wtorek, 3 sierpnia 2010

Gdzie był Kościół?

Bez końca można zadawać pytanie, kto jest winny dzisiejszej bitwy o krzyż przed Pałacem Namiestnikowskim. Bez końca wskazywać można na Prezydenta Elekta, który od czasu wywołania tematu krzyża w "Gazecie Wyborczej" nabrał wody w usta; na Radę Ministrów, która odpowiada za zarządzanie kryzysowe w kraju; na największą partię opozycyjną, której przedstawiciele w najbardziej cyniczny i obrzydliwy sposób podgrzewali sytuację dla celów propagandowych; na dziennikarzy, którzy - zgodnie z własnym interesem interesem, lecz wbrew swemu powołaniu - doprowadzili do eskalacji emocji. Jak powiedział Szymon Hołownia, w duszach "obrońców krzyża" obudzono demona. Przez najbliższe dni będziemy świadkami przerzucania na siebie odpowiedzialności za tę sytuację przez tych, którzy do niej doprowadzili. Demon został już jednak obudzony i żadne późniejsze ustalenia tego nie cofną. Nam zaś pozostaje patrzeć na to, cośmy narobili.

Patrzeć wypada na to nam, którzy nazywamy się chrześcijanami i którzy krzyż uważamy za swój wzór i symbol. W szczególny zaś sposób patrzeć wypada na to tym spośród nas, którzy są tego Kościoła urzędowymi przedstawicielami. Gdzie dzisiaj był Kościół? Gdzie byli jego zwierzchnicy? Gdzie biskup warszawski, gwarant katolickości diecezji? Jeśli można było mieć uzasadnione wątpliwości co do roztropności działania polskiego Kościoła w sprawie krzyża od samego jej początku, to dziś już nawet wątpliwości nie ma. Sprawa została pokpiona, spartaczona, przegrana - w imieniu każdego z nas. Winni za to jesteśmy i my sami, którzy nie próbowaliśmy wpłynąć na ruchy hierarchii kościelnej, obdarzając ją - być może - zbyt dużym zaufaniem. Winni są jednak także ci, którzy po otoczony agresywnym tłumem krzyż wysłali grupę młodzieży - harcerzy i księży, będących w obliczu mieszających obelgi z modlitwami, rozhisteryzowanych obrońców symbolu, który z religią nie ma już nic wspólnego - po prostu bezradnymi.

Nie znaczy to oczywiście, że mniej bezradny byłby na ich miejscu arcybiskup Kazimierz Nycz i jego biskupi pomocniczy. Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał jeszcze władzę nad obudzonym w ludziach demonem. Ale jest to ich diecezja i ich Kościół, za który powinni wziąć odpowiedzialność, stając twarzą w twarz z tym, do czego - jako jedni z wielu - doprowadzili, a przynajmniej czemu nie potrafili przeciwdziałać, sami będąc tak podzielonymi, jak podzielony był tylko stojący dziś przed Pałacem Prezydenckim tłum. Zamiast być przy krzyżu od rana, modlić się wspólnie z obecnymi tam ludźmi i rozmawiać z nimi, pasterze Kościoła ukryli się, w dobrej zapewne wierze, ale ze złymi dla wiary skutkami, zadowalając się powściągliwym uczestnictwem w podpisaniu papierowego porozumienia. Oby umieli prędko ten błąd naprawić, nie udając dłużej bezstronnego arbitra w sprawie, która ich samych najbardziej dotyczy.

Nie wiem, kto jest odpowiedzialny za tę kolejną wojnę, ale wiem, kto jest jej największą ofiarą. Jest nią podzielony polski Kościół, którego dziś nie łączy już nawet sam krzyż.

Misza Tomaszewski

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

"której przedstawiciele w najbardziej cyniczny i obrzydliwy sposób podgrzewali sytuację dla celów propagandowych"
A ja zapytam Pana redaktora ... czy aby najbardziej cyniczny i obrzydliwy? Skąd ta pewność i ten epitet? A może pośpiech prezydenta elekta był obrzydliwy i cyniczny? Dlaczego tu brak epitetu? A może dystans duchownych i nasz własny też jakimś grubym słowem opisać? Ha? A może by tak po prostu równo rozkładać akcenty... jeśli główne pytanie ma być głębokie i pozostać wolne od trudnych do udowodnienia tez?

misza pisze...

Niestety akcenty rozkładać należy nie tyle równo w sensie arytmetycznym, ile "każdemu według zasług". Komorowski niepotrzebnie chlapnął - prawda. Do tego z kolei sprowokowali go dziennikarze "Gazety", w sprawie krzyża od początku zachowujący się w sposób godny pożałowania - też prawda. Rząd ewidentnie nie radzi sobie z kryzysem, który jest mu zresztą na rękę - i to prawda. Polski Kościół stchórzył nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni - to wszystko prawda. Jednak to, co robi w sprawie krzyża największa partia opozycyjna (ta mniejsza też zresztą nie zachowuje się elegancko) - przerasta moje wyobrażenia dotyczące ludzkiej złej woli. Wypowiedź Kaczyńskiego: „Jeśli prezydent Komorowski usunie krzyż, to będzie zupełnie jasne, kim jest i po jakiej jest stronie w sporach dotyczących polskiej historii i polskich powiązań” - to raz. Uchwała komitetu politycznego partii, torpedująca zawarte wcześniej porozumienie między Kancelarią, Kościołem i harcerzami - dwa. Wypowiedzi podgrzewające atmosferę w dniu planowanych przenosin krzyża, autorstwa posłów Szczypińskiej i Błaszczaka - trzy. Szczególnie te dwa ostatnie fakty świadczą o tym, że PiS grał na wywołanie awantury. PO oskarżyć można o to, że z tej awantury korzysta, co też jest świństwem. Jest to jednak inna kategoria wagowa, stąd takie, a nie inne rozłożenie akcentów.