
Nawołujemy do postawy szczerego heterointelektualizmu – otwarcia się na inność, obcość w życiu umysłowym. […] Heterointelektualizm rozumiemy nie jako postawę zmierzającą tylko do tego, by odpierać krytykę, rugać i gnębić innego, lecz raczej szukającą w nim inspiracji, nowych pomysłów, rozwiązań. Postawa taka opierałaby się na otwartym dążeniu do zrozumienia, a nie jedynie na „poznaniu wroga”. […] Rozumiemy też, że prawda może ukrywać się dosłownie w każdej myśli i w każdym umyśle. Kiedy w pracy nad ideami kierujemy się szczerą miłością do innego, nasze intelektualne potomstwo ma większą szansę sięgnąć do wieczności.
Czy to cytat z Juliusza Eski, Jerzego Turowicza, Józefa Tischnera? A może fragment manifestu jednego z młodszych środowisk odwołujących się do tradycji Ruchu „Znak”? Nic podobnego. To wyimek z artykułu Michała Zabdyr-Jamroza, otwierającego najnowszy numer „Pressji”, czasopisma wydawanego przez Klub Jagielloński. „Lanserscy konserwatyści z Krakowa” nie pierwszy już raz wywołali konsternację na prawicowych portalach: po macdonaldyzacji herbu papieskiego przyszła pora na wykorzystanie symbolu ukoronowanego cierniem serca Jezusowego. I to wykorzytanie go w celu zaiste straszliwym: do ogłoszenia światu swojej miłości do lewicy.
Zabdyr-Jamróz dokonuje w swoim artykule zestawienia Platońskiej nauki o Erosie (dodajmy, że zinterpretowanej w dyskusyjny sposób) z ewolucjonistyczną teorią „memów”, czyli intelektualnych odpowiedników genów. Zabieg w istocie godny młodego postmodernisty. By dojść do podobnych wniosków, bez uciekania się do godzenia pochodzących z tak różnych półek intelektualnych konstruktów, wystarczyłoby sięgnąć po któregoś z klasyków polskiego katolicyzmu otwartego. Weźmy Juliusza Eskę czy Annę Morawską. Zanim jednak pochopnie postawimy znak równości pomiędzy konkluzjami autora „Pressji” a konkluzjami autorów dawnej „Więzi”, zwróćmy uwagę na fakt nieco instrumentalnego traktowania intelektualnej otwartości przez Zabdyr-Jamroza. Wymianę samolubnych memów traktuje on jako zabieg służący osiągnięciu celu zasadniczego, czyli wzmocnieniu systemu ideologicznego. Szacunek, jakiego przy okazji nabieramy dla partnera dialogu, jest zaś tylko skutkiem ubocznym.
Z systemami ideologicznymi jest podobnie jak z genotypami. Jeśli teoria mnoży się tylko przez pączkowanie, szybko trafia w swoją własną koleinę i petryfikuje się. W takim stanie przetrwać mogą tylko bardzo proste systemy. Podobnie jest, gdy wymiana materiały memetycznego następuje z systemami o bardzo bliskim pokrewieństwie. Początkowo wzmaga to atuty koncepcji, ale z czasem ujawniają się u niej choroby kazirodcze. Pewne cechy charakterystyczne karykaturalnie rosną i w tym sposobem nawet atuty mogą zmieniać się w wady. W takich wypadkach przede wszystkim jednak upośledzeniu ulega system odpornościowy, to znaczy spada odporność na krytykę.
Na tym gruncie „miłość” do oponenta dyskusji jest bardziej lub mniej przypadkowym punktem dojścia, nie zaś punktem wyjścia. Klasycy Kościoła otwartego, odwrotnie, wychodzą od międzyludzkiej solidarności, której konsekwencją może (lecz nie musi) stać się intelektualna prokreacja. Wzajemny szacunek ma swoje źródło nie w racjonalnym dyskursie (do którego dalece nie każdy jest zdolny), lecz we wspólnocie losów, cierpienia i nadziei.
