poniedziałek, 10 stycznia 2011

Łyżka dziegciu w stogu siana

Z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy jest jak z Kevinem samym w domu – Święta bez niej nie miałyby sensu. Orkiestra gra od kiedy pamiętam, z nią się wychowałem i naprawdę nie wiem, czy jestem sobie w stanie wyobrazić atmosferę świąt bez WOŚP. A przecież nie o atmosferę tu chodzi, ale o Dzieło - chyba można już użyć takiego określenia, bo przedsięwzięcie Owsiaka nie ma sobie równych w Europie, a może i na świecie. Mimo to, im dłużej gra Orkiestra, tym mniej we mnie entuzjazmu, gdy widzę na początku stycznia czerwone serduszka na piersiach Polaków. Dlaczego?

To nieładnie szukać dziury w całym, z Orkiestry trzeba się cieszyć a nie narzekać – obruszy się niejeden. Zgoda, ja też się cieszę, nie wiem wręcz, czy nie jest to jedno z najpiękniejszych zjawisk polskiej transformacji. Ale widzę małą łyżkę dziegciu w beczce Owsiakowego miodu, i nie jest to bynajmniej wina samego Jurka, ale raczej pewien efekt uboczny jego działalności. Gdzie ta łyżka? Najkrócej rzecz biorąc, kryje się ona w literze „Ś” ze skrótu WOŚP, czyli w słowie „Świąteczny”. Otóż mam takie przeczucie, w którym utwierdzam się, gdy widzę wyniki różnych badań dotyczących filantropii, wolontariatu i zaangażowania społecznego, że Orkiestra nie tylko uczy Polaków pomagać – za co jej chwała – ale przyzwyczaja ich też do tego, że pomaganie jest jak święto. Raz do roku, z wielką pompą, przy akompaniamencie muzyki, fajerwerków i najlepiej w świetle kamer, odfajkowujemy nasz święty (a raczej: świąteczny) obowiązek. Hop – kasa wpada do puszki, dostajemy serduszko, pomogliśmy.
Jesteśmy oczyszczeni.

Ale co jest dalej? Czy ten niewątpliwy akt dobra, którym jest każda złotówka przekazana na Orkiestrę, uwrażliwia nas na cudze nieszczęście, na niesprawiedliwość, na problemy innych? Czy zastanawiamy się, komu jeszcze trzeba by pomóc, nie czekając na kolejną „wielką okazję”? Jeśli tak, to świetnie, ale ja mam przeczucie, że łatwiej o efekt odwrotny: raz pomogliśmy, więc już nie musimy się martwić. Raz do roku możemy nabrać powietrza, „wyjść na spacer” poza prywatność, o którą należy dbać przede wszystkim – a potem wracamy tam, gdzie byliśmy, i w oglądzie świata nic się dla nas nie zmienia.

W Orkiestrze martwi mnie też to, że przy całej swojej szlachetności, nie daje nam jednej niezwykle ważnej rzeczy: kontaktu z człowiekiem, któremu pomagamy. Oczywiście, byłoby to niemożliwe przy takiej skali akcji i przy tak drobnych datkach, zresztą po co ciężko chorym dzieciom ci wszyscy „pomocnicy”? Oni potrzebują sprzętów, które pozwolą im się wyleczyć, a żeby je kupić, potrzebne są nasze pieniądze, a nie my. Ale tu znów negatywną czkawką odbija się „monopol” Orkiestry na polskim „rynku” pomagania innym. No bo skoro ten raz w roku, kiedy pomagamy, robimy to przy pomocy ogromnej protezy, niemalże w gumowych rękawiczkach, to co będzie, gdy trzeba będzie wyciągnąć rękę do realnego człowieka w potrzebie, a nie tylko do skarbonki? I w dodatku – nie daj Boże – się przy tym ubrudzić i zmęczyć? Czy pomyślimy wtedy: no tak, przecież dałem w tym roku na Orkiestrę, wiem jakie to ważne, muszę mu pomóc?

