czwartek, 22 lipca 2010

Sny o potędze

Na portalu Wirtualna Polska pojawił się interesujący felieton Michała Sutowskiego, sekretarza redakcji „Krytyki Politycznej”. Czytając go, warto pamiętać o tym, że jest on felietonem, i przejść do porządku dziennego nad sporą ilością prowokujących uogólnień, których dopuszcza się Michał. Felieton wpisuje się w popularny ostatnio temat krzyża, który pojawił się swego czasu przed Pałacem Namiestnikowskim, a który na mocy wtorkowego porozumienia kiedyś - lecz nie wiadomo kiedy - stamtąd zniknie. Mnie zaciekawił jednak inny jeszcze spośród poruszonych przez autora wątków.

Allors:

Problemem jest to, że środowiska liberalne wciąż z tęsknotą rozglądają się za jakimś kościołem „otwartym”, „uniwersalnym, a nie tylko polskim”, takim, który „formuje sumienia” a nie, „niczym policjant”, wymierza kary za głosowanie na nie tego posła co trzeba.

Nie ma żadnych „dwóch Kościołów”, dwóch opcji, które by się ścierały, żadnej wojny ducha Rydzyka z duchem Tischnera. Pojęcie „Kościoła otwartego” jest dziś puste [...]. Nie ma żadnego dialogu ani debaty, bo polscy biskupi głowy mają wprawdzie mocne, lecz niekoniecznie od myślenia, a postępowi teolodzy nie zmieniają Kościoła tylko z niego odchodzą. „Tygodnik Powszechny” jest równie interesujący intelektualnie, co nieznaczący politycznie.

Diagnoza w istocie przerażająca. Faktem jest, że środowisko „Znaku” Jarosława Gowina czy „Więzi” Zbigniewa Nosowskiego od katolicyzmu otwartego odpłynęły. Nie sprawia to bynajmniej, że trudno pomylić ich z lefebrystami, a jednak nieprzypadkowo oni sami z posługiwania się pojęciem „Kościół otwarty” zrezygnowali. Doświadczenia porażek tej tradycji przesunęły ich na pozycje - jak ją określa red. Nosowski - „otwartości obrotowej”, co do otwartości której miewam czasem wątpliwości. „Tygodnik Powszechny” oczywiście interesujący bywa (zwłaszcza jego dział „Wiara” z Józefem Majewskim, o. Hryniewiczem, ks. Skowronkiem czy ks. Prusakiem) - ale tylko tyle. Wydaje się, że potrzeba zaistnienia nowego środowiska otwartego jest paląca. Ale może doświadczenie wymienionych wyżej środowisk wskazuje na to, że tak tylko się wydaje.

Pisze Michał Sutowski, że „doświadczenie ostatnich dwudziestu lat potwierdziło starą zasadę, że reforma imperium możliwa jest tylko po jego klęsce – tymczasem Kościół w III RP odniósł pasmo zwycięstw”. Odśrodkowym krytykom Kościoła w Polsce często zarzuca się nielojalność i osłabianie jego autorytetu. Takie uwagi zdarzyło się usłyszeć nawet „Kontaktowi”. Tymczasem Kościół wcale nie miewa się dobrze wtedy, gdy powodzi się mu jako instytucji - gdy rośnie w siłę, wzbogaca się, wchodzi w korzystne alianse. Taka sytuacja stwarza wiele pokus, z którymi ludzie reprezentujący Kościół nie potrafią sobie poradzić, o czym świadczą choćby przygody Kościoła w III RP. Sytuacja, w której uchwala się prawo zgodne z moralnymi wytycznymi katolicyzmu może oczywiście cieszyć, ale doprowadza ona do sytuacji, w której biskupi rezygnują z formowania sumień, a włączają się w politykę coraz bardziej i bardziej, bo skoro raz ktoś okazał względem nich słabość, prawdopodobnie okaże ją po raz kolejny. Sytuacja, w której Kościół traktowany jest w sferze społecznej w sposób preferencyjny, doprowadza do wzrostu w nim samozadowolenia i postawy roszczeniowej. I tak dalej.

Marzy mi się Kościół mniejszościowy, muszący radzić sobie z rzeczywistością mu niesprzyjającą (przy tej okazji raz jeszcze polecam wywiad z Krzysztofem Śliwińskim o Kościele w „trzecim świecie”). Kościół, który śni nie o potędze, ale o tym, jak najlepiej wykonywać swoją misję duszpasterską w skomplikowanej sytuacji. Kościół, który sam doznaje poniżeń, lepiej rozumie poniżonych. Kościół, któremu wciąż się wydaje, że ich doznaje, rozumie ich coraz gorzej. W sferze politycznej Kościół musi zacząć odnosić porażki - dla własnego dobra.

Misza Tomaszewski

Brak komentarzy: