poniedziałek, 30 maja 2011

Krajobraz po Obamie

„Polska musi stać się prawdziwym partnerem w relacjach z USA”. „Nie możemy dawać się wykorzystywać”. „Nie klękajmy przed Ameryką”. Od ponad tygodnia media i politycy, tak rządzący, jak opozycyjni, bombardują nas bon motami o budowaniu równorzędnych relacji na linii Polska – Stany Zjednoczone. „Gdy przyjedzie Obama, wreszcie staniemy przed amerykańskim prezydentem bez ugiętych kolan!”

I przyjechał. I nagle z całą jaskrawością okazało się, jak niewiele we wcześniejszych wypowiedziach było determinacji, a jak wiele strzępienia językiem. I, co znacznie ważniejsze, równie wyraźnie okazało się, że nie mogło być inaczej, że po prostu inaczej się nie dało. Że partnerstwo w dwustronnych relacjach z Ameryką jest dla Polski niemożliwe. Nie ze względu na polskie interesy, nie ze względu na niezbędność jakichkolwiek wspólnych projektów i planów, a przede wszystkim ze względu na mentalność i przyzwyczajenia. Wspólne politykom i społeczeństwu.

Oto przez kilka dni temat wizyty Obamy całkowicie zdominował wszelki przekaz wszystkich mediów. Na głównych stronach internetowych wydań wielkich gazet znaleźć można było tak pasjonujące informacje, jak fryzura Michelle Obamy na spotkaniu (sprzed kilku dni) z królową Elżbietą czy obszerna biografia prezydenta do trzeciego pokolenia wstecz. W tym samym czasie amerykańskie media ledwo zająknęły się o tej - przypomnijmy: roboczej, nie zaś oficjalnej i państwowej! – wizycie.

Oto, nie wdając się w dyskusję nad meritum tych spraw (bo i o tym niewiele rzetelnie mówiono na jakichkolwiek łamach), polski prezydent, rozmawiając o wizach, umie zdobyć się jedynie na dowcip, a polski premier mówi o przełomie w sprawie gazu łupkowego, podczas gdy nie ustalono żadnych konkretów.

Oto słyszę narzekania różnych ludzi, że w programie wizyty Obamy nie znalazł się czas na bezpośredni kontakt z prostymi Polakami, którzy chcieliby móc przywitać go na polskiej ziemi, przybić mu high five czy poprosić o autograf. Wszak to największy z wielkich!

Oto, co szczególnie znamienne, polski prezydent i lider opozycji, obaj zadeklarowani katolicy, nieumiejący podać sobie ręki na znak pokoju w trakcie Mszy Świętej, zdobywają się na ten gest w obliczu przyjazdu prezydenta USA. Nie oceniam tego negatywnie – wręcz przeciwnie! – to wspaniale, że wreszcie zaczęli zachowywać się jak poważni ludzie. Pytanie, dlaczego akurat Obama okazał się katalizatorem dla tego przełomu?

Oto, proszę państwa, tak wygląda Polska stojąca wyprostowana przed Stanami Zjednoczonymi. Proszę mi wierzyć, wbrew pozorom nie widzę w tym niczego złego. Mamy prawo - jako państwo rozwijające się, wciąż niezbyt silne na arenie międzynarodowej, nieszczególnie duże – być zafascynowani mocarstwem, imperium, krajem wolności, Nowym Światem – nawet jeśli wszystkie te określenia są już mocno na wyrost, a ostatnie kojarzy mi się w kontekście wizyty Obamy z niejeżdżącymi autobusami. Mamy prawo. Ale przestańmy wreszcie, bawiąc się w grupową schizofrenię, udawać, że z niego nie korzystamy. Ludzie mówiący, że chcieliby witać prezydenta USA na ulicach są przynajmniej uczciwi, nie plotąc trzy po trzy o partnerstwie.

Ignacy Dudkiewicz

Brak komentarzy: