piątek, 18 czerwca 2010

Rzeka dzieciństwa

W środowy wieczór, podobnie jak niemal sto tysięcy innych ludzi, postanowiłem zostać świadkiem historii. Tego dnia bowiem, na lotnisku Bemowo, odbył się koncert jakiego świat dotąd nie widział. Po raz pierwszy w historii na jednej scenie wystąpiły po sobie cztery legendarne zespoły, filary światowej sceny heavy metalowej: Megadeth, Anthrax, Slayer i Metallica. Gwoli ścisłości: postanowiłem zostać takim świadkiem jak kilkanaście tysięcy osób, które zgromadziło się w okolicach lotniska, ale po niewłaściwej stronie ogrodzenia. I choć moich wrażeń audialnych nie da się na pewno porównać z wrażeniami osiemdziesięciu tysięcy fanów, którzy zapłacili za bilet, tym niemniej moja nietypowa lokalizacja dała asumpt do interesujących obserwacji społecznych.

Dachy i balkony okolicznych domków stały się lożami widokowymi dla setek słuchaczy „na gapę”. Ale nie tylko domki były oblegane, oj nie! Ludzie wspinali się na drzewa, płoty, znaki drogowe, na ustawione – bez wątpienia specjalnie dla nich – toi-toie, kilka osób przyszło nawet z własnymi drabinami. Niewykluczone, że wielu z nich ma już wypracowane specjalne metody. Wszak tylko w ciągu ostatnich tygodni, oprócz wymienionych wyżej zespołów, ciszę nocną mieszkańców Bemowa zakłócało jeszcze nie mniej legendarne AC/DC.

Zgromadzeni po mojej stronie ogrodzenia ludzie stanowili ciekawy przekrój społeczny. Naturalnie byli tu fani, dla których nie starczyło biletów, bądź też poskąpili na niego dwustu złotych, ale w tłumie stali też chłopaki w obcisłych, białych podkoszulkach, z włosami zaczesanymi do tyłu, przytulający swoje dziewczyny na wysokich szpilkach; obok nich wąsaci panowie z flaszką w klapie wyświechtanej marynarki, jakich co sobota spotkać można na służewieckim torze wyścigów konnych; przyjechali sportowcy na rolkach i rowerach; byli też motocykliści i rodziny z dziećmi. Taki sam tłum zbierał się niedawno wzdłuż brzegów Wisły, by obserwować nadciągającą falę kulminacyjną.

Koncert ambasadorów trash metalu w kulturalnym życiu Warszawy okazał się takim samym wydarzeniem co zeszłoroczny koncert Madonny. Mało tego! To właśnie jej występ budził zgorszenie i święte oburzenie niektórych mieszkańców stolicy, podczas gdy piekielny najazd Czterech Jeźdźców Apokalipsy pod tym względem przeszedł bez echa.

Runęła szczelna tama odgradzająca metal od popkultury. Gdy pod koniec podstawówki zapuszczałem długie włosy i namiętnie słuchałem Metalliki byłem przekonany, że to bariera nie do przekroczenia. W środę stałem w tłumie gapiów i obserwowałem jak te dwa potoki płyną teraz jednym, wspólnym nurtem.

Gdy Metallica zagrała „Fade to Black”, a mnie ze wzruszenia odebrało mowę, na płycie lotniska, zamiast zapalniczek, rozbłysły ekraniki LCD tysięcy komórek i aparatów cyfrowych.

Tomek Kaczor

Brak komentarzy: