środa, 11 sierpnia 2010

O tym, dlaczego „nie”

W ostatnim numerze „Polityki”, poświęconym sporowi o krzyż stojący przed Pałacem Namiestnikowskim, pojawił się niezwykle ciekawy wywiad z profesorem Zbigniewem Mikołejko, filozofem religii. Pod koniec wywiadu znalazła się krótka, lecz bardzo celna diagnoza obecnej sytuacji polskiego Kościoła.

Gdy Kościół dziś próbuje dystansować się od konfliktu, ma rację, ale u początku tego wszystkiego było przyzwolenie na manifestacyjną obecność krzyża wszędzie, zgoda na jego desakralizację. Żeby nastąpił przełom mentalny, tacy biskupi jak Kazimierz Ryczan, Stanisław Stefanek czy Edward Frankowski, cała ta potężna grupa hierarchów, muszą najpierw zrozumieć, co się stało. A nie są w stanie. Rozumieją to katoliccy intelektualiści, tacy jak Adam Boniecki, Jacek Prusak czy Andrzej Luter – i są przerażeni. Hierarchowie myślą przy tym, że nadal są panami dusz. A już nie są.

Grzech polskiego Kościoła polegał na nieumiejętności samoograniczenia się. Po roku ’89, w którym i przed którym Kościół odegrał ważną rolę, odnalazł się dość szybko jako gracz polityczny. A odnalazł się, ponieważ wiele mu oferowano. Wywierał naciski, ponieważ widział, że przynosi to wyraźny efekt. W samych tylko ostatnich latach zabrakło Kościołowi wewnętrznego poczucia sprawiedliwości, gdy głosami niektórych hierarchów zaangażował się w spory o wliczanie oceny z religii do średniej, o maturę z religii, o Komisję Majątkową, o in vitro.< W IV księdze Państwa zdefiniował Platon sprawiedliwość krótko: „robić swoje” (to ta hautū prattein). Robić swoje, a więc powstrzymywać się od robienia tego, co do mnie nie należy. Nawet jeśli inni mi nie zabraniają. Nawet jeśli nikt nie widzi, nie osądzi i nie potępi. Tak pojęta sprawiedliwość jest nie tylko cnotą Platońską, ale i cnotą chrześcijańską. Tymczasem na pytanie „Dlaczego taką sytuację wykorzystywać?” usłyszałem kiedyś od gorliwego chrześcijanina odpowiedź: „A dlaczego nie?”. Podobnie odpowiadają liczni biskupi i na tym właśnie polega ich nieumiejętność samoograniczenia.

Samoograniczenie jest rzadką cnotą. Może więc zamiast niego warto Kościołowi i chrześcijanom zaproponować eksperyment intelektualny? John Rawls wierzył, że reguły współżycia międzyludzkiego mogą zostać ustanowione za „zasłoną niewiedzy”. Wierzył, że możliwe jest racjonalne porozumienie wszystkich ludzi, o ile zgodzą się oni na chwilę zapomnieć o swoich przekonaniach politycznych, statusie społecznym i innych cechach indywidualnych, a więc jeśli dopuszczą oni myśl, że mogliby być kimś innym.

Zasłona niewiedzy jest oczywiście utopią. Po pierwsze, trudno abstrahować np. od własnego ilorazu inteligencji. Po drugie, nie wydaje się, aby istniała jedna, uniwersalna racjonalność. Z Rawlsowego eksperymentu płynie jednak ważna lekcja dla każdego z nas, także dla biskupów naszego Kościoła. Uczmy się empatii, a więc wczuwania się w drugiego człowieka, stawania na jego miejscu. Dostrzeżmy jego prawa, równe naszym prawom, nawet jeśli się o nie nie upomina. Uszanujmy jego wolność, choć państwo nie radzi sobie z tej wolności ochroną. I spójrzmy na siebie z odrobiną podejrzliwości. To takie chrześcijańskie.

Misza Tomaszewski

Brak komentarzy: