poniedziałek, 21 listopada 2011

Z kulą u nogi

Misza Tomaszewski

„Tato, spójrz!” – mały chłopiec ciągnie ojca za rękę, wskazując na innego chłopca, który z nieszczęśliwą miną stoi przy krawężniku. Połatane ubranie, tabliczka z napisem: „Nie mam na hleb”. „Ten biedny chłopczyk zrobił błąd w wyrazie – frasuje się malec. – Jaki on niemądry”. Mężczyzna czule obejmuje syna i z szelmowskim uśmiechem udziela mu pouczenia (to jedno z tych pouczeń, których pokolenie ojców zazdrośnie strzeże przed pokoleniem synów, by wtajemniczyć ich w sztukę życia w najbardziej stosownym momencie): „Synu, gdyby biedne dzieci były mądre… – tu ojciec zawiesza głos, by upewnić się, że chłopiec wpatrzony jest w niego jak w obrazek – …to by nie były biedne”.

Satyryczny komiks Macieja Łazowskiego mógłby się stać najkrótszym wprowadzeniem w tematykę niniejszego numeru „Kontaktu”. Próbujemy w nim odwrócić ojcowskie pouczenie, a następnie je uogólnić: „Gdyby ludzie upośledzeni społecznie nie byli upośledzeni społecznie, to – być może – byliby nami”. „Nami”, czyli ludźmi porządnie wykształconymi i nieźle sytuowanymi. Takimi, którzy lubią określać się mianem „przyzwoitych”, w opozycji, rzecz jasna, do ludzi „nieprzyzwoitych” – pasożytów, typów spod ciemnej gwiazdy, elementu przestępczego. W skrócie: społecznego marginesu, zaludniającego jednostki opiekuńcze i penitencjarne, na które łożymy nasze ciężko zarobione pieniądze.

Ojciec z komiksu Łazowskiego próbuje wmówić swojemu synowi, że biedne dzieci dostają to, na co zasługują. Trzy obrazki wystarczą, by przerysować i prześmiać tę wątpliwą mądrość. Śmiech ten jest jednak śmiechem przez łzy. Musimy bowiem zdać sobie sprawę z tego, że inne mądrości, podobne tamtej i jej zresztą warte, nurtują w naszym potocznym myśleniu i określają nasze naiwne (a czasem nie takie znów naiwne) poglądy społeczne. „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” – tak brzmi zbanalizowana zasada mieszczańskiego samozadowolenia, zwalniająca nas z troski i odpowiedzialności za innych. Tym bardziej niepokojąca, że często dająca się wyczytać pomiędzy gładkimi słowami „dobrych chrześcijan”.

W osiemnastym już numerze „Kontaktu”, zatytułowanym Resocjalizacja, podejmujemy próbę namierzenia i zestrzelenia kilku „ojcowskich mądrości”.

Pierwsza z nich głosi, że akt miłosierdzia jest tylko wyjątkiem od zasady sprawiedliwości, a więc czymś odświętnym, czego jeden człowiek nie może być dłużny drugiemu. Do tego przekonania nawiąże ksiądz Andrzej Luter, ironicznie nazywając je „prawem Archimedesa”: „Ktoś tonie, a my pouczamy go, że uniknąłby tego, gdyby przestrzegał zaleceń… W tym czasie ów człowiek naprawdę tonie. Powinniśmy wpierw wyciągnąć do niego rękę, o nic nie pytając”.

Mądrość druga syczy nam do ucha, że każdy człowiek jest kowalem swojego losu. Kto odsiaduje karę pozbawienia wolności, najwyraźniej sobie na to zasłużył. Tymczasem wystarczy rzut oka na statystyki, by przekonać się, że „to biedni, bezdomni, słabi, chorzy i uzależnieni zapełniają nasze więzienia”. Startujemy w nierównym wyścigu, a odniósłszy wątpliwy sukces, mścimy się na przegranych. Spróbowalibyśmy tak pobiec z kulą u nogi, którą znaczna część z nich ciągnie za sobą od urodzenia.

Trzecia mądrość: winny zasługuje na cierpienie. Tego wszak domaga się wrodzony nam instynkt sprawiedliwości. Jeśli zadość nie uczyni mu państwo, to strach pomyśleć, co zacznie się dziać na naszych ulicach, gdy w swoje ręce weźmiemy obowiązek wendety. Poglądowi temu przeciwstawiamy przekonanie, że społeczne poczucie sprawiedliwości można modelować i cywilizować. Przykład Norwegii po Breiviku upewnia nas, że kara kryminalna nie musi pełnić funkcji zinstytucjonalizowanej zemsty.

Marzy nam się, by myśl stojąca za numerem Resocjalizacja godna była słów Chrystusa z Ewangelii Mateusza: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Pragniemy raz na zawsze zerwać z ojcowskimi mądrościami na temat ludzi, którzy są „sami sobie winni”. Nie promujemy bynajmniej deterministycznej wizji człowieka, który w żadnym stopniu nie odpowiada za swoje czyny, lecz wskazujemy na naszą za niego współodpowiedzialność. Zbyt często domagamy się bowiem sprawiedliwego karania winnych, przymykając jednocześnie oko na istnienie społecznych niesprawiedliwości. „Ileż przestępstw zostało popełnionych przez ludzi, którzy sami byli ofiarami fundamentalnej niesprawiedliwości? – zapyta dramatycznie arcybiskup Desmond Tutu. – Albo przez takich, których podstawowe ludzkie prawa nigdy nie były szanowane?”

Czy kiedy w Wielki Piątek modlimy się do Boga, aby „otworzył więzienia” i „rozerwał kajdany” – robimy to szczerze? Cóż poczęlibyśmy w świecie, w którym nie byłoby na kogo zrzucić winy za zło?

7 komentarzy:

Zooey Glass pisze...

Szanowny Panie Miszo, z zainteresowaniem przeczytałem Pana artykuł „Sen sprawiedliwego”w ostatnim Kontakcie. Myślę, że w pełni mogę się z Panem zgodzić co do jednego – lepiej jest, gdy przestępca opuszcza więzienie lepszym człowiekiem, niż był nim wchodząc – nie pisze Pan tego wprost, ale rozumiem, że coś takiego da się z Pańskiego artykułu wyrozumować.
Zgoda więc.

Co do reszty artykułu – mam wrażenie, że jest jak gąbka przesiąknięty ideologią. Niewiele jest dających się zweryfikować konkretów, więcej odwołań do autorytetów głoszących tezy całkiem nieoczywiste. Zaczyna Pan od durnego tekstu prof. Grzegorczyka i dalej jedzie Pan równo...

Weźmy np. x. Jima Consedine'a i jego wizje sprawiedliwości naprawczej. Cytuje Pan - „sprawiedliwość państwowa, to sprawiedliwość narzucona odgórnie, karząca, hierarchiczna (jakby było w tym wszystkim coś złego – przypis mój). Sprawiedliwość społeczna, to sprawiedliwość negocjowana, naprawcza”. Dalej następuje stwierdzenie, że pierwotna jest ta społeczna, a dopiero w czasach monarchii absolutnej zaczęła się ta państwowa. Jest to ideologiczna mrzonka o „szlachetnym dzikusie”. Nie trzeba być przenikliwym znawcą historii cywilizacji, żeby dostrzec, że to nieprawda. Społeczności już w prymitywnych fazach organizacji bronią się przed złem, wyrzucając je poza swój obręb, już to bezpośrednio – karząc przestępcę np. śmiercią, czy wygnaniem, lub też symbolicznie, poprzez mechanizmy i rytuały przeniesienia. I niech p. Consedine nie ściemnia - Sokrates był wszak ofiarą demokracji, a nie „monarchii absolutnej”. Gdyby nie „sprawiedliwość państwowa” trzymająca w ryzach społeczne emocje, mechanizmem retrybucji „sprawiedliwości społecznej” byłby lincz, a nie proces naprawczy sprawcy przestępstwa. W komunistycznej szkole, do której chodziłem, dekrety prawne Hammurabiego przedstawiano jako legalne usankcjonowanie nieludzkiego okrucieństwa. I myśmy w to wierzyli, nie dostrzegając, że w istocie była to tama jaką „sprawiedliwość państwowa” nakładała na niczym nieograniczone okrucieństwo „sprawiedliwości społecznej”. Nie dziwi mnie wcale, że książkę Consedine'a „Sprawiedliwość naprawcza” wydało wprawdzie w Polsce Wydawnictwo Polskie Stowarzyszenie Edukacji Prawnej, ale już jej promocją (w internecie) zajmują się anarchiści http://cia.media.pl/sprawiedliwosc_naprawcza (Centrum Informacji Anarchistycznej).

