poniedziałek, 28 listopada 2011

Niecierpliwość

Misza Tomaszewski

Będąc jeszcze, jak Pan Bóg przykazał, redaktorem naczelnym „Znaku”, nie zaś ministrem sprawiedliwości, w swojej pamiętnej książce Kościół w czasach wolności napisał Jarosław Gowin:

Przypuszczać można, że omawiana tu formacja [„katolicy protestu”] nie odegra poważniejszej roli w kształtowaniu przyszłego oblicza polskiego katolicyzmu. Poddani gwałtownej, nierzadko niesprawiedliwej krytyce ze strony środowisk nastawionych tradycyjnie czy integrystycznych, „katoliccy dysydenci” odsuwać się będą na obrzeża Kościoła bądź wręcz porzucać jego mury, zbliżając się do jakiejś formy „chrześcijaństwa bezwyznaniowego”. Taka będzie, dramatycznie wysoka, cena płacona za niecierpliwość.

Przy całej mojej niechęci do kolejnych prób katalogowania polskich katolików, myślę, że warto mieć te słowa w pamięci.

***
Jako jeden z inicjatorów listu skierowanego do ks. Pawła Naumowicza w sprawie dyscyplinarnego ograniczenia aktywności medialnej ks. Adama Bonieckiego, miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Ojcem Prowincjałem. Pierwszy obrazek: postawa ks. Naumowicza, dobrze komponująca się ze zdaniem, którym zakończył on swoją odpowiedź na nasz list: „zapewniam o modlitwie i proszę o modlitwę”. Można traktować te słowa jako płaską jak stół kościelną nowomowę (znaczącą w przybliżeniu: „Nie wtykajcie nosa w nie swoje sprawy”), ale można też dostrzegać w nich wyraz czegoś głębszego i jak najbardziej prawdziwego: rzeczywistej troski o Kościół, rzeczywistego brzemienia odpowiedzialności za podjętą decyzję i jej konsekwencje, zarówno dające, jak i niedające się przewidzieć. Drugi obrazek: okładka książki, którą czytał ks. Boniecki, gdy tego samego dnia spotkaliśmy go w przedpokoju domu prowincjalnego. O ile dobrze pamiętam – nie znam języka francuskiego – widniał na niej tytuł Le problème de l’obéissance. Znowu: można w tym widzieć tylko kiczowatą scenkę, ale można też sięgnąć głębiej, ku rzeczywistemu problemowi przeżywania swojej wolności wobec posłuszeństwa i swojego posłuszeństwa wobec wolności. Możliwa w obydwu przypadkach ostrożność w interpretacji ludzkich zachowań, jak mogłoby się z pozoru wydawać – jednoznacznych, stoi u podstaw wyrozumiałości, cnoty stosunkowo rzadkiej i wcale nie „mieszczańskiej”, przeciwnie, świadczącej o zrozumieniu złożoności świata i człowieka. Mało co jest tak proste, jak wydaje się być.

***
Nie wydaje mi się, żeby w kwestii ks. Bonieckiego należało prowadzić dalszą polemikę z Ojcem Prowincjałem. Nie bardzo widzę tu miejsce na dyskusję, ponieważ na wszystkie pytania, które zapewne chcielibyśmy mu zadać, on już sobie odpowiedział, nawet jeśli nie uczynił tego wobec nas. Możemy ubolewać nad tym, co się stało. Możemy – jak „Gazeta Wyborcza” – wracać do starych wypowiedzi ks. Bonieckiego (aczkolwiek deklarowanie, że wypowiedzi te będą publikowane, dopóki ks. Naumowicz nie cofnie swojego zakazu, świadczy – delikatnie mówiąc – o nierozumieniu mechanizmu działania Kościoła). Czy jest jednak sens wdawać się w dalsze polemiki, skoro ich adresaci i tak wiedzą, co mamy do powiedzenia, a my ze sporą dokładnością jesteśmy w stanie przewidzieć ich riposty? Wymuszony dialog nie jest żadnym dialogiem. Dopóki wola wzięcia udziału w dyskusji o kształcie współczesnego Kościoła i o jego misji nie stanie się wolą całej wspólnoty (a w każdym razie przedstawicieli jej głównych nurtów), zapewne do takiej dyskusji nie dojdzie.