Badania dotyczące zaangażowania Polaków, o których mówiłem, prowadzi co roku np. Stowarzyszenie Klon/Jawor. Z najnowszych badań wynika, że choć ponad połowa Polaków deklaruje, iż wspiera materialnie różnego rodzaju akcje społeczne, to niestety większość z nas czyni to tylko raz do roku – właśnie podczas WOŚP. Jak piszą autorzy raportu: Masowy udział Polaków w finale Orkiestry jest bardzo krzepiący, jednak jednorazowość tego zaangażowania odsłania specyfikę polskiej filantropii: bardziej „akcyjnej” niż konsekwentnej i systematycznej.

Pytanie tylko, czy to źle? Przypomina mi się słynny fragment z dziennika Witolda Gombrowicza: autor leżąc na plaży dostrzega żuczki, które wiatr poprzewracał na grzbiety; zaczyna je ustawiać z powrotem na nogi, ale w pewnym momencie z przerażeniem uświadamia sobie, że żuczków są tysiące i że kiedyś natrafi na tego pierwszego, którego już nie uratuje i zostawi na pastwę losu. Ilość! Ilość! Musiałem abdykować ze sprawiedliwości, z moralności, z ludzkości – gdyż nie mogłem sprostać ilości. Może zatem, dając na Orkiestrę, wyciągamy lekcję z historii o żuczkach: lepiej pomóc raz, a porządnie i przy pomocy pewnej firmy, niż na co dzień zaprzątać sobie głowę nierozwiązywalnymi problemami świata?

Choć moje wątpliwości mogą wyglądać jak szukanie dziury w całym, jeszcze raz podkreślę: naprawdę cenię WOŚP i na pewno za żadne z wymienionych przeze mnie zjawisk, jeśli występują, nie obwiniałbym samego Jurka Owsiaka i jego ekipy. Mam tylko takie nieśmiałe marzenie, żeby Orkiestra, zamiast znieczulać, wzbudzała w nas apetyt na więcej. Skoro raz komuś pomogliśmy i okazało się to takie proste, możemy pomóc drugi raz, ale nie dokładnie za rok, tylko dokładnie wtedy, kiedy będzie trzeba. Tu nie wyręczy nas żadna Orkiestra, ale możemy przecież na co dzień zastanawiać się i rozglądać; być może dookoła są ludzie, którzy potrzebują pomocy – naszej lub instytucjonalnej - ale nikt o nich nie pamięta i żadna telewizja nigdy do nich nie przyjedzie. Ta pomoc może być mało spektakularna, być może nawet nie uratujemy nikomu życia - ale te codzienne gesty pomocy, solidarności, czy zwykłej życzliwości i empatii znaczą bardzo dużo, choć nie da się ich przeliczyć na złotówki.

Jan Mencwel

5 komentarzy:

misza pisze...

Rydz, chylę czoła, świetny wpis. Daje do myślenia w kontekście wszelkich innych naszych "gestów dobrej woli" - dobra wola to czy spokojne sumienie?

pan Tomek pisze...

A może Polacy po prostu potrzebują motywacji? Może WOŚP nie tyle uspokaja ich sumienia i daje "rozgrzeszenie z dobroczynności" co umożliwia pomoc, do której inaczej w ogóle by się nie zebrali?

Tak już jest, że wszystko się ułatwia: powstają różne platformy, portale internetowe, stworzone w jednym podstawowym celu - namówić do czegoś, a następnie jak najbardziej to coś ułatwić.

WOŚP po prostu została przez ten mechanizm wciągnięta. (tak, sądzę, że właśnie wciągnięta, bo 19 lat temu raczej nikt nie miałby takiej refleksji odnośnie naszej świątecznej dobroczynności).

Może, jeśli podobnych akcji będzie więcej niż tylko raz do roku, przy święcie, zobaczymy, że nasza pomoc potrzebna jest częściej niż tylko przy okazji WOŚP?
A to z kolei być może pozwoliło by zauważyć, że dookoła są ludzie, którzy potrzebują naszej pomocy?

