„Cyrk się udał”. Tymi słowami nocną „Akcję Krzyż” podsumował jej organizator. Były transparenty, było skandowanie, grała muzyka. Rozegrano mecz siatkówki plażowej, nie zabrakło nawet baniek mydlanych. Cyrk niewątpliwie się udał.
Co odróżniało wczorajszą manifestację od tej sprzed tygodnia, która uniemożliwiła przeniesienie krzyża spod Pałacu Namiestnikowskiego do kościoła świętej Anny? Oprócz, naturalnie, faktu, że jedna krzyża „broniła”, a druga go „atakowała”? Obawiam się, że niewiele. Pomijam już nawet to, że żadna z nich nie przyczyniła się do konstruktywnego rozwiązania konfliktu. Esencja obydwu tych manifestacji była w każdym razie taka sama, a sprowadzała się do wyrażenia przez manifestujących pogardy względem ludzi, którzy myślą inaczej.
Nic to, że prawo - być może - jest po stronie „przeciwników” krzyża. Nic to, że w większości państw Europy Zachodniej trwanie podobnego miejsca pamięci i agitacji politycznej zarazem przed budynkiem administracji państwowej byłoby po prostu nie do pomyślenia. Tu jest Polska przecież. I nie o prawo chodzi, bo prawo nikogo nie uchroni przed nienawiścią.
Wbrew pozorom, wyzywanie próbujących przenieść krzyż księży od „ubeków”, a legalnie wybranych władz państwowych od „judaszów”, „zdrajców” czy „targowicy” – wcale nie tak daleko leży od wyśpiewywania „Pszczółki Mai” nad głowami modlących się w skupieniu ludzi. Krzywdę wszak mierzy się miarą skrzywdzonego. Skrzywdzony zaś - a pamiętajmy, że „tylko ofiary się nie mylą” – we wczorajszym cyrku widział obrazę krzyża, symbolu jemu najdroższego. Prawda, że inni – niebezzasadnie – obrazę krzyża, symbolu im najdroższego, widzą raczej w zachowaniu owego „skrzywdzonego”.
Krzyż jest jednak tylko jeden, a prawdziwym sposobem okazania pogardy obecnemu na nim Chrystusowi jest okazanie pogardy drugiemu człowiekowi. „Najskuteczniejszą metodą zadania ludziom długotrwałego bólu jest upokorzenie ich poprzez sprawienie, by rzeczy, które uważali za najważniejsze, zdały się błahe, przestarzałe i bezsilne”. To nie święty Paweł ani żaden z filozofów chrześcijańskich, lecz Richard Rorty. Do adekwatnej oceny obydwu manifestacji, których byliśmy świadkami, nie potrzeba wiary. Wystarcza odrobina liberalnej wrażliwości, która pomaga nam zauważyć, że „obrońców” krzyża z jego „przeciwnikami” nie łączy uniwersalny podobno wśród ludzi rozum wraz ze swoimi argumentami, lecz wrażliwość na okrucieństwo, którego dopuszczamy się względem siebie nawzajem. W majestacie prawa. I - co ważne przynajmniej dla niektórych - w obliczu krzyża.
Bez względu na to, w jaki sposób konflikt o krzyż przed Pałacem Namiestnikowskim zostanie rozwiązany, ktoś poczuje się tym rozwiązaniem skrzywdzony. Sprawy zaszły za daleko, by można było tego uniknąć. Bardzo wręcz prawdopodobne, że skrzywdzeni poczujemy się wszyscy. Zróbmy więc wszystko, by tej łącznej sumy krzywd nie powiększać. I bez tego dość już złego się stało.
Misza Tomaszewski
2 komentarze:
Laicki śmiech nie jest profanacją ani wyrażeniem pogardy. Manifestacja miała być w założeniu happeningiem, karnawałem. Miała na celu odczarowanie a nie definitywne rozwiązanie dramatycznego konfliktu. Jeśli sprowadza Pan nieprzerwaną, kilkutygodniową obecność modlitwy pod siedzibą władzy do oczywistości, jednocześnie napełnia Pan ten odcinek Krakowskiego Przedmieścia sacrum. A to jest ulica. Może odrobinę szczególna ze względu na budynki władzy, uniwersytet i ekskluzywny hotel, ale to ciągle zwykła ulica.
Bardzo dziękuję za ten głos, bo dzięki niemu dostrzegam, że pewnych rzeczy nie udało mi się wyrazić.
1. Obecność krzyża pod Pałacem Namiestnikowskim nie jest dla mnie oczywistością. Uważam, że jest on tam profanowany i że potrzeba zdecydowanych kroków ze strony państwa i Kościoła. Rozumiem też osoby, których razi obecność symbolu religijnego przed budynkiem administracji państwowej.
2. "Zdecydowane kroki" mają jednak służyć rozwiązaniu sytuacji - mimo że "obrońcy" na tym ucierpią. Happening, który odbył się przedwczoraj, zdecydowanie temu nie służył.
3. Zgadzam się z Tobą (przepraszam, ale nie wiem czy napisać "Panem" czy "Panią" więc wybieram formę bezpośrednią), że happening miał być formą "odczarowania". Wielu ludzi jest sfrustrowanych tym, co dzieje się na Krakowskim Przedmieściu. Ja także. Ale sposobem na rozładowanie frustracji nie powinno być podgrzewanie atmosfery, które na dodatek nie przyczynia się do konstruktywnego rozwiązania problemu.
Serdecznie pozdrawiam.
Prześlij komentarz