Wydaje mi się, że „sprawa ks. Bonieckiego” powinna zmobilizować nas do tego, by wkładać zdwojony wysiłek w pracę u podstaw, mającą na celu formowanie światopoglądu polskiego chrześcijanina. Sprawa ta jest bowiem wyrazem znacznie głębszego problemu, a podział, jaki w związku z nią nastąpił – odbiciem znacznie bardziej fundamentalnego podziału, dotyczącego pojmowania misji Kościoła. Widząc, że nasza „opcja” przegrywa, możemy oczywiście trzasnąć drzwiami i poświęcić jedność dla wierności ideałom (krytycznie o takim wyborze à la Krystyna Janda wypowiedział się w swoim świetnym komentarzu Zbigniew Nosowski: link). Możemy jednak też zagryźć zęby i – przypominając sobie słynną scenę z Márqueza, w której pewien, bodajże chilijski, robotnik na antyrządowej manifestacji niósł tabliczkę z napisem „To rząd gówniany, ale mój” – powiedzieć sobie: „Polski Kościół jest taki, jaki jest, ale, do ciężkiej cholery, to jest mój Kościół”. Albo wierzymy, że – z mniejszego lub większego dystansu – Duch Święty nim kieruje, albo pojawia się problem. Zastanówmy się, w imię czego „bronimy” ks. Bonieckiego. Nasz list w jego sprawie nosił podtytuł „przez wzgląd na dobro Kościoła”. Stajemy w obronie powszechności wspólnoty, moralności i skuteczności jej misji czy też w obronie partykularnej frakcji, w myśl zasady „biją naszych”? Z całym szacunkiem dla ks. Adama, to nie tylko o niego tu chodzi i nie tylko o nim myślałem z troską, gdy podpisywałem ów list.

Z wiary w opatrzność nie wynika oczywiście, że powinniśmy zrezygnować z prób przemieniania tego Kościoła, jeśli dostrzegamy w nim jakieś niedoskonałości. Wynika z niej jednak, że w inny sposób – mniej niecierpliwy, bardziej zaś wyrozumiały i może też sceptyczny – powinniśmy te próby przeprowadzać. Może głęboko się mylę, ale nachodzi mnie taka myśl, że to nie tylko wina „drugiej strony”, że z ks. Bonieckim stało się, co się stało. Może to też „nasza” wina, że nie potrafiliśmy postępować na tyle roztropnie i transparentnie, by odsunąć od siebie podejrzenia o wszelkie możliwe wypaczenia. Nie ulega zaś dla mnie wątpliwości, że jeśli chcemy w przyszłości – dziś to, niestety, raczej niemożliwe – wywrzeć większy wpływ na kształt naszego Kościoła, to musimy powściągnąć swoją niecierpliwość. Dyskusja o zasadzie posłuszeństwa – choćby nie wiem, jak niesprawiedliwy wydawał się nam sposób jej wyegzekwowania względem ks. Bonieckiego – nie jest pierwszą, którą na tej drodze powinniśmy podejmować. Być może czujemy, że nas pominięto, zlekceważono, uderzono. Dopóki jednak nie nadstawimy drugiego policzka, nie uda nam się wykazać, że wykładana literalnie zasada „tak, tak; nie, nie” nie jest, wbrew pozorom, najszczęśliwszym streszczeniem Ewangelii.

***
Na koniec pozwolę sobie przytoczyć fragment mojej rozmowy z księdzem Bonieckim, która ukazała się w „Kontakcie” 17/2011. Kiedy spojrzeć na niego przez pryzmat ostatnich wydarzeń… No nic, niech sami Państwo ocenią.

[M]y sami różnimy się w naszym sposobie rozumienia wartości dokładnie tak samo jak niechrześcijanie. Jedni w imię miłości do drugiego człowieka byliby skłonni ograniczać jego wolność, drudzy z tą samą miłością na ustach wzywają do tolerancji…
Cóż ja mam na to odpowiedzieć? Ma pan rację, tak właśnie jest.

I już? Czy nie możemy, czy nie powinniśmy czegoś z tym zrobić?
Za każdym razem, kiedy takie różnice wychodzą na jaw, powinniśmy zadać sobie pytanie: „A może oni mają w czymś rację?”. Trzeba umieć zakwestionować, poddać w wątpliwość swoje własne przekonania. Kiedy wszyscy się tego nauczymy, styl naszych sporów się zmieni. To jedyne, co możemy robić. Tego nie da się osiągnąćz dnia na dzień, ale być może w ciągu stu lat choć trochę się do siebie zbliżymy. Dlatego nie wolno nam odsądzać od dobrej wiary tych, którzy myślą na przykład w kategoriach lansowanych przez Radio Maryja. To są ludzie żarliwie przekonani o słuszności swojego pojmowania chrześcijaństwa. Jeśli się ich łomocze, to tylko utwierdza się ich w ich niechęci i uprzedzeniach. A przecież podobne różnice towarzyszą Kościołowi od czasów apostolskich. Patienza. Duch Święty nas oświeci.


Tekst pierwotnie ukazał się na moim blogu w portalu Areopag XXI: link

12 komentarzy:

rydzyx pisze...

Misza,
ksiądz Boniecki może wzywać do cierpliwości i pisać, że "może za sto lat..." ale tacy ludzie jak ty, czyli młodzi w Kościele, nie są od tego,żeby się z nim we wszystkim zgadzać i słuchać z pokorą. Szkoda,że akurat teraz proponujesz "nadstawić drugi policzek" - i nie martwię się wcale o ks. Bonieckiego tylko o to,że ta sprawa mogła pomóc wyartykułować niezgodę na różne zjawiska w Kościele młodym ludziom, dla których Kościół jest ważny i którzy powinni być ważni dla Kościoła. Mam wrażenie,że to, jak Kościół postąpił w spr. Bonieckiego zniechęciło do niego rzesze ludzi,także takich,którym było całkiem blisko.Naszym obywatelskim obowiązkiem jest wyrazić swoją niezgodę - choćby po to,żeby ci co patrzą na Kościół z zewnątrz zobaczyli,że choć jesteśmy barankami,ale nie prowadzonymi na rzeź.
JM

Anonimowy pisze...

Ciekawy głos Rydza, ale bardziej jako znak czasów... albo nie... wróć... bezpośrednio trzeba rozmawiać.
Rydzu,
z której strony występujesz? Pytanie jest super poważne!

1. "młodzi (...) nie są od tego, żeby się zgadzać i słuchać z pokorą." Rozumiem, że to akces pokoleniowy, ale czy również światopoglądowy?
Coraz więcej w debacie publicznej ludzi, którzy nie słuchają tylko gadają (swoją drogą to ciekawe, jak hasło talking heads - gadające głowy - dobrze oddaje idee programów publicystycznych w których nikt nikogo nie słucha a wszyscy gadają).
Coraz więcej ludzi, w różnych środowiskach politycznych, którzy pokorą gardzą, a zaangażowaniem w słusznej - ich zdaniem - sprawie tłumaczą dyskretnie schowany w kieszeni kastet.

2. "Nie martwię się o ks. Bonieckiego..."
Dlaczego? Dlaczego zakaz - chociaż odbierasz go osobiście jako policzek - miałby nie być groźny dla ks. Bonieckiego? Albo jest niegroźny - dla ks. Bonieckiego i dla nas wszystkich - a wtedy go zignorujmy, albo jest groźny dla nas (ale wtedy i dla ks. Bonieckiego) i wtedy nie ignorujmy żadnego z tych dwóch aspektów (konsekwencji).
3. "Ta sprawa mogła pomóc wyartykułować niezgodę na różne zjawiska w Kościele". Naprawdę sądzisz, że nie doszło do wyartykułowania zarzutów? Naprawdę sądzisz, że jest problem z ich artykułowaniem? Może po prostu link na stronie Kontaktu trzeba zamieścić do Gazety, a jeszcze lepiej - do forum Gazety. Poczytaj wpisy pod tekstem o ks. Ziei, do którego odsyłacie na blogu! Ale nie o to chodzi. Czy nie czujesz się w awangardzie publicznego ruchu sprzeciwu? Nie widziałeś w ilu mediach zostaliście wymienieni jako współinicjatorzy listu? Gdzie sam się tym głosem lokujesz? Przed awangardą awangardy...

cdn

An

Anonimowy pisze...

