poniedziałek, 17 stycznia 2011

Cmentarzysko edukacji

„Szkoła szkodzi” - chwytliwe hasło, umieszczone we wrześniu na okładce „Polityki”, powraca raz po raz. Kryje się za nim nienowe już spostrzeżenie, że kompetencje intelektualne dzisiejszych nauczycieli i uczniów dzieli przepaść. Nie dlatego, że wychowani na książkach dorośli myślą „lepiej” od spędzających godziny w Internecie dzieci - powszechnie mówi się o pokoleniu „ogłupionym” przez nowe media - ale dlatego, że jedni i drudzy myślą inaczej. O tym, na czym owe różnice polegają (utrata sprawności w myśleniu analitycznym na rzecz tzw. multitaskingu, wzrost kreatywności, spadek empatii i zdolności do koncentracji) każdy może przeczytać choćby we wspomnianym numerze „Polityki”.

Abraham Heschel napisał kiedyś, że „w procesie myślenia odpowiedź pozbawiona pytania traci życie”. We współczesnej polskiej szkole, mimo najlepszych nawet chęci i kompetencji nauczycieli, duża część wykładanej wiedza jest martwa. Służy być może wielu ważnym rzeczom, z których władze oświatowe być może zdają sobie sprawę, ale dla uczniów pozostaje czymś oderwanym od życia, czego nie sposób odnieść do ich problemów, przekonań czy fascynacji. „Uczniowie wkuwają definicje i wyjaśniają jedne abstrakcje za pomocą innych, równie mało zrozumiałych”. Kraina absurdu, strata czasu.

Profesor Tomasz Szkudlarek, teoretyk wychowania, w niezwykle interesującym wywiadzie opublikowanym w weekend na łamach „Gazety Wyborczej” mówi, że szkoła może podążyć jedną z dwóch dróg. Pierwsza: „szkoła powinna dogonić resztę świata”, inwestować w komputery, ćwiczyć nauczycieli w sposobie myślenia, który reprezentują ich uczniowie. Druga: szkoła nie powinna ścigać się ze światem, lecz, rezygnując z wbijania dzieciom do głów encyklopedii, skupić się na wyrabianiu w nich umiejętności selekcji informacji i krytycznej ich oceny. Obydwie szczególnie potrzebne w dobie Internetu, w której problemem nie jest dostęp do źródeł, ale ich filtrowanie.

Którędy droga? Profesor Szkudlarek odrzuca koncepcję ciągłego uwspółcześniania szkoły, ponieważ - jak słusznie zauważa - „w naszych realiach, zanim [szkoła] rozstrzygnie przetarg na dostawę komputerów, zwykle są one już do wyrzucenia”. Czy znaczy to jednak, że nauczyciele powinni reprodukować w uczniach własne kompetencje intelektualne, a unikać rozwijania kompetencji nowych, związanych z mediami cyfrowymi? Czy szkoła powinna być instytucją z założenia konserwatywną, która promowałaby zanikającą wśród ludzi zdolność do krytycznego namysłu?

Może być, że tak. Ku temu właśnie - wychowaniu ludzi samodzielnych intelektualnie, dysponujących niekoniecznie morzem szczegółowych informacji, ale na pewno sprawnym systemem ich porządkowania - tęskni moja dusza. Niezależnie jednak od tego, jaką koncepcję wychowania realizują szkoły, musi zostać ona świadomie przyjęta przez władze oświatowe. Nauczyciele i uczniowie mają prawo wiedzieć, ku czemu zmierzają: multitaskingowi czy proponowanemu przez Szkudlarka „modelowi ascetycznemu”. W obydwu przypadkach encyklopedia, którą na podstawie przyjętej przez MEN podstawy programowej serwuje swoim uczniom większość polskich szkół, powinna trafić do kosza.

Marzy mi się, by pierwszą myślą moich uczniów, gdy wstają o świcie z łóżek, nie było marzenie o zniknięciu placówek edukacyjnych. Gdyby te rzeczywiście znikły, zapewne już nigdy bym ich nie spotkał. Ze stratą przede wszystkim dla siebie.