Nota bene: zastanawiam się, czy problem o którym piszesz, dotyczy tylko Polaków, czy też innych narodowości?

pan Tomek pisze...

aha...
i wydaje mi się, że nie można od każdego wymagać, że będzie taki pomocny... Gdyby nie było Orkiestry, większość z tych ludzi nie pomagałaby w ogóle.
A ci, którzy chcą pomagać, będą pomagać tak czy owak. I nie tylko raz do roku, świątecznie.
A ludzi, którzy na co dzień potrzebują pomocy, jest dookoła mnóstwo i wcale nie trzeba się szczególnie wysilać, żeby ich zobaczyć. Trzeba tylko chcieć im pomóc. I w tym cały sęk...

Janek M. pisze...

"może Polacy po prostu potrzebują motywacji?" - ale do czego ta motywacja? Do tego,żeby raz w roku wrzucić parę groszy do puszki? Do czegoś takiego nie potrzeba motywacji, tylko trzeba akurat przechodzić obok kwestujących...Nie za mało wymagasz od swoich rodaków?
"ci którzy chcą pomagać, będą pomagać tak czy owak" - nie zgodzę się, krótkowzroczne jest twierdzenie, że tak wielkie wydarzenie jak Orkiestra, które - jak zaznaczam - istnieje u nas już od dwudziestu lat i rozwija się równolegle z demokracją, nie ma żadnego wpływu na to jak ludzie postrzegają postawę zaangażowania społecznego czy też filantropii,pomocy (nawet czysto finansowej) innym. Dotyczy to także tych, którzy przejawiają "chęć" pomocy innym. Moim zdaniem istnieje ryzyko,że Orkiestra zwalnia ich z wysiłku i uspokaja sumienie.Potwierdzają to wyniki badań stow.Klon/Jawor - większość tych, co chcą pomagać, robią to raz w roku - dają na Orkiestrę i kupują sobie spokój na cały rok?
"Tak już jest, że wszystko się ułatwia: powstają różne platformy, portale internetowe, stworzone w jednym podstawowym celu - namówić do czegoś, a następnie jak najbardziej to coś ułatwić" - Być może, ale to nie znaczy, że wszyscy mają się na to zgadzać. To nie jest żadna nieuchronna konieczność dziejowa, że zaangażowanie ma być jak najbardziej "ułatwione" i zdystansowane od potrzebujących - ten problem nie jest zresztą nowy,polecam prześledzenie polemik wokół filantropii toczonych przez polską inteligencję na przełomie XIX/XX wieku.

pan Tomek pisze...

Myślę, że pomaganie na pewno warto ułatwić tym, którzy w innej sytuacji nie pomogliby wcale (może w przyszłości pomogą w innych okolicznościach?). A tych, którzy chcą się angażować, Orkiestra raczej nie zniechęci do angażowania się w inne akcje.

Poza tym - bez przesady. Czy mówiąc o Orkiestrze zupełnie lekceważysz inne akcje charytatywne, zbiórki na hospicja, różnego rodzaju "smsy o treści POMAGAM", gdzie coraz częściej operatorzy zrzekają się wszelkich dochodów z akcji? Ekipy Św. Mikołaja, Szlachetne Paczki...
Nie mówiąc już o szczególnych wypadkach, takich jak powódź na Haiti czy zeszłoroczna w Polsce.

Za moim zdaniem nie stoi mocny argument w postaci badań naukowych stow. Klon/Jawor, ale nie wydaje mi się, że ktoś sobie pomyśli: "wrzuciłem dychę na Orkiestrze, więc chyba już nie muszę wspomóc powodzian".

Ale jest inne niebezpieczeństwo, które WOŚP rzeczywiście stworzyła: w dużych placówkach medycznych nie ma porządnie działających sprzętów, bo wszyscy czekają aż im Owsiak kupi... Albo najwięksi specjaliści, profesorowie, zamiast leczyć ludzi muszą się użerać, by szpital dostał jakiś przyzwoicie działający tomograf.

Więc problem z WOŚP nie tyle leży po stronie dających co z tej pomocy korzystających.