4. "młodym ludziom, (...) którzy powinni być ważni dla Kościoła." Rozumiem, że masz poczucie że ta spora grupa docelowa jest niedostatecznie uwzględniana w kościelnym PR... ale mam wątpliwości, dokąd miała by Kościół prowadzić orientacja na społeczne oczekiwania. Społeczne oczekiwania są, jak wiadomo, współkształtowane przez rozmaitych kreatorów idei i emocji. Dostosowywać się do nich, oznacza podążać za innymi liderami. Nawet w świeckich konkurencjach ideowych - np. w polityce - gra toczy się o oryginalność i pierwszeństwo agendy, a partia, która potrafi tylko reagować na cudze propozycje - przegrywa. Tymczasem Kościół ma swojego Lidera i jego ziemskich spin-doktorów, swój program i narzędzia działania... hm... przeczytaj jeszcze raz poprzednie zdanie! Język robi różnicę, prawda? Obnaża światopogląd, którym przesiąkamy. Obnaża nasze horyzonty, nasze lektury, nasze środowiska. Nie jestem pewien, czy bezpieczne dla zbawienia jest środowisko, które uważa się za ważne dla Kościoła... Dokąd mogę dojść z "rzeszami ludzi", którzy zniechęcają się do Kościoła (sic!) ze względu na sposób potraktowania ks. Bonieckiego przez jego zakonnego przełożonego?!

5. "Naszym obywatelskim obowiązkiem"... obywatelskim...? Obywatelu! Posiadaczu polskiego paszportu! Chcesz wojnę wypowiadać Watykanowi? Albo prosić o notę dyplomatyczną do p. Józefa Ratzingera? Jedyne uzasadnienie dla tego lapsusu językowego widzę w skojarzeniu z obywatelskim nieposłuszeństwem. Ale mam wrażenie, że coś tu nie tak z proporcjami... Rozumiem, że spadkobiercy idei Komitetu Obrony Robotników mogą czuć się moralnie zobowiązani do kontynuacji idei w praktyce, ale - dzięki Bogu - w obecnych czasach nie ma w tym żadnej odwagi cywilnej, jest za to mnóstwo brawury duchowej.

cdn

An

Anonimowy pisze...

6. "Choćby po to, żeby ci co patrzą na Kościół z zewnątrz zobaczyli"...
Wiem, troska o tych na zewnątrz należy do kręgosłupa ideowego KIK-u. Jeszcze bardziej może - dla przedwojennych Lasek. Ustalmy jednak, co kierowało ks. Korniłowiczem. Czy rzeczywiście troska o to, co lewicowi żydowscy intelektualiści myśleli sobie o Kościele? Czy wystąpienia ks. Korniłowicza, które zaowocowały tak potężnie i trwale, były zorientowane przeciw ówczesnemu Kościołowi? Mam wrażenie, że stawiasz sprawę w sposób właściwy politykowi, który buduje sojusze, dbając o kwestie wizerunkowe.. .

7. "...że choć jesteśmy barankami, ale nie prowadzonymi na rzeź."
To najdziwniejszy fragment tego postu. Metafora znana, ale w innym kontekście. Baranek prowadzony na rzeź - w każdym razie w naszym rozumieniu - obrazuje Chrystusa, który przyjmuje ze spokojem swoje powołanie, znosi cierpienia i upokorzenia, oddając je w ofierze za wszystkich ludzi - z oprawcami na czele. Tymczasem Ty proponujesz, byśmy - uznając się za ofiary - walczyli by uniknąć rzezi z ręki oprawców (kościoła instytucjonalnego). To najbardziej zdumiewająca myśl... Na czym miałaby polegać w takim razie ofiara? Jeśli ofiary nie chcesz, to na czym miało by polegać bycie barankiem? Na tym, że nie wzywamy na pomoc ateistycznych bojówek z Niemiec? - dorzuciłby zapewne zwolennik PIS... prrrrr, szalony... Ostatnie zdanie podkręci tylko atmosferę ewentualnej dyskusji. Dlaczego więc je umieszczam? Ponieważ odpowiadamy za słowo! Nie tylko za to, po czyjej stronie nas ono stawia, ale również za to, jaką krzywdę robi bliźnim. Bronię Miszy, choć nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale martwię się o wszystkich, którzy w ferworze dyskusji, w trosce o własną wyrazistość i w obawie przed odrzuceniem przez swoich, biją w bębny... choć znamy dziś bardziej subtelne i bardziej uniwersalne formy komunikacji. Martwię się o tych, którzy swoją tożsamość budują przeciw, stają z boku, wychodzą przed szereg, nawet jeśli oznacza to krok poza granice przepaści.

