masz prawo oceniać ich wygląd po zabraniu głosu i - choć uważasz, że prawo naturalne nie jest dla wszystkich oczywiste - jednocześnie jesteś pewien, że dojrzały chrześcijanin (kto to taki?) wie wszystko o metodzie in vitro i sam potrafi ocenić sytuację, dokonać wyboru itd. itp?
Biskupi mają nie tylko prawo, ale obowiązek wypowiedzieć się o moralnej stronie omawianych na forum Narodu zagadnień, a grożenie to Twój wymysł: przypomnieli czym jest dla katolika opowiedzenie się za czymś, co jest przeciwne nauce Kościoła.
Misza, wprzęgnij lekarzy (Mamę i jej kolegów?), psychologów, terapeutów do walki - jest o co. To co zostaje w człowieku po wszelkim działaniu wbrew sumieniu chwilowo uśpionemu czy źle ukształowanemu jest straszne i o tym trzeba myśleć.
Pozdrawiam, na herbatę zaproszę Cię dopiero wiosną, mam nadzieję, że w lepszej atmosferze. Nie mam Twojego adresu @, wyparował, napisz kiedyś na mój adres prywatny, bo strona nie zawsze otwiera się gładko.

misza pisze...

Ech, Pani Doktor, problem nie polega na tym, że biskupi wypowiadają się na temat moralnego aspektu rozwiązań politycznych, bo mają do tego prawo. Problem polega na tym, w jaki sposób to robią, a zatem jak komunikują się ze swoimi wiernymi...

Z niecierpliwością czekam na wiosenną herbatę! Bardzo serdecznie Panią pozdrawiam.

Mój adres: misza.tomaszewski@gmail.com

czytelniczka pisze...

+ No, teraz już przeczysz sobie. Jak biskupi komunikują się ze swoimi wiernymi? Masz jakiś ogląd tej sprawy taki całościowy, że wypowiadasz się tak kategorycznie i uogólniająco? Chodzi Ci o list do prominentów na temat in vitro czy o całość działalności naszego episkopatu, w szczególności ich stosunek do wiernych? Coś chyba za dużo atków na raz, ja się chyba gubię. Pan TT chyba już Ci się zabubił...

misza pisze...

Pani Doktor, przepraszam, ale teraz to ja czuję się demagogicznie atakowany.

To, co piszę, jest dość proste, tym bardziej że - proszę o tym pamiętać - piszę cały czas w tym samym kontekście: W sprawie zapłodnienia in vitro biskupi komunikują się z wiernymi, nie próbując zrozumieć tzw. ludzkiego dramatu, a strasząc "wyrafinowaną aborcją". Ostatnio ograniczyli się zaś tylko do walki o ustawę i szantażowania moralnego polityków. Wszystkie te działania uważam za naiwnie przeciwskuteczne i szkodliwe nie tylko dla wizerunku, ale i dla misji Kościoła.

To oczywiste, że ten sąd jest nieco generalizujący, ale każda chyba moralna ocena szerszego zjawiska musi taka być. Wiadomo, że "każdy z nas spotkał biskupa, który...". O takich biskupach czy księżach też warto pisać*. Chodzi o to, jakie działania nadają ton pracy Episkopatu w sprawie in vitro.

Można się ze mną nie zgadzać w ocenie tych działań. Ale naprawdę trudno mi pojąć kwestionowanie tezy, że w sprawie in vitro (podobnie jak np. antykoncepcji) od samego początku zaniedbano aspekt formacyjny, skupiając się na ciskaniu gromów. To, że "Kościół nie może milczeć" wcale nie znaczy, że musi wypowiadać się w taki sposób.

* Na pytanie, dlaczego w takim razie nie piszę o rozsądnych (w moim przekonaniu) wypowiedziach księży w sprawie in vitro, odpowiadam: usłyszałem je w trakcie prywatnych rozmów i nie wiem, czy rozgłaszanie ich nie byłoby dla tych księży rodzajem niedźwiedziej przysługi. Patrząc po niektórych komentarzach, chyba tak...