Tak czy inaczej, wnioski Michała Zabdyr-Jamroza w wielu miejscach pokrywają się z naukami naszych mistrzów:
Niestety, często przyznawanie się do inspiracji intelektualnych z drugiej strony ideologicznej barykady zakrawa na zdradę. W wielu kręgach, zwłaszcza prawicowych, wartościami liczącymi się najbardziej są czystość doktryny i jej konsekwencja. Wszystko, co inne, od razu jest potępiane. Tak powstają intelektualne okopy. Systemy intelektualne traktuje się jako monolityczne, komplementarne i zwarte bloki, sprzężone z politycznymi stronnictwami. Prowadzi to do przekonania, że jeśli jakaś teoria służy stronie przeciwnej, to znaczy, że jest zła i należy ją zwalczać ze wszystkich sił. Z drugiej strony uważa się, że w naszym obozie jest tylko to, co dobre.
Pojawienie się takiego głosu w konserwatywnym środowisku katolickim jest wiadomością więcej niż dobrą. Środowiska takie raczej unikały (jak dotąd) używania „obcych języków” do artykułowania swoich pryncypiów. Toczony dziś z liberalną lewicą spór o polityczną i moralną dopuszczalność aborcji, coraz mniej sensowny w perspektywie wymiany argumentów sformułowanych to w języku feminizmu, to znów w kategoriach metafizyki chrześcijańskiej, nabiera pewnej świeżości, gdy stanowisko katolików spróbuje sie wyrazić w lewicowo-emancypacyjnym słowniku Bruno Latoura (artykuł Błażeja Skrzypulca). Do podobnych zabiegów uciekaliśmy się w przeszłości i my, gdy półtora roku temu wzywaliśmy do uszanowania ludzi modlących się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu przy użyciu liberalnego słownika Richarda Rorty’ego. W języku pluralistycznego liberalizmu znakomicie daje się też artykułować sprzeciw względem sterylizowania przestrzeni publicznej z symboli religijnych. Nie idzie nam jednak o instrumentalne posługiwanie się „obcymi językami”, lecz o wykazanie, że w pewnej mierze dają się one przetłumaczyć na chrześcijaństwo i - jako takie - są więcej niż odpryskiem prawdy i dobra.
Kolejnym takim „więcej niż odpryskiem” jest teoria krytyczna, mająca swe źródło w neomarksistowskiej Szkole Frankfurckiej, do której (niekoniecznie wprost) odwołujemy się w każdym niemal numerze „Kontaktu”. Jej to poświęca obszerny artykuł Grzegorz Lewicki. Nie mogę się oprzeć pokusie zacytowania fragmentu:
Wiele elementów teorii krytycznej ma w zasadzie wymiar uniwersalny. Takie idee, jak troska o wykluczonych, niepełnosprawnych, najbiedniejszych czy uniwersalna solidarność oraz chęć poprawy sytuacji dyskryminowanych grup społecznych w ten sposób, aby umiały same o siebie zadbać, to piękne, wzniosłe ideały, które – nie wiedzieć czemu – media próbują najczęściej kojarzyć z lewicą. Nieprawda. Dobro nie zna rozróżnienia na prawicę i lewicę.
Jestem ciekaw (zupełnie szczerze), w czym, jeśli nie we wrażliwości społecznej, dążeniu do równości czy solidarności, autor upatrywałby fundamentów tego rozróżnienia. Zakładam, że chodzi przede wszystkim o sposoby realizowania tej wrażliwości w konkretnych dziedzinach życia publicznego czy o szacunek dla tradycyjnych wartości (w pewnym tylko stopniu dający się chyba pogodzić z ewolucjonistycznym heterointelektualizmem Zabdyr-Jamroza). Ale być może również o ocenę stopnia, w jakim „byt określa świadomość” (prawica wskazywałaby bardziej na rozumność i wolność człowieka, lewica na jego podatność na cierpienie).
Tak czy inaczej, narodziny wrażliwej społecznie, katolickiej prawicy domagają się odnotowania i zapisania złotymi zgłoskami na blogu naszego „katolewackiego” (cóż to w tej chwili znaczy?) kwartalnika, co niniejszym z dużą przyjemnością czynię.
