Trafiłem przypadkiem na nagranie rozmowy przeprowadzonej przez Szymona Hołownię z Wojciechem Cejrowskim. Wszystko wydawać by się mogło oczywiste i do przewidzenia, gdyż poglądy obu rozmówców są nam doskonale znane, a i ścieranie się przedstawicieli opozycyjnych środowisk w Kościele nie jest nam obce. Możemy nawet mówić o pewnym przesycie i wyczerpaniu się argumentów w wielu kwestiach.
Przyznam, że mimo wszystko niemiło mnie ta rozmowa zaskoczyła. Uświadomiła mi, jak wielkie znaczenie mają podziały w Kościele i jak mało jest w nim woli porozumienia. Warto ją obejrzeć, by wyrobić sobie własne zdanie i zdać sobie sprawę z wagi problemu.
Pierwszy moment, który przykuł moją uwagę (druga część, 3:48), ukazuje radykalnego Cejrowskiego, wyraźnie zaznaczającego, że on i Hołownia są po przeciwnych stronach barykady oraz że jego rozmówca nie jest członkiem Kościoła katolickiego, ponieważ sam się z niego wykluczył.
- Słowo „my”, którego pan używał kilkakrotnie, jest nadużyciem. Tutaj nie ma „my”, pan zdecydowanie jest po innej stronie. Pan się wykluczył z Kościoła, dopuszczając aborcję w jakiejkolwiek formie.
Osądzanie tego, kto należy do Kościoła, a kto jest z niego wykluczony, oraz niezgoda na pluralizm poglądów w Kościele są wątkami często powracającymi w retoryce jego skrajnie prawicowych środowisk. Uzasadnia się je wiernością nauce Kościoła, podczas gdy są one z nią sprzeczne. Warto zdać sobie z tego sprawę. Bystry Hołownia kwituje tę postawę pytaniem, które doskonale oddaje istotę problemu: „Czy w pana Kościele jest ktoś jeszcze poza Wojciechem Cejrowskim?”.
Warto również zwrócić uwagę na moment (druga część, 6:37), w którym bezkompromisowy
Cejrowski słyszy od Hołowni:
- I czym się to [tj. postawa Cejrowskiego] skończy? Skończy się to tym, że pan zostanie uznany za świra. I przyjdzie lewica, która przeciwko panu przegłosuje ustawę, która zezwoli na zabijanie wieluset tysięcy dzieci. Ale pan będzie miał czyste ręce. Pan powie: „Walczyłem, walczyłem, byłem czysty. Ja, rycerz prawdy”.
Cejrowski odpowiada:
- Kościół uczy, że mowa nasza ma być prosta: „tak, tak; nie, nie”. I dlatego właśnie mamy obowiązek nie chodzić na takie kompromisy społeczne, o jakich pan przed chwilą powiedział. [...] Kościół ma być świadectwem. Dokąd to prowadzi – nie wiem.
Przekonanie, że Kościół ma być znakiem sprzeciwu bez względu na wszelkie, nawet najbardziej przerażające konsekwencje, nieraz bywało już demaskowane jako próba uchronienia sumienia autora takiej myśli przed splamieniem. To bardzo odważna i bardzo ostra diagnoza, warto zdawać sobie z tego sprawę i ferować ją z dużą ostrożnością.
Niecodzienny jest widok zwykle pewnego siebie Wojciecha Cejrowskiego, któremu puszczają nerwy, który w kluczowym momencie nie wytrzymuje i „daje po mordzie”. Od początku widać, że Hołownia szuka konfrontacji, że radykalizując różnice, atakuje i zamyka drogi porozumienia. Dopiero pod koniec (trzecia część, 00:50) pyta, czy są jakieś szanse na znalezienie wspólnej płaszczyzny, na której mogliby się dogadać, bo – jak sądzi – im obu powinno chodzić o to samo, skoro obydwaj mienią się katolikami. W odpowiedzi słyszy:
- Być może tak, ale oglądając pańską działalność [...], ja nie mam na to ochoty.
Mam nadzieję, że była to tylko nie do końca przemyślana deklaracja sprowokowanego i postawionego pod murem Cejrowskiego. Jednak jeśli nie, powinno to być dla nas ostrzeżeniem. Widmo podziałów, które dokonywały się w dziejach Kościoła, dotyka nas również dzisiaj i kto wie, czy nie jeszcze mocniej.