Swoją drogą pobieżna kwerenda w internecie tropami Pańskich źródeł jakoś nieuchronnie prowadzi do jeśli nie lewackich (jak wyżej) to lewicowych odnośników: Nils Christie na polskich stronach wyskakuje na pierwszej pozycji Google'a na stronie zwolenników legalizacji marihuany http://medicalcannabis.weebly.com/uploads/2/7/9/4/2794475/smaczki_m_platek.pdf .
Jedynym miejscem w sieci, gdzie występuje wspomniany w tekście Leonardo Andrade jest strona „Talk Left” http://www.talkleft.com/story/2003/03/05/183/38887 . Co więcej, link ze strony, obiecujący więcej informacji o przestępcy, odsyła na nieistniejącą stronę http://www.aclu.org/ (American Civil Liberties Union).

…...........................
Miałem zamiar pisać więcej, ale jak zwykle przy lekturze Pańskich tekstów mój sprzeciw budzi co drugie zdanie, pisanie rozciągnęłoby się poza granice czasu, który mogę nań poświęcić.

Poddaję się.

Zooey Glass pisze...

Tylko parę uwag na marginesie.

Mój znajomy został ongiś wyciągnięty z samochodu na warszawskiej Pradze, pobito go, samochód odjechał. W komendzie na Cyryla, na zdjęciach z policyjnej kartoteki, rozpoznał sprawców rozboju. Jakiś czas później matce owego znajomego złożyła wizytę rodzina młodocianego bandyty. Czy żeby się jednać? Otóż nie, rodzice w sposób zawoalowany, ale nie pozostawiający wątpliwości dali do zrozumienia, że jeżeli skarga na ich pociechę nie zostanie wycofana, mojemu znajomemu grozi niebezpieczeństwo bardo poważne. Nie czując oparcia w organach sprawiedliwości (skąd przestępcy mieli dane poszkodowanego ? - zgadnij, koteczku...) mój znajomy na kilka lat uciekł za granicę. O tym, że groźby nie były bez pokrycia, świadczy fakt, że ów bandyta trafił w końcu do więzienia, tym razem za zabójstwo.

X

Być może pamięta Pan film Bunuela „Widmo wolności”? Jest tam nowelka o zabójcy, który podobnie jak Breivik strzelał do przypadkowych ludzi. Został schwytany, osądzony i skazany na karę śmierci (o ile pamiętam). Po czym prost z sali sądowej, w świetle błyskających fleszy wyszedł na wolność. Do tego zmierzamy?

X

Ewidentną manipulacją jest wrzucenie do jednego worka sprawców przestępstwa, niezależnie od jego wagi gatunkowej. Każe się nam patrzeć na wszystkich sprawców przestępstw, jakby każdy z nich miał na sumieniu jedynie kradzież kilku kaset wideo. W tej perspektywie z pola widzenia giną ci, dla których zbrodnia jest konsekwentnym życiowym wyborem. Naciąga się w ten sposób pobłażliwość, którą skłonni bylibyśmy okazać drobnym łobuzem, na zdeklarowanych przestępców – członków gangów, morderców, gwałcicieli itp. Co nie znaczy, oczywiście, że naciąganie w drugą stronę jest zasadne – trzeba jedynie widzieć rzeczy jakimi są.
Dzięki takiemu wyidealizowaniu przestępcy łatwiej przejść do kroku następnego – przebaczenia i pojednania. Któż nie wybaczyłby biednemu czarnoskóremu chłopakowi z rozbitej rodziny, ze slumsu, który ukradł z wypożyczalni kilka kaset wideo dla swej córeczki? Sam się wzruszyłem...
Po tych zabiegach perswazyjnych łatwiej jest mówić o przebaczeniu. Jak wzywałby wyznawca „sprawiedliwości społecznej” do przebaczenia (i kogo), gdy z zimną krwią wymordowana zostaje cała rodzina? Któż bowiem może przebaczyć, kto się ma z kim pojednać? Jeżeli przestępstwem jest wymuszanie haraczy przez zorganizowane gangi, stręczycielstwo, hurtowy handel narkotykami albo bronią – czy naprawdę wierzy Pan w sielankę przebaczenia i pojednania? To samo pytanie: kto miałby się pojednać i z kim?

