Na długim stole przykrytym zgrzebnym płótnem ułożono asamblaże – prace powstałe ze złożenie różnych przedmiotów, odpadów z własnego domu lub rzeczy znalezionych na ulicy. Przechodząc wzdłuż stołu widzimy telefon, z którego wyrasta kurza stopa, biżuterię zrobioną z kluczyków do otwierania szynki konserwowej, niewielkie układy z pudełek po bombonierkach, damską torebkę w której ukryta jest sztuczna szczęka. Wszystkie te przedmioty zrobione z „biednych materiałów” są jakby wyjęte z absurdalnego snu. Odkąd Erna obejrzała w 1937 roku paryską wystawę Surrealistów, uznała ten sposób myślenia i tworzenia za swój. Przedmioty wyłożone w Instytucie Awangardy są małe, po latach już zmurszałe, zupełnie bezradne i wymykające się kategorii dzieła sztuki. Dlatego też muzea nie włączają ich w obręb swoich ekspozycji. Pokazanie tych asamblaży w kontekście studia Krasińskiego, również pełnego przedmiotów tworzonych z resztek i odpadów, zdaje się być jedyną sposobem wystawienia prac artystki, który nie byłby ośmieszający.
W czasie kiedy Erna Rosenstein i Edward Krasiński montują swoje przedmioty, mąż Erny, Artur Sandauer odkrywa Mirona Białoszewskiego, poetę, który potrafi je nazwać i z właściwym sobie pietyzmem opisać. „Szare eminencji zachwytu” czyli skorupki jajek rozrzucane przez Edwarda Krasińskiego, własnoręcznie malowane śmietniki, podmalowane plakatówkami witraże z bombonierek. Poeta pisze: „Jakże się cieszę, / (…) że tak świecisz w monstrancji jasności, / gdy podnieść twoje wydrążone / pół-globu / dookoła oczu, / pod powietrze, / Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie, łyżko durszlakowa!”. Miron Białoszewski pisze, a Edward Krasiński stawia w swoim mieszkaniu znalezioną metalową monstrancję. Erna z kolei buduje z plastikowych opakowań niewielkie ołtarzyki upamiętniające śmierć jej rodziców. Wszyscy troje znali się i odwiedzali w swoich blokowych pracowniach.
Prace Erny przypominają „dziewczyńskie sekrety” – ulubione przedmioty, ścinki, kolaże, suszone kwiaty, kapsle chowane szufladach i pudłach albo zakopywane pod krzakiem w ogrodzie, w miejscu, które można wyjawić tylko najbliższej przyjaciółce. Repertuar pudełek po czekoladkach, malowanych lamp z giętego pleksi, ukrytych sztucznych szczęk należy do najlepszych podwórkowych figli. Dojrzała kobieta, która jest autorką tych prac równolegle przepracowuje swoje wojenne wspomnienia: ucieczkę z getta i śmierć rodziców, której była świadkiem. Śmieć, który jest tworzywem jej prac nie jest więc tylko przedmiotem bezkrytycznego zachwytu. W czasie kiedy kraj modernizuje się i „Chcemy być nowocześni” (jak brzmiał tytuł wystawy o polskim wzornictwie przemysłowym lat 50. i 60. pokazywanej ostatnio w Muzeum Narodowym w Warszawie), śmieć to także znak rozpadu jej rzeczywistości, niemożności uczestnictwa w powoływanym na nowo świecie. Tytuły prac „Obrazy bezdomne”, „Rozdarcie”, „Co będzie?”, „Nie wiadomo skąd i dokąd?” i powtarzające się na rysunkach portrety rodziców, odsyłają do traumatycznego doświadczenia z przeszłości.
Osoby przychodzące na ekspozycję to w dużej mierze dawni znajomi artystki: kobieta w dojrzałym już wieku pokazuje biżuterię, którą własnoręcznie z różnych odpadów zrobiła dla niej Erna; małżeństwo, które podjęło się tłumaczenia jej poezji na język niemiecki długo opowiada mi o artystce. - Była osobą o niezwykłej ostrości myślenia, zawsze obecna, zawsze dowcipna. Stale coś rysowała, składała serwetki, bez przerwy coś tworzyła. Próbowałem zbierać po niej te niewielkie prace, ale krzyczała wtedy, że to śmieci, i że nie warto – mówi pan Manfred. Opowiada też, że będąc żoną Artura Sandauera właściwie skazywała swoją poezję na niebyt. Sama nie odsłaniała się ze swoimi wierszami, a mąż z kolei nie promował jej, nie chcąc narażać się na zarzut faworyzowania własnej żony. Wiersze Erny Rosenstein wydawano drukiem w latach siedemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pan Manfred żegnając się recytuje jeszcze łamaną polszczyzną wiersz o czarnym kocie, Burce.
Prywatny charakter prac dopełniają osobiste opowieści zwiedzających. Wystawa skupia się wyraźnie na Ernie Rosenstein i jej doświadczeniu. To wyjątkowe w kontekście popularnego modelu wystawy pokazującej raczej dzieło, niż artystę, przedmiot, nie doświadczenie, które spowodowało jego powstanie.

Katarzyna Kucharska
Wystawa składa się z dwóch części. Jest czynna do 2 lipca.
W Instytucie Awangardy pokazano przedmioty, reliefy i asamblaże.
W siedzibie Fundacji Galerii Foksal rysunki, obrazy oraz animację złożoną z kart dzienników Erny Rosenstein.
Wszystkie prace dotąd niepokazywane pochodzą ze zbiorów syna, Artura Sandauera.
1 komentarz:
Szanowna Pani,
antologia, zawierająca 155 wiersze Erny Rosenstein przetłumaczonych przez małżeństwo z Niemiec wyszła w 1996 r. w Gollenstein Verlag. Ilustrowana jest licznymi rysunkami artystki. Dziś już można dostać ją już tylko w antykwariatach. Jest to jedyne dotąd obcojęzyczne wydanie wierszy Erny.
http://www.abebooks.co.uk/Nacht-wird-Tag-Gedichte-1937-1994-Poln/10135487506/bd
Z poważeniem
Urszula Usakowska-Wolff, żona pana Manfreda
Prześlij komentarz