Już w niedzielę usiądę w przytulnej kabinie za zasłonką, aby wypełnić cztery karty do głosowania. Zdecydowałem się na to pod presją i ze względu na swój rozum. Chcę być „dobrym obywatelem”, który wykonuje „swoje obowiązki”, czyli chodzi głosować. Zdając sobie sprawę, że nie jest wszystko jedno, kto zasiądzie w we władzach samorządowych, postanowiłem świadomie dokonać wyboru przed 21 listopada. Już wiem, że z pierwszym arkuszem do głosowania, na którym znajdę kandydatów na prezydenta Warszawy, poradzę sobie bez problemu. W końcu cała Polska podpowiada mi, kto w stolicy powinien zostać prezydentem.
Na kolejnych kartach mam zaznaczyć radnych sejmiku województwa Mazowsza, radnych m.st. Warszawy i radnych dzielnicy Mokotów. Już samo rozróżnienie tych nazw sugeruje kłopoty. Zaczynam się zastanawiać, jaka jest różnica między kompetencjami kolejnych urzędów, i choć uczyłem się tego już dwukrotnie, przed maturą i na egzamin na studiach – wstyd się przyznać – szczegółów nie pamiętam. Tu wystarczająco pomóc nie może nawet Wikipedia.
Po krótkich poszukiwaniach, przeczytaniu kilku okrągłych zdań o „budżecie województwa” i „strategiach rozwoju województwa”, machnąłem na to ręką. Chcę sprawdzić, na kogo będę mógł zagłosować. Na siermiężnej stronie Państwowej Komisji Wyborczej po długich poszukiwaniach znajduję ukrytą na dole zakładkę pod enigmatyczną nazwą „wizualizacja wyborów”. A na niej listy kandydatów, których nazwiska są mi zupełnie nieznane.
Znowu rozpoczynam poszukiwania. Wyszukiwarka od razu wypluwa informacje na temat kandydatów do sejmiku województwa i rady miasta. Problemy pojawiają się, gdy sprawdzam, kto startuje do rady dzielnicy.
W każdym z pięciu okręgów na Mokotowie są inni kandydaci. Znowu konsternacja, bo nie wiem, do którego ja przynależę. Kształt okręgów muszę odtwarzać z mapą w ręku, na podstawie nazw ulic podanych jako granice. Ewentualnie mogę jeszcze próbować znaleźć swój okrąg, poszukując mojej ulicy w spisach obwodów. Gdy po kilku minutach klikania docieram do odpowiedniej listy kandydatów do rady dzielnicy Mokotów, okazuje się, że pomimo że zamieszkuję w tym samym miejscu od przeszło 23 lat, żadne nazwisko nie jest mi znane.
Znowu próbuję się wesprzeć wiedzą z Internetu. Na próżno. Tym razem nie mogę znaleźć żadnej dodatkowej informacji o kandydatach. Być może dowiedziałbym się więcej, prowadząc wnikliwe śledztwo. Ale po wykonaniu tego całego wysiłku mam na dzisiaj dosyć. Zmieniłem się z „dobrego obywatela” w „zmęczonego”.
Dopóki informacje, po co głosować, na kogo i dlaczego będą aż tak trudno dostępne, na nic nie przydadzą się w Warszawie apele o głosowanie, a tym bardziej o świadomy wybór.
Uwaga przyszli radni i radne Mokotowa! Są cztery dni do wyborów. Choć jesteście moimi sąsiadami, nie znam Was. Ale zagłosuję na pierwszego, kto dotrze do mnie z jakimkolwiek programem, bo chciałbym wierzyć w samorządność.
Mimo apelu boję się, czwartą kartę będę musiał oddać pustą.
Mateusz Luft
3 komentarze:
Pod tym względem lepiej jest mieszkać w małym Milanówku... Dziś podjąłem podobny wysiłek, co Ty, ale nie dość, że był mniejszy (bo i kandydatów pewno mniej), to i efekty przyniósł lepsze. Bo komitety lokalne, których tutaj nie brakuje, nie mając wielkich nazwisk i rozpoznawalnej nazwy, muszą przynajmniej stworzyć stronę internetową i na niej zamieścić coś o swoim programie i swoich kandydatach. Nie mogą przecież liczyć, że kogoś pociągnie nazwa "Razem dla Milanówka" czy "Wspólny Powiat Grodziski", tak jak ciągną nazwy "Platforma Obywatelska" czy "Prawo i Sprawiedliwość"...
Szkoda, że duże komitety uważają, że wystarczy owa nazwa i polityka centralna. Gdy szukałem programu kandydatów do rady mojego powiatu z ramienia PO nie znalazłem nic.
Cóż, zagłosuję więc na listy "Sprawiedliwy powiat" i "Wspólny powiat grodziski"...
Nie zrobiłem tego co ty, Mateo, i się wstydzę. Co prawda dzięki twojemu tekstowi, trochę czuję się usprawiedliwiony.
A tak na wyczucie, to nie mam wątpliwości, że wybiorę bezpartyjne komitety, nawet jeżeli będą tworzyć go, jak na Ochocie, Panie z dzielnicowej biblioteki. Wybiorę zresztą w zgodzie z tym, co proponuje PO - Z dala od polityki - bo samorząd, zwłaszcza na szczeblu dzielnicowym, to miejsce naprawdę tylko dla prawdziwych gospodarzy okolicy - bibliotekarek, panów dbających o ogródek pod blokiem, czy pań dokarmiających koty.
Powiedziałbym, że właśnie te panie i panowie, o których wspomniałeś w ostatnim zdaniu, podobnie jak szczebel samorządowy w ogóle - to właśnie prawdziwe miejsce uprawiania polityki. A raczej miejsce uprawiania prawdziwej polityki...
Prześlij komentarz