X

Z pogardą odnosi się Pan do polityków „głoszących hasła w rodzaju 'zero tolerancji'”, nie wyjaśniając o co naprawdę chodzi. A chodzi technikę działania służb publicznych, których celem jest skuteczne ograniczenie przestępczości: Nowy Jork coraz bezpieczniejszy. Liczba zabójstw w mieście prawdopodobnie będzie w 2005 roku najniższa od 44 lat .Potwierdzają to najnowsze statystyki policji: od początku roku doszło tam tylko do 215 morderstw. Władze i Nowojorczycy mają nadzieję, że metropolia wreszcie pozbędzie się opinii, że jest wyjątkowo niebezpieczna. Zła opinia ciągnie się za Nowym Jorkiem co najmniej od lat 80. W rekordowym roku 1990 było tu 2 tys. 245 zabójstw. Turyści i zwykli mieszkańcy bali się przejeżdżać samochodem przez niektóre dzielnice czy jeździć wieczorem metrem... http://wyborcza.pl/1,75248,2791256.html.
A to za sprawą burmistrza, szefa policji i ich ludzi oraz akcji „zero tolerancji”. Skąd więc ten protekcjonalizm i pogarda?

Zooey Glass pisze...

I na koniec:

Z tego tekstu, jak też wielu podobnych, pisanych w duch politycznej poprawności, odnieść można wrażenie, że prawdziwie godnym współczucia jest sprawca zbrodni, że to na nim ogniskuje się krzywda, że to właściwie on jest ofiarą. I to właściwie ofiarą niewinną – gdyż odpowiedzialność za zło nie obarcza sprawcy, lecz rozciąga się na wspólnotę lokalną, warunki społeczne i cokolwiek jeszcze...

X

Nie mogę wprost czytać takich „mądrości”, jak cytowane myśli bp. Tutu . Przestępczość nie „stanowi odbicia niezdolności ludzi do uczciwego i sprawiedliwego postępowania”, tylko JEST nieuczciwym i niesprawiedliwym postępowaniem. Co z tego, że – niewątpliwie – „chciwość, gwałt i niesprawiedliwość kryją się w każdym z nas”? Co z tego, że zło jest częścią natury ludzkiej? Ostatni akapit tekstu brzmi wręcz kuriozalnie – zrównał Pan latentne skłonności ku złu ze złem faktycznie dokonanym, zanegował wolność człowieka, uznając, że popełnienie lub nie popełnienie zbrodni jest kwestią przypadku (bo tak – chyba słusznie? - rozumiem że więzienny mur dzieli nas w sposób przypadkowy). Co to znaczy „znosić możliwość (tlącego się zła) w sposób solidarny”? Jeżeli chodzi Panu o to, by podtrzymując w sobie świadomość powszechnej, a więc i mojej, skłonności do zła nie ulec pokusie fałszywej doskonałości – zgoda. Jeżeli jednak chodzi o to, żeby relatywizować zło realnie dziejące się w przestrzeni międzyludzkiej – zgody nie ma.
Prawdziwe pytanie brzmi – skoro drzemią w nas wszystkich te ciemne moce, dlaczego jedni dają im posłuch a inni nie? Dlaczego jednakowo warunkowani społecznie innymi podążają drogami? Czy Kain i Abel w różnym wzrastali środowisku? Świadomość powszechnego uwikłania w zło jest niewątpliwie niezbędna dla realistycznego oglądu i osądu świata. Nie jest tej świadomości funkcją dostarczanie alibi dla zbrodniczych zachowań, jak Pan w konkluzji artykułu za bp. Tutu zdaje się sugerować. Zaś wszelkie teorie o społecznej genezie zła nie są w stanie udzielić innej odpowiedzi, niż statystyczna. Nie są w stanie uchwycić fenomenu ludzkiej wolności.

