sobota, 27 marca 2010

Jest sens

W związku z moją rolą przyszłego świadka na bierzmowaniu Agnieszki, miałem dziś okazję uczestniczyć w uroczystej mszy świętej, na której młodzież wręczała księdzu biskupowi prośby o udzielenie jej sakramentu. Msza poprzedzona była godzinnym spotkaniem formacyjnym, prowadzonym przez ambitną grupę dwudziestokilkuletnich ludzi. I o tym spotkaniu kilka słów.

Gdy wszedłem do świątyni około godziny jedenastej, w środku panował jeszcze chaos. Grupy gimnazjalistów z poszczególnych parafii zajmowały miejsce, wchodziły, wychodziły lub wałęsały się tu i ówdzie bez wyraźnego celu, pod nerwowym przewodnictwem nie mniej zdezorientowanych księży katechetów. Ponad tym wszystkim unosiły się płynące z głośników słowa znanej piosenki T.Love: „Tak bardzo chciałbym zostać kumplem Twym!”. Jednocześnie na wyświetlaczu rozbłysło hasło: „Jest sens”. Nieco oszołomiony, zająłem miejsce w nawie bocznej.< Z wolna przestronny kościół zapełniał się przyszłymi dojrzałymi chrześcijanami, a to wszystko w rytm kolejnego przeboju grupy z miasta świętej wieży. Po chwili został on jednak zastąpiony przez muzykę graną na żywo – lider animatorów brawurowo wykonał przebój Happysadu Zanim pójdę. Gdy muzyczny wstęp dobiegł końca, rozpoczął się właściwy program formacyjny, którego momentem kulminacyjnym było trwające kwadrans świadectwo wspomnianego wyżej lidera. Słowa: „alkohol”, „pornografia”, „kradzież”, „myśli samobójcze” i tym podobne w pewnym stopniu przykuły uwagę gimnazjalistów, ale tylko tych z nawy głównej. Wokół mnie atmosfera pozostawała raczej luźna, a chłopak siedzący w ławce naprzeciwko pozostawał nieczuły na wykrzykiwane spod ołtarza wyznania, zajmując się grą na komórce.

Z kolei przyszedł czas na konkursy z nagrodami. Patryk, który przed pełnym ludzi kościołem siłował się z animatorem, dostał baton. Dziewczyna, która lubi czytać – książkę. Inna jeszcze dziewczyna – płytę. Ale, jak zapowiadał animator, „jeśli się dziś otworzycie,  dostaniecie dużo więcej niż baton”. Oby. Po konkursach kolejne próby śpiewu, do którego, dzięki zachętom ze strony animatorów, włącza się nawa główna. Nawa boczna milczy. Śpiew milknie, dzwonek, rusza procesja z księdzem biskupem. Śpiew znów się rozpoczyna. Cięcie.

Trudno mieć żal do animatorów, którzy, trzeba to przyznać, dali z siebie wszystko i poprowadzili spotkanie najlepiej, jak umieli. A jednak coś wyszło nie tak, skoro młodzi ludzie wychodzili z kościoła po mszy ze skonsternowanymi minami na twarzach. Nie ma chyba sposobu, by trafić do tak wielkiej grupy, choćby nie wiem jakie hity puszczało się z głośników i jak dramatycznymi przeżyciami się nie dzieliło. Wciąż mam w pamięci bierzmowanie mojego kolegi, które odbyło się w drewnianym kościółku w Laskach. Kilkunastu bierzmowanych, ich bliscy, siostry – i tyle. Tam nie trzeba było żadnych efektów specjalnych, by osiągnąć cel. Dlaczego więc wciąż, uparcie organizuje się udzielanie sakramentów na masową skalę?

W tych okolicznościach przypomniała mi się opowieść o kardynale, który zapytany przez dziennikarza o ludzi niszczących Kościół, odpowiedział: „Proszę Pana, instytucja, którą reprezentuję, bezskutecznie próbuje zniszczyć Kościół od dwóch tysięcy lat”. Kościoła zniszczyć nie potrafimy, ale pamiętajmy też o młodych ludziach, którzy z naszej winy masowo stracą wiarę przed dwudziestką. „Jest sens” – ale jaki?

Misza Tomaszewki

1 komentarz:

ignacy pisze...

Czemu na masową skalę? Pewnie niektórzy myślą, że to ładniej i dostojniej. Ale myślę, że główny powód jest niezwykle prozaiczny - lenistwo i logistyka. Do bierzmowania trzeba przystępujących przygotować, a skoro można robić to hurtowo, nawet jeśli fatalnie i bez sensu, to pokusa jest duża. Stąd masowe przygotowania, których masowe przyjmowanie sakramentu jest tylko konsekwencją.
A notka słuszna i ciekawa.
Pozdrawiam,
Ignacy.