An

rydzyx pisze...

An,
ciezko mi wyłowić z twojego komentarza jakieś konkrety,zadałas duzo pytan,glownie o jezyk mojej wypowiedzi.Przyznaje,ze moze nie byl roztropny,udalo ci sie w paru miejscach zlapac mnie za słówko,ale nie wiem,czy to warte głębszej dyskusji,bo pamietaj,ze moj post jest właśnie tylko postem i nie wazylem kazdego słowa pisząc go. Za to sprawa ktora podniosłem jest nadal aktualna i sprobuje ja strescic bez zbednych slow: czy katolicy,w których dogłębny sprzeciw budzi postępowanie przedstawicieli Kościoła w jakiejś bliskiej im sprawie, powinni publicznie wyrażać swoją opinię, czy też z pokorą zamilknąć? Ja uważam, że to pierwsze. I uważam,że można - i powinno się - właśnie tą opcję wybrać kierując się nie czym innym, niż dobrem Kościoła. Ty,jak rozumiem, jesteś za opcją B)?
Pozdrawiam
JM

Anonimowy pisze...

Niezbyt się czuję poważnie potraktowany, ale odpowiem.

Roztropne działanie chrześcijanina wymaga rozeznania duchowego. Człowiek wolny - a tacy zostaliśmy stworzeni i do tego jesteśmy powołani - krytycznie przygląda się poruszeniom, które w sobie wyczuwa. Jak pisał Merton, w ciszy (a nie w zgiełku debaty) odkrywa w sobie to Ja, które pragnie spocząć w Panu, aby zaznać spokoju. To Ja, które wciąż jest zagłuszane instynktami z jednej strony, a z drugiej oczekiwaniami społecznymi. Jesteśmy oburzeni, rozżaleni, zagniewani... twierdzimy nawet, że ktoś nas wkurza, denerwuje, martwi... choć to błąd przesunięcia kategorialnego! Uczucia są moim przeżyciami, a nie mną samym, ani tym bardziej - cudzym działaniem.
Roztropność zmusza do ostrożności w takiej sytuacji. Problem polega na tym, że oburzenie, rozżalenie, gniew można odczuwać, ale nie koniecznie trzeba poddawać się tym uczuciom. Roztropny człowiek pyta sam siebie skąd biorą się w nim te uczucia. Ile z nich wynika z kulturowej tresury? Jeśli wchodzisz między wrony musisz krakać jak i one - głosi popularne przysłowie psychologów społecznych. Musisz? - pyta sumienie. Czy jesteś wolny w takim razie?
Te wszystkie moje "czepiania się słówek" wynikały z poczucia, że język którym się posłużyłeś we wpisie, daje jasne wskazówki co do wron, których krakanie proponujesz jako właściwszą niż Miszy formę udziału w dyskusji. Nikt z nas, żeby była jasność, nie jest wolny od zagrożenia - Nieprzyjaciel walczy o każdego. Wszystkie nasze działania (a nie uczucia) - w tym również wybory towarzyskie, których dokonujemy, książki którymi się karmimy - ułatwiają albo utrudniają jego zwycięstwo. Moim zdaniem, wypowiedź Miszy, a nie Twoja, kieruje nas we właściwym kierunku.

Mam nadzieję, że teraz uznasz to za konkret.

An

rydzyx pisze...

Moim zdaniem język jest sprawą drugorzędną,choć oczywiście bez roztropności w jego używaniu wiele możemy sobie utrudnić (czego najlepszym przykładem jest to,jak odebrałeś mój wpis).Mam natomiast nadal wrażenie,że nie rozmawiamy tu o istocie sprawy - czyli o samej postawie zaangażowanej,która nakazuje zabieranie głosu ludziom świeckim w Kościele na temat spraw ważnych dla wspólnoty, nawet wtedy, gdy bedzie to głos krytyczny wobec dzialan samego Kosciola jako instytucji (czyli np. wypowiedzi jego przedstawicieli). Ty nazywasz to "krakaniem", ja nazywam to autentycznym zaangazowaniem wynikajacym z troski o to,ze w Kosciele zle sie dzieje. Ze Kosciol bladzi,wiklajac sie w spory o Nergala albo o Krzyz w sejmie,a nie zajmujac sie na przyklad rosnacymi nierownosciami spolecznymi.I,co gorsza,knebluje usta ksiedzu,który odwazyl sie zwrocic uwage na to,ze byc moze to nie w tych sprawach Kosciol powinien zajac kategoryczne stanowisko.Nawet,z tego co pamietam,mowil wylacznie o swoich pogladach,a nie o tym,co Kosciol powinien.
W swoim drugim komentarzu nadal uniknales odpowiedzi na to pytanie.Mowiac szczerze to ja nie czuje sie potraktowany powaznie,piszesz cos o "krakaniu",ale ja nie wiem, o jakie "wrony" ci chodzi i nie wiem,czy chce sie dowiedziec,bo szkoda mi czasu na dyskusje w ktorej ktos probuje komus udowodnic ze "nie jest wolny" i "nie mowi wlasnym glosem" zamiast potraktowac powaznie jego poglady i z nimi,a nie z nim dyskutowac.

rydzyx pisze...

Zeby ulatwic sprawe i sprobowac sprowadzic dyskusje na wlasciwe tory posluzmy sie przykladem - czy wpis Miszy pt. "Niekonsekwencja" jest dla Ciebie przykładem "krakania" i zniewolenia jego autora, przykladem nieroztropnego działania chrześcijanina?

rydzyx pisze...

I moze jeszcze drugi przyklad: Czy list w obronie ks. Bonieckiego, który zaczyna się od słów: "Nie piszemy tego, by wyrazic nasze oburzenie, lecz nasz smutek", również jest przykładem nieroztropnego działania chrześcijan kierujących się swoimi uczuciami,nieprzygladajacych sie im krytycznie,a wiec w konsekwencji - zniewolonych?Czy to tez jest wypowiedz,ktora kieruje nas w niewlasciwym kierunku?

Anonimowy pisze...

Rydzu,

przeczytaj proszę swój pierwszy wpis. Czy wspierasz nim stanowisko Miszy? Nie. Czy ja komentowałem Twój wpis, czy wpis Miszy? Twój. Nie przeciwstawiaj mnie więc Miszy, ani KIK-owi, bo nie z nimi podjąłem dyskusję. To Ciebie pytam o to, z której strony wchodzisz na barykadę, z której wzywasz do walki o jakąś wolność. Ciebie, ale i wielu innych w KIK-u, po obu stronach politycznej barykady, którzy do Kościoła "startują" uwarunkowani swoimi środowiskami, strategiami politycznymi, fobiami i wrażliwościami.

Jeśli pytasz, o mój stosunek do dyskusji o karze śmierci, to przychylam się do opinii Marka Jurka: z przyczyn taktycznych awantura była potrzebna prezesowi Kaczyńskiemu, który ją wywołał. Część biskupów - to dramat (choć nie wiem, czy wystarczający pretekst do publicznych wystąpień) - dała się wciągnąć... Niezawodne w swym oburzeniu środowiska liberalne z radością cytowały następnie Benedykta XVI, wzywającego wszystkich w wysiłkach na rzecz zniesienia kary śmierci. Ale skrzętnie przemilczały uzasadnienie: życie jest wartością, której nikt nie powinien odbierać nawet przestępcom, ale tym bardziej ludziom starszym, chorym, upośledzonym i dzieciom poczętym. To jest niekonsekwencja. I instrumentalizacja Kościoła. Nie musisz przekonywać mnie do zaangażowania chrześcijańskiego - robię co mogę, wspierając cichych działaczy, jakich wokół KIK-u pełno. Ale nie każ mi nazywać w ten sposób fochów nastolatek, wyzwolonych lekturą Wysokich Obcasów, i domagających się prawa do edukacji na temat pozycji seksualnych, prawa korzystania z tej wiedzy przed ślubem, prawa do środków antykoncepcyjnych, a także prawa do aborcji - jeśli środki, albo rozum zawiodą. Boję się też "katolicyzmu zaangażowanego", jak każdego katolicyzmu z przymiotnikiem, obawiając się demona pychy, czekającego tuż za rogiem. Do nieba można trafić różnymi drogami. Maryja zachowywała wszystko w swoim sercu i nikt jej braku odwagi albo milczenia w sprawach ważnych dla Kościoła nie zarzuca...

Co do rzekomego nie zajmowania się przez Kościół "rosnącymi nierownościami społecznymi", to - po raz kolejny - chyba poniósł Cię ferwor dyskusji. Ale się przyczepię. Niezliczone instytucje kościelne się tym zajmują, pytanie brzmi, czy ta wiedza jest dostępna. A dokładniej, czy w gazetach, które czytasz, ktoś o tym ostatnio pisał? W ostatnim numerze "W drodzę", które to pismo prenumeruję, jest świetny tekst o zakonnikach z Katowic, którzy wśród ubogich posługują. Ale to nie jest temat z pierwszych stron głównych dzienników, ani temat na migawkę w dzienniku telewizyjnym. Co innego mnie frapuje natomiast. Słyszałem już ten argument, o Kościele, który zajmuje się nie tym co powinien. Że tyle dzieł charytatywnych jest do podjęcia. Że zamiast głosić Królestwo i wzywać do nawrócenia - należy zajmować się "nierównościami społecznymi" (co jest unowocześnioną wersją "nierówności klasowych"). W Europie Zachodniej to częsty głos ateistów w dyskusji o miejscu Kościołów w społeczeństwie. Pamiętasz, kto żałował, że tego olejku, którym jawnogrzesznica obmywała stopy Jezusa, nie sprzedano, aby rozdać to ubogim?...

Co do krakania... przyznaję się, muszę jeszcze pomyśleć. Nie wiem, czy sprawiedliwie jest występować tylko przeciw Tobie z tym zarzutem. Przeczytałem i swoje wypowiedzi, a wniosek z tego taki, że może sam też kraczę niezbyt zrozumiale i niezbyt miłosiernie. Zakończmy więc może tę publiczną polemikę bez konkluzji, z deklaracją, że argumenty w niej użyte włączymy do rachunku sumienia, dobrze?
Ja w każdym razie zamierzam to zrobić.

Pozdrawiam Cię

An

misza pisze...

Śledzę Waszą dyskusję z pozycji obserwatora i bardzo nie chciałbym się w nią przesadnie angażować, tym bardziej, że An już w zasadzie ją zakończył. Więc pozwolę sobie tylko na dwie krótkie uwagi - do przemyślenia, a nie do polemizowania.

1. W żadnym wypadku nie chciałbym kwestionować ogromnego zaangażowania charytatywnego kościelnych i przykościelnych instytucji czy inicjatyw. Rzecz w tym, że są one traktowane jako taka "wiara dla wymagających (od siebie)". W zbyt małym stopniu przypominamy dziś sobie nawzajem, że to ze służby bliźniemu mamy być rozliczani ("wszystko co uczyniliście..."), że jest ona naszym - waham się, czy użyć tego słowa, ale jednak - obowiązkiem. To raz. A dwa: To my (Kościół, chrześcijanie) powinniśmy dziś wskazywać "światu" tych "najmniejszych", a bardzo często okazujemy się zwykłymi mieszczanami, ślepymi i głuchymi na to, co się dzieje wokół nas. Wydaje mi się, że wiedza o tym, nawet gdybyśmy nie mogli zaradzić, jest naszym moralnym obowiązkiem.

2. Na zupełnym już marginesie - co do olejku, którego Maria nie sprzedała z myślą o ubogich, lecz którym namaściła stopy Jezusa - ewangelista Jan czuje się w obowiązku dodać na temat sprzeciwu Judasza: "powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem".

Pozdrawiam Was,

Misza

rydzyx pisze...

An,
skoro proponujesz zakończyć dyskusję,to nie pozostaje mi nic innego,niż się na to zgodzić. Choć mam wrazenie,ze gdzies sie minelismy i ja pisze o czym innym,a ty o czym innym i w rezultacie dyskusja nie do konca miala szanse zaistniec.
Tym niemniej dziekuje za uwagi i rozsadny,choc mocny krytycyzm.
Pozdrawiam
JM