X

Przypomniało mi to historię z życia – w proteście przeciw Bogu i religii anarchiści spalili zabytkową cerkiew łemkowską. Wszyscy łamali ręce, bo strata była ogromna, a Jan Turnau w Wyborczej napisał „wszyscy jesteśmy winni!”. Szlag mnie trafił i odpisałem, że w żadnym stopniu nie jestem winny – winni są wyłącznie bezpośredni sprawcy i ci, którzy dostarczyli im przestępczej ideologii. Że nie ma się w dodatku powodu dziwić, bo to normalne, że anarchiści palą kościoły, niezwykłe, gdy tego nie robią. Dostałem w odpowiedz; „nie zgadzam się z Panem”. I tyle.

X

Myślę, że gdyby za punkt wyjścia swego artykułu przyjął Pan perykopę biblijną o Kainie i Ablu, a nie tekścik A. Grzegorczyka, byłoby to dla Pańskiego artykułu z korzyścią – może nie tak łatwo dałby się Pan ponieść nurtowi ideologii kosztem realistycznego oglądu rzeczywistości.

X

PS: podrzuciłem wczorajna tablicę Kontaktu na FB mój rysunkowy komentarz do Panskiego atrykułu – http://inlinethumb25.webshots.com/48920/2964885380102022698S600x600Q85.jpg. Ale ktoś (Pan?) go ocenzurował.
Niepotrzebnie chyba.


Pozdrawiam serdecznie i życzę radosnych Świąt Bożego Narodzenia

ignacy pisze...

Szanowny Panie Tomaszu,
nie czuję się na siłach, ani czasowych, ani intelektualnych Panu odpowiedzieć merytorycznie. Pozwolę sobie tylko zwrócić uwagę na nonsensowne lub po prostu nieprawdziwe sformułowania w Pana komentarzu.

1. Wnioskowanie o wartości czyjejś wypowiedzi na podstawie tego, kto się nań powołuje jest równie absurdalne, co po prostu głupie. Na tej zasadzie dezawuować należałoby co drugiego człowieka, który powiedział coś publicznie. Myślę, że gdyby powołał się Pan na jakichkolwiek specjalistów (dlaczego Pan tego nie zrobił?), to dosyć łatwo znaleźć można byłoby strony, na których ktoś się na nich powołuje, a które głoszą poglądy, powiedzmy, nieciekawe. Jeśli to, że na stronie CIA ktoś napisał recenzję książki Consedine'a, dla Pana dyskwalifikuje go jako eksperta, to nie wiem, któż obroniłby się jako ekspert, gdyby odpowiednio pogrzebać w sieci.

2. Ale Pan, jak widzę, grzebać w sieci nie lubi.
W kwestii Leonardo Andrade po prostu szukał Pan za krótko, wskutek czego podał Pan kłamliwą informację, jakoby nie było o nim informacji. Ot choćby CBS News: http://www.cbsnews.com/stories/2002/10/28/60II/main527248.shtml
Albo "Time": http://www.time.com/time/nation/article/0,8599,430111,00.html
Specjalnie dla Pana, nawet Wikipedia!: http://en.wikipedia.org/wiki/Lockyer_v._Andrade

Jeśli równie dobrze szukał Pan informacji o innych wspominanych przez Miszę osobach, to nie wiem, czy jest o czym dyskutować. Nie sądzę, że ze złej woli, ale po prostu przeinacza Pan fakty. Sam Pan przyznał, że Pańska kwerenda była pobieżna. Czas przyznać, że zbyt pobieżna.

Jeszcze jeden przykład? Mi Nils Christie wyskoczył w pierwszej kolejności na stronie Uniwersytetu Warszawskiego, jako "światowej sławy kryminolog". http://www.uw.edu.pl/pismo/kwart5/kronika.html

3. Nikt nie ocenzurował Pańskiego rysunku. Wciąż go widzę. Wystarczy, na tablicy Kontaktu, zamiast "Kontakt", kliknąć: "Wszyscy (najnowsze posty)". Tuż nad tablicą, poniżej miniatur zdjęć. Wtedy Pan również powinien go zobaczyć.

Pozdrawiam i polecam, mimo wszystko, większą uwagę, zanim Pan coś stwierdzi jako sprawdzone.
Ignacy Dudkiewicz.

misza pisze...

Szanowny Panie Tomaszu,

Po dłuższym wahaniu zdecydowałem się jednak Panu odpowiedzieć, choć mentorsko-ironiczny ton, jakim zwykł się Pan posługiwać (przynajmniej w komentarzach zamieszczonych na naszym blogu), niespecjalnie do tego zachęca. Na przyszłość radzę przemyśleć formę, bo miejscami jest po prostu obraźliwa i nie każdy może mieć ochotę na mierzenie się z tego typu uwagami.

Zacznę podobnie: mam wrażenie, że Pana komentarz jest jak gąbka przesiąknięty ideologią. Niewiele jest dających się zweryfikować konkretów. Brakuje nawet odwołań do wątpliwych autorytetów, z których mógłby Pan czerpać inspirację dla swoich przekonań. Oszczędzę natomiast epitetu „durny”. Proponuję, żeby swoją obszerną recenzję artykułu profesora Grzegorczyka (naturalnie, dopiero po przeczytaniu go) przekazał Pan osobiście autorowi, w miarę możliwości z pominięciem medium, jakie stanowi niniejszy blog.

Gdyby przeczytał Pan któryś z tekstów Consedine’a (np. ten, na który powołuję się w swoim tekście), to zorientowałby się Pan, że jego teoria sprawiedliwości naprawczej niewiele ma wspólnego z Rousseau. Nie jestem w tych sprawach ekspertem, ale przekonuje mnie to, co Consedine pisze o procedurach pojednawczych w licznych kulturach tradycyjnych, jak również w prawie rzymskim. Więc może jednak warto być „przenikliwym znawcą historii cywilizacji”, a przynajmniej zapoznać się z argumentami autora Sprawiedliwości naprawczej, by dogłębnie przemyśleć sprawę, zanim w sposób autorytatywny zabierze się głos. Na zachętę kilka fragmentów omawianej książki, dotyczących sprawiedliwości biblijnej:

Jak wskazuje znawca Pisma Świętego, Herman Bianchi, nie istnieje żadne historyczne świadectwo na to, że można było stracić oko jako karę za napaść i uszkodzenie oka innej osoby. Pojęcia oka i zęba są symboliczne. […] Pojęcie lex talionis, prawa proporcjonalności, mówi po prostu, że nigdy nie powinieneś domagać się więcej niż wartość tego, co zostało zniszczone.

Pierwsze starotestamentowe rozumienie wyrzekało się szukania kozłów ofiarnych, tj. twierdzenia, że za przestępstwo ponoszą odpowiedzialność tylko pewne złe jednostki w społeczeństwie. W przypadku złamania prawa miała miejsce odpowiedzialność zbiorowa. Przemoc i łamanie prawa świadczyły o kryzysie w samej strukturze społeczeństwa.

Teolog Kevin O’Reilly mówi: „W Biblii Bój jest nazywany sprawiedliwym. Czym jest sprawiedliwość Boga? Według autorów Starego Testamentu, sprawiedliwość Boga nie jest wartością, przez którą Bóg wynagradza dobrych, a każe złych. Bóg jest sprawiedliwy wtedy, gdy wkracza w życie osób pozbawionych przywilejów, zwłaszcza sierot i wdów, żeby uratować ich przed niesprawiedliwością ludzką. Bóg jest sprawiedliwy, gdy broni sprawy niewinnych. Bóg jest sprawiedliwy, gdy wynosi tych, którzy byli wykorzystywani przez złych ludzi. Bóg jest sprawiedliwy, gdy chroni biedaków.

Wspomniał Pan o Kainie i Ablu, proszę więc pamiętać i o Kainowym znamieniu. Tak dla równowagi. No i o licznych fragmentach Ewangelii, w których miłosierdzie wydaje się mieć pierwszeństwo przed wymierzaniem sprawiedliwości.

misza pisze...

Jeśli chodzi o kwerendy, które przeprowadził Pan w Internecie, to wydaje mi się, że Ignacy dość już to wypunktował. Andrade pojawia się nawet w Wikipedii (jako pierwszy wynik, musiał Pan przegapić). Co do Nilsa Christie, to jest to kryminolog o międzynarodowej sławie, więc proszę popróbować wyszukiwania w języku angielskim. A że sprawiedliwość naprawcza jest lansowana przez środowiska lewicowe… Cóż, widzi Pan w tym jakiś problem? Ja widzę problem raczej w tym, że nie przebija się ona przez prawicową metafizykę manichejskiego indywidualizmu. Na marginesie, ciekaw jestem, co dla Pana znaczy słowo „lewicowość”. Odnoszę wrażenie, że to rodzaj obelgi.