Mimo że mosty pomiędzy dwoma środowiskami w Kościele wciąż są jednostronnie zrywane, powinniśmy szukać płaszczyzn porozumienia, bo chrześcijaństwo jest przede wszystkim religią miłości, miłości nie do poglądów, ale do człowieka. Szukajmy okazji do dialogu, nie tego, który jest destrukcyjny i który być może prowadzi prowokujący Hołownia, ale tego, który buduje.
Staś Chankowski
3 komentarze:
Lubię to!
Wszystko pięknie, ale w tym wpisie również sporo ostrej retoryki i atakowania..
Bo jak uzasadnić stwierdzenie, że to prawicowe środowiska wykluczają z Kościoła? Boję się, że ferując tego typu oskarżenia, stosując tego typu uproszczenia, przyczepiając takie etykietki nie osiągniemy niczego.
To samo dotyczy stwierdzenia, że mosty "są jednostronnie zrywane". Nie są. Wielokrotnie są zrywane obustronnie. Często są budowane z różnych stron.
Żeby daleko nie szukać: sprawa ks. Chrostowskiego atakowanego przez abp. Życińskiego ("Przy lekturze książki ks. Chrostowskiego [...] często miałem wrażenie, iż żyjemy w dwóch różnych światach, a może nawet należymy do dwóch różnych kościołów") czy wypowiedzi bp. Pieronka ("Większość [Episkopatu] jest zadymiona PiSem", "Ruch społeczny wokół Radia Maryja przypomina sektę skupioną wokół guru. To swoista emanacja lepperyzmu w Kościele"). A to tylko przykłady.
Bliżej mi do Hołowni, niż do Cejrowskiego, do abp. Życińskiego niż do bp. Stefanka, do "Tygodnika Powszechnego", niż do "Frondy". Ale nikt nie odpowie na propozycję dialogu, jeśli będzie ona taka, jak w tym wpisie, sugerującym, że oto my (czyżby "rycerze prawdy"?) ciągle wyciągamy do nich rękę, a oni ciągle ją odtrącają, wyrzucając nas z Kościoła..
Podziały mnie nie przerażają – w końcu: ile ludzi tyle dróg do Boga. Podziały istnieją od zawsze, może wiec są przez Boga zamierzone? A jedna owczarnia o której Jezus mówi składa się może z przeróżnych elementów? Każdy z nas jakoś inaczej Boga czuje, widzi, pojmuje, próbuje określać, o Nim mówić…
Interesuje mnie coś innego - dialog, kompromis, porozumienie…
Porozumiewając się, ustalamy co nas łączy i co dzieli. Prawda, jeśli wierzymy w jej obiektywizm w Bogu, nie podlega kompromisowi, naszym, ludzkim, zmiennym ustaleniom. Podlegać mu mogą drogi do Prawdy. Dyskutując z kimś o różnych od moich poglądach na sprawy istotne (cel, sens życia, wiara, religia…) powinnam wiedzieć co jest (lub przynajmniej do czego zmierzam) fundamentem, jądrem, istotą, kamieniem węgielnym, nienaruszalnym moich przekonań, który to fundament nie podlega kompromisowi, zmianom, ustaleniom, referendum, demokracji i zmiennej kulturze.
Będę zawsze przeciw zabijaniu ludzi, czy to tych w łonie jeszcze czy ‘niepotrzebnych’ staruszków, (chyba, ze zagrażają bezpośrednio mojemu życiu lub życiu moich bliskich), biorąc zawsze pod uwagę że ludzie miewają poglądy różne a ja miewam takie czy inne możliwości by zmieniać świat w którym żyję.
Dialog, który buduję, hm… – czasem trzeba człowiekiem wstrząsnąć, nie zawsze łagodnie głaskać po głowie. Czy to nie jest tak, ze trzeba na ogół jakiegoś ‘kataklizmu’ w życiu indywidualnym czy zbiorowym, by na nowo ustalić priorytety tego co ważne? Istotne? oparte o wartości?
Czy to nie jest tak, ze poczucie bezpieczeństwa i spokoju usypia?
Prześlij komentarz