Misza Tomaszewski

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Dałeś do myślenia...I generalnie się zgadzam-mi też bliżej do modelu lekko "konserwatywnego",w którym szkoła nie ma ciągle "nadganiać",a jeżeli już to z rozwagą.Może to dlatego,że chodziłem do bardzo tradycyjnego liceum,w którym nie było żadnych "nowoczesnych" elementów i świetnie wspominam moją szkołę.
Odnośnie wiedzy encyklopedycznej: może wyjdę na jakąś konserwę,ale ja na przykład nie boję się tego,że szkoła każe też "wkuwać". Jednak cenię sobie ludzi,którzy po prostu różne rzeczy o świecie wiedzą,i to nawet nie takie,które są im do czegoś potrzebne.Poza tym jak patrzę na to jak wiele w internecie jest nierzetelnych informacji,to jakoś średnio wierzę w tezy,że normalną wiedzę w głowie może zastąpić "umiejętność googlowania"..
Rydz

misza pisze...

Dear Rydz,
Umiejętność googlowania to jeszcze dość mało, bardziej chodzi o zdolność do krytycznej oceny źródeł, z których korzystasz - porównywania ich i oceny ich wiarygodności. A szerzej - o wyrobienie w człowieku pewnych zdolności intelektualnych, co - jak zauważył prof. Szkudlarek, można zrobić na przykładzie układu pokarmowego królika, a nie trzeba zaraz wkuwać układów pokarmowych wszystkich kręgowców. Przyznam, że też lubię, jak człowiek dużo wie (swoją drogą takich ludzi jest coraz mniej, mam wrażenie, że w pokoleniu naszych rodziców było z tym lepiej). Ale tu znowu cenna jest inna umiejętność - łączenia szczegółów w pewną całość, czyli przekraczania encyklopedii w stronę interpretacji.

Luft pisze...

Dla mnie szkoła powinna przede wszystkim uczyć kompetencji społecznych. To jest miejsce gdzie człowiek pierwszy raz wychodzi z bezpiecznej rodziny w "nieznane", spotyka osoby z kompletnie innych planet, z różnych środowisk, często innej religii, poglądach, zasobności portfela rodziców, sytuacji rodzinnej. Szkoła powinna uczyć nie tylko tolerancji, ale i współpracy, dogadywania się w podstawowych kwestiach pomimo realnych różnic między uczniami. Tych umiejętności nie nabywa się ani googlując w domu, ani wkuwając na pamięć przed "klasówą". W polskiej szkole kompetencji społecznych, które są niezbędne w codziennym życiu, można się nauczyć tylko ściągając na klasówkach, przepisując prace domowe, kłócąc się z nauczycielem i wspólnie "wagarując".

Anonimowy pisze...

interesting... Mateo, Twój komentarz o kompetencjach społecznych pachnie mi Karową. Żartuje oczywiście, masz trochę racji ale nie jestem przekonany o tym czy taka rzeczywiście powinna być główna funkcja szkoły. Żałuję, że nie mam w tej chwili czasu na dłuższe rozważania bo bardzo mnie ostatnio ten temat kręci. Dziś nawet rozmawiałem na jakimś zastępstwie z 3 klasą gimnaz o tym czego by oczekiwali od szkoły i pokrywa się to w 100% z tym co napisał Rydz. Z drugiej str. przebywając w pokoju nauczycielskim zdarza mi się czasem trafić na imprezę imieninową podczas której życzy się solenizantowi przede wszystkim pieniędzy (jeszcze nie wyczułem, ale skoro wszyscy tak robią to chyba jest to w dobrym guście). Z rzadka tylko pojawia to słynne polskie "zdrowia!" - bo ono jak się okazuję, nie jest już najważniejsze. Widać po tym, że nauczyciele czują się mocno niedocenieni a jednocześnie dużo się od nich oczekuje. Nie mam wątpliwości, że wszelkie zmiany programowe powinna poprzedzić zasadnicza reforma płac dla nauczycieli, w przeciwnym razie do reszty pogrążą się oni we frustracji, a w takim stanie trudno zdobyć się na jakikolwiek wysiłek. Dziękuję.
Adam Hornung

misza pisze...

Adam, musimy się ustawić na rozmowę o szkole... Może byśmy z tego nawet jakiś tekst wysmażyli? Hm?