Co do uwag na marginesie. Przykłady, na które się Pan powołuje, niebezpiecznie przypominają mi rozmowę, którą odbyłem przed laty z jednym ze swoich wychowanków. Próbował on przekonać mnie do zaakceptowania kary śmierci coraz to bardziej wymyślnymi przykładami zbrodni, których dopuścił się podsądny. Czy myśli Pan, że podawanie pojedynczych przykładów „z życia” jest mocnym argumentem w naszej dyskusji? Bardzo mi przykro z powodu Pana znajomego, doskonale rozumiem uraz z tym związany. Ale rozczaruję Pana: Consedine nie mówi, że sprawcy przestępstw powinni być bezkarni, ale że powinniśmy zmienić nasz sposób myślenia o źródłach przestępstwa i celach kary. Nic dziwnego, że jego idea nie bardzo przystaje do polskiego retrybutywizmu. Wystarczy poczytać nielubianą chyba przez Pana Monikę Płatek, by dowiedzieć się, że, po pierwsze, uważa ona, iż stosowanie procedur naprawczych ma swoje granice, ponieważ kluczowym ich celem jest doprowadzenie do tego, by winny uznał swoją winę, a ofiara odzyskała poczucie bezpieczeństwa, co nie zawsze jest możliwe, po drugie zaś – że prawdziwym problemem polskiego systemu karno-penitencjarnego jest nie surowość kar, lecz ich nieuchronność. Jak się do tego ma wizja Buñuela – nie bardzo wiem. Nie bardzo też wiem, jak polemizować z Pańskim doświadczeniem i wewnętrznym przeświadczeniem.

Nie zrozumiał Pan wymowy wątku poświęconego człowiekowi oskarżonemu o kradzież kaset wideo. Zawarta została w nim krytyka koncepcji kary opartej na prewencji indywidualnej z postępującą surowością orzekania wyroków. Nie wydaje mi się, żeby trzeba było o tym rozprawiać. Że prewencji nie można uznać za fundament kary piszą nie tylko autorzy chrześcijańscy. Uznaje to nawet wierchuszka polskiego więziennictwa (Cyryl był ostatnio na spotkaniu z ich udziałem; mówili np., że w naszych więzieniach siedzi 80 tysięcy ludzi, a siedzieć powinno cztery razy mniej; ludzi z wyrokami do trzech lat pozbawienia wolności, którzy stanowią cztery piąte więziennej populacji, w ogóle nie powinno tam być). Owszem, są ludzie, którzy powinni siedzieć, ponieważ są niebezpieczni, ale tych jest naprawdę stosunkowo niewielu. Podstawowym problemem jest fakt, że w Polsce kompletnie nie działa mechanizm probacji, z którego w takiej Danii korzysta 98% więźniów. U nas bardzo często siedzi się od deski do deski i wychodzi z poczuciem spłaconego długu, a często i pragnieniem zemsty (zechce Pan zwrócić uwagę na statystyki recydywy na stronach Służby Więziennej). Zmiana koncepcji kary wymaga więc przebudowania systemu, a nie nabudowy na chorym organizmie. Nikt też tego nie proponuje. Rozumiem Pański pesymizm odnośnie stosowania procedur naprawczych w licznych przypadkach. Doświadczenie Consedine’a – który jest praktykiem, nie zaś teoretykiem sprawiedliwości – wskazuje jednak na to, że są one możliwe częściej, niż się wydaje. A ja mu wierzę. Pan przeciwstawia temu jedynie swoją wyobraźnię. Proszę mi wybaczyć, ale to słaby argument.

misza pisze...

Co do modelu amerykańskiego – znowu mnie Pan nie przekona. Proszę przejrzeć oficjalne statystyki U.S. Bureau of Justice. Nie podoba mi się kraj, w którym za bezpieczeństwo płaci się siedmioma milionami więźniów (łącznie z aresztowanymi i próbowanymi). „Zero tolerancji” powinno oznaczać nieuchronność działania wymiaru sprawiedliwości, a nie jego surowość. Stany Zjednoczone, ze swoją karą śmierci, z three strikes law, stawiają raczej na to ostatnie, z mizernym zresztą skutkiem, bo liczba więźniów wzrasta tam od lat. Pod tym względem stanowią one niedościgniony wzór dla Rosji. Dziękuję za taki model, wolę Norwegię.

To, co pisze Pan o mojej koncentracji na sprawcy przestępstwa – znowu jest strzałem kulą w płot. Wymiar sprawiedliwości oparty na retrybucji w nosie ma ofiarę przestępstwa. Stroi się w jej szaty, jak gdyby to państwo zostało zabite, zgwałcone czy okradzione. Jako pierwsi ofiarę dostrzegli właśnie teoretycy sprawiedliwości naprawczej, czy się to Panu podoba, czy nie. To oni wskazują na potrójny cel procedury naprawczej: (a) uznanie przez sprawcę swojej winy i wzięcie odpowiedzialności za popełnione zło, (b) odzyskanie przez ofiarę poczucia bezpieczeństwa i sterowalności życia, (c) zwrotne oddziaływanie na społeczność lokalną. Wydawało mi się, że dość wyraźnie wspomniałem w swoim artykule (za Wojciechem Zalewskim), że obowiązujący schemat procesu z założenia wyklucza ofiarę, sadzając ją wśród biernych obserwatorów, i antagonizuje strony, utrudniając pojednanie.

Pan nie może czytać „mądrości” arcybiskupa Desmonda Tutu, który okazał się niedoścignionym wzorem w kwestii budowania społecznego pokoju po wielkiej zbrodni, a ja nie mogę czytać „mądrości” Pańskich, będących jedynie wyrazem wpojonej Panu przez tych „niepoprawnych” (bo rozumiem, że w ten sposób się Pan określa) metafizyki. Po kolei. Po pierwsze, nie zanegowałem wolności człowieka, lecz wyraźnie podkreśliłem, że człowiek jest częściowo warunkowany. Ktoś, kto rodzi się w środowisku strukturalnie przestępczym, może się z niego wydostać, lecz ma znacznie większą niż Pan czy ja szansę na wkroczenie na złą drogę. Mit? Nie wydaje mi się. Ignorowanie społecznego wpływu na człowieka w imię abstrakcyjnie pojętej wolności wydaje mi się mało rozsądne. Po drugie, nie, nie zrozumiał Pan kwestii „przypadkowości”. Otóż przypadkowym jest to, w jakim kraju czy środowisku przychodzi Pan na świat. Za tym idzie silny wpływ tego środowiska. A dalej – jak wyżej. Po trzecie, nasza solidarność wobec dziejącego się zła nie oznacza jego relatywizowania, lecz przyjęcie do wiadomości, że liczne dysfunkcje, jakie występują w naszym społeczeństwie, z którymi zdecydowanie zbyt niemrawo się mierzymy (Pan, ja i wybierani przez nas politycy), obciążają także nasze sumienia. Jeśli przestępstwa w znacznym stopniu są efektem fundamentalnych społecznych niesprawiedliwości, to nie sposób uciec od społecznej za nie współodpowiedzialności (nie zaś: odpowiedzialności, ponieważ nie kwestionuję wolnej woli ani skutków grzechu pierworodnego; proszę jednak nie ignorować czynników społecznych). Może Pan oczywiście nie przyjmować tego do wiadomości i z dumą obnosić swoje czyste ręce, to Pańska sprawa. W kwestii tekstu Jana Turnaua, którego nie czytałem, gotów jestem przyznać, że największą odpowiedzialność ponoszą oczywiście bezpośredni sprawcy zniszczenia cerkwi oraz „ci, którzy dostarczyli im przestępczej ideologii”. Współodpowiedzialni są jednak również i ci, którzy dopuścili do jej rozpowszechniania, którzy zbyt słabo wyrażali sprzeciw, kiedy był na to czas.

W związku z zarzutem cenzurowania Pańskiego obrazka – ręce mi opadły. Ignacy na końcu swojego wpisu zamieścił instrukcję obsługi Facebooka. Wydaje mi się, że trochę Pan przegiął z tym brakiem elementarnego zaufania.

Pozdrawiam Pana.