22 komentarze:
Dogi Miszo,
kryterium rozróżnienia, o które zapytujesz w ostatnich akapitach artykułu, moim zdaniem nie jest kwestia wrażliwość społecznej, dążenia do równości czy solidarności. Bowiem to nie jest tak, że tylko lewica jest wrażliwa społecznie. Błędem jest sądzić, że osoba - tak jak ja - o poglądach prawicowych (lub ściślej: konserwatywno-liberalnych) nie dostrzega ludzkiego nieszczęścia, nie solidaryzuje się z wykluczonymi, czy nie popiera inicjatyw zmierzających do wyrównania szans określonych grup społecznych, środowisk czy jednostek. Różnica polega na tym, że konserwatywny liberał nie daje przyzwolenia na to, aby działania podejmowane pod hasłami wrażliwości społecznej były realizowane przez państwo, rękami urzędników i z wykorzystaniem pieniędzy siłą w tym celu odebranych jego obywatelom. Wrażliwość społeczna powinna być indywidualnym odruchem każdego z nas (filantropia!) i powinna się dokonywać na poziomie jednostkowym z pominięciem państwa i państwowego mechanizmu redystrybucji dochodu. Mechanizm ten bowiem sam w sobie jest bardzo kosztowny i sprawia, że w najlepszym razie tylko połowa środków trafia do potrzebujących, a reszta służy utrzymaniu obsługującego ten mechanizm zupełnie niepotrzebnego aparatu biurokratycznego.
Paweł Biliński
Drogi Pawle,
Dzięki za ten głos. Myślę, że problem dobroczynności vs pomocy społecznej wart jest głębszego rozważenia. Zamierzamy poświęcić mu w przyszłości jeden z numerów Kontaktu. Tymczasem serdecznie Cię pozdrawiam,
Misza
Misza i ja spróbuję Ci odpowiedzieć coś odnośnie podział u na lewicę i prawicę. Ja w istnienie tego podziału średnio wierzę. Cytowany przez Ciebie fragment artykułu z „Pressji” przypomniał mi o myśli z którą mierzę się od pewnego czasu. Prosty podział na dobrą (wrażliwą społecznie) lewicę i złą (nie wrażliwą) prawicę jest wulgarnym i niesprawiedliwym uproszczeniem. Kiedy czytam "Krytykę Polityczną" i na przykład jej przewodnik po lewicy przebija się w nim obraz jakiś bezmyślnych neoliberałów ślepo wierzących w niewidzialną rękę rynku która zmiecie wszystkie nierówności, albo jeszcze gorzej uznających te nierówności za wyraz tego, że ten wykluczony starał się mniej od tego, który sobie radzi. Otóż tacy neoliberałowie nie istnieją, lub prawie nie istnieją. W każdym razie z pewnością stanowią dziś margines. Pozytywnym przykładem liberałów wrażliwych społecznie niech będą na ten przykład redaktorzy Liberte, którzy październikowy numer poświęciły właśnie pomocy wykluczonym (nie ze wszystkimi tezami się zgadzam, ale obraz liberała wyłaniający się z Liberte jest drastyczni inny niż ten z KP). Mój tata był ostatnio na organizowanej przez Liberte "Liberalnej szkole polityki społecznej" i jak twierdzi na tym spotkaniu zarówno ludzie prawicy jak i leiwcy właściwie zgadzali się co do tego w którą stronę polityka społeczna powinna dziś pójść. Tak jak na lewicy istnieje zupełnie nieprawdziwy obraz dzisiejszych liberałów jako bezkrytycznych piewców kapitalizmu, tak na prawicy istnieje nieprawdziwy mit lewicy (czytaj raczej KP niż SLD czy Palikot) jako zwolenników w gorszym wypadku powrotu komuny, a w lepszym polityki społecznej opartej tylko i wyłącznie na dawaniu potrzebującym wsparcia finansowego, a odartej z różnych pomysłów mających służyć i prawdziwemu wyrównywaniu szans i doprowadzaniu tych wykluczonych do sytuacji w której wykluczonymi nie będą. Te mitologie po obu stronach są bardzo mocno zakorzenione, przez co ja osobiście nie umiem utożsamić się ani z lewicą, ani z liberałami, choć z jednymi i drugimi zgadzam się w bardzo wielu sprawach.
Z podziałem na lewicę i prawicę wiele osób ma problem. A szczególnie dużo chyba w Polsce, gdzie PiS-owi udało się wmówić większości ludzi, że są partią prawicową (być może sami w to wierzą, bo też mają kłopot z rozróżnieniem?). Wnosi to jednak wiele zamętu pojęciowego: z jednej strony wśród ich przeciwników, którzy przez to nabierają awersji do prawicy w ogóle, z drugiej strony wśród ich zwolenników, którzy są przez tę partię nieustannie straszeni liberalizmem. A dzieje się tak między innymi dlatego, że ten tradycyjny podział na lewicę i prawicę jest podziałem jednowymiarowy i niezbyt precyzyjnym. Na szczęście istnieją już doskonalsze metody analizy sceny politycznej, takie jak na przykład diagram Nolana, uwzględniające dwa lub nawet trzy wymiary.
http://en.wikipedia.org/wiki/Nolan_Chart
http://scenapolityczna.friko.pl/
http://www.lairdwilcox.com/news/nolanchart.html
Paweł Biliński
To prawda, klasyczne rozróżnienie na lewicę i prawicę dokonuje się w przynajmniej dwóch poziomach: stosunku do interwencjonizmu (od komunizmu do libertarianizmu) oraz kwestii światopoglądowych (od konserwatyzmu do liberalizmu). Spotkałem się też ze skalą anarchizm - autorytaryzm. Mnie jednak szczególnie ciekawią antropologiczne założenia tych dwóch postaw. Dlatego z pewną nieśmiałością zaproponowałem (i chętnie wysłucham krytyki) taki oto model: "prawica wskazywałaby bardziej na rozumność i wolność człowieka, lewica na jego podatność na cierpienie". Ciekaw jestem, co myślicie. Dobrej nocy,
Misza
I jeszcze warto przeczytać to:
http://tsole.salon24.pl/180744,lewica-prawica-rzut-aksjologiczny
Paweł Biliński
Przeczytałem z zainteresowaniem. Mam dwie wątpliwości odnośnie tego tekstu.
1. Nie wydaje mi się, żeby z relatywizmu poznawczego i moralnego z konieczności wynikała postawa "róbta co chceta". Akurat "sfrustrowani, lewicujący egzystencjaliści" w rodzaju Sartre'a i Camusa są (a raczej byli) żywym dowodem na to, że tak być nie musi, że możliwa jest postawa głęboko etyczna bez Boga. Nie oni jedni zresztą. Zauważmy następnie, że autor artykułu niebezpiecznie redukuje Boga do fundamentu moralności. Gdy fundament znika - społeczeństwa popadają w moralną anarchię i szukają sobie substytutów (Marks jest tu niezłym przykładem). Problem polega na tym, że, z jednej strony, moralność nie jest podstawą religii, a z drugiej - na gruncie tej samej relgii możliwe są odmienne systemy moralne. Jest oczywiście pewna słuszność w tym, co pisze autor, jednak widzę w tym też jakąś tęsknotę za bezpieczeństwem moralnym, za czasami, w których wszystko było bardziej oczywiste. Autor sam zresztą zauważa, że z wiary w to, że "ktoś jest" nie wynika jeszcze dobra znajomość tego "kogoś" i jego względem nas oczekiwań. "Róbta co chceta" jest postawą straszną, zgoda. Ale straszne jest też przekonanie, w myśl którego jeżeli znam zasadę, według której inni powinni postępować, to mogę im ją narzucić, uszczęśliwiając ich na siłę. Niestety, tak wyglądają czasem w praktyce próby powrotu do prawdy absolutnej i absolutnego dobra. A czy chrześcijanie "znają prawdę" w takim sensie, w jakim zna ją Bóg - co do tego mam ogromne wątpliwości.
2. Współczesna intelektualna lewica, czerpiąca np. z dorobku Szkoły Frankfurckiej, zbudowała się nie na afirmacji idei oświeceniowych, lecz na buncie przeciwko nim. Dziedzictwem oświecenia jest dziś instrumentalne traktowanie wszystkiego, co tylko da się tak potraktować, myślenie w kategoriach wyłącznie technicznych, użytkowych. Horkheimer i Adorno powiedzą - jeśli dobrze pamiętam - że Auschwitz i Kołyma nie są "wypadkiem przy pracy" zachodniego rozumu, lecz zwieńczeniem jego doskonale obliczonej aktywności (człowiek staje się surowcem). W omawianym tekście uderzyło mnie utożsamienie lewicy z Oświeceniem, a prawicy - z chrześcijaństwem. Zarówno dzisiejsze chrześcijaństwo czerpie niemało z myśli i doświadczeń oświeceniowych, jak i lewica - ze źródeł bliskich chrześcijaństwu (weźmy książkę Badiou o św. Pawle - to tylko jeden z wielu przykładów). To nie jest tak, że prawicowiec jest "za wartościami", a lewicowiec "przeciw", a za "rozpasaniem moralnym", "swawolą" czy czym tam jeszcze. To ogromne uproszczenie. Od II wojny światowej powtarzają się wystąpienia lewicowe, właśnie w imię wartości, a przeciwko ztechnicyzowanej rzeczywistości konserwatywnych ojców. Wydaje mi się, że prawdziwe "wszystko jedno", prawdziwe odcięcie od wartości nie wiąże się ani z lewicą, ani z prawicą, lecz po prostu z ludźmi, którzy nie rozpatrują świata w kategoriach aksjologicznych, a tacy zdarzają się po obydwu stronach.
Dzięki za ciekawą lekturę,
Misza
Osobliwie w tej dyskusji o lewicy i prawicy zniknęła społeczna nauka kościoła. Czy to w KIK-u wypada? Czy też uznajecie, że - wyrosła z niechęci do skrajności - pomocniczość i inne idee (wpisane do Preambuły Konstytucji przez Tadeusza Mazowieckiego) są przeżytkiem?
An
Drogi Misza,
Pozwolę sobie odnieść się do Twoich uwag na temat mojego tekstu.
1. Rad byłeś napisać, że „zestawienia Platońskiej nauki o Erosie (dodajmy, że zinterpretowanej w dyskusyjny sposób) z ewolucjonistyczną teorią „memów””, jest (w domyśle niepotrzebnym) uciekaniem się „do godzenia pochodzących z tak różnych półek intelektualnych konstruktów”.
Pragnąłbym zaznaczyć, że tego typu stwierdzenie o różnych „półkach intelektualnych” jest dokładnie w duchu podejścia, które uznaję w swoim tekście za niesłuszne, niedobre i niesprawiedliwe. Szufladkowanie – „półkowanie” – dzieł intelektu jest tylko poręcznym narzędziem mnemotechnicznym i hermeneutycznym. Katalogowanie idei nie świadczy zaś – wbrew pozorom i potocznemu mniemaniu – o jakiejś ich „memetycznej nieprzystawalności do siebie”. W memetyce nie jest zupełnie tak jak w genetyce, że są jakieś gatunki idei, które nie mogą się ze sobą krzyżować.
Chciałem też prosić Cię o wskazanie mi Twoich wątpliwości, pozwalających stwierdzić, że moja interpretacja Platońskiej nauki o Erosie jest dokonana „w dyskusyjny sposób”. Nie mam bladego pojęcia, na czym polegałaby dyskusyjność tej – raczej literalnej – Interpretacji. Chciałbym się odnieść do tych ewentualnych wątpliwości, tym bardziej, że mam wrażenie, że powstały one tylko przez nietypowy kontekst zestawienia.
cdn...
2. Z całą stanowczością muszę odnieść się do uwag o „nieco instrumentalnym traktowaniu intelektualnej otwartości przez Zabdyr-Jamroza. Wymianę samolubnych memów traktuje on jako zabieg służący osiągnięciu celu zasadniczego, czyli wzmocnieniu systemu ideologicznego. Szacunek, jakiego przy okazji nabieramy dla partnera dialogu, jest zaś tylko skutkiem ubocznym.”
Wydaje mi się, że błędnie zinterpretowałeś rozłożenie akcentów w tym tekście, jako holistyczny manifest. A już uwaga o instrumentalnym traktowaniu przeze mnie otwartości intelektualnej ugodziła mnie boleśnie!
Dla mnie jest radosną okoliczność, że coś, co jest dla mnie imperatywem kategorycznym od zawsze – normą naczelną stosunku do innych – okazuje się równocześnie imