«Mój biedy Polikratesiku – odpowiedział jej Jerzy. Polikrates władca Samos, opisany przez Herodota, był tak szczęśliwy, że postanowił wrzucić do morza pierścień. I od tej chwili los się odmienił, Polikratesa zaczęły nękać nieszczęścia, w końcu zginął ukrzyżowany. Jerzy jakby przewidział, to co miało nadejść.»
W ostatniej „Polityce” można przeczytać artykuł Justyny Sobolewskiej poświęcony znanej warszawskiej „gorszycielce” dwudziestolecia międzywojennego – Irenie Krzywickiej. Tekst jest przepleciony wspomnieniami jej syna Andrzeja oraz fragmentami z filmu Marii Zmarz-Kaczanowicz dokumentującego jej ciekawe i barwne życie. Kim była Krzywicka? Odpowiedź zależy od tego co w jej życiu wydaje się dla nas naprawdę istotne. Skandalistką? Trochę mało. Kochanką Boya-Żeleńskiego? Pikantne, ale wciąż średnio ważne. Może więc prekursorką feminizmu? Obrończynią praw homoseksualistów? Trochę cieplej, ale niech każdy/-a sam/a określi ideały, które są dziś dla niego naprawdę ważne.
Mnie, z wieloma elementami jej filozofii życia trudno byłoby się zgodzić, tak jak nie potrafię dostrzec w jej wybrykach seksualnych czegoś więcej niż przejawów egoizmu wobec własnego męża. Cenię ją jednak za odwagę w szerzeniu idei zmian społecznych w epoce którą, jak zasugerował jej syn, wyprzedzała o jakieś 30 lat.
O jej niezwykle barwnym życiu, którego, jak sama twierdzi, najważniejszy etap kończy się wraz z wybuchem wojny oraz o jej długim „dogorywaniu” przeczytacie w ostatniej Polityce. Być może „zgorszy” (czyt. zainspiruje) kogoś ten artykuł na tyle, by sięgnąć wkrótce po wspomnienia Ireny Krzywickiej wydane w Czytelniku w latach 90 tuż przed jej śmiercią pod tytułem „Wyznania gorszycielki”.
Adam Hornung
2 komentarze:
Prawie dobrze... tylko Sobolewska to jest Justyna, a Agata Tuszyńska napisała o Krzywickiej (wspaniałą zresztą) książke, a nie nakręciła film.
Wybryki wobec męża? nigdy bym tak tego nie nazwała. Można kochać więcej niż jedną osobę, to się czasem zdarza.
Przepraszam za błędy, już poprawiłem, zrzucę to na karb pośpiechu. Co do tego, że można kochać więcej niż jedną osobę nie mam żadnych wątpliwości. Myślę jednak, że decydując się na małżeństwo przyjmuje się zobowiązanie, że jest się dla swojej żony czy męża tym jedynym/-ą.
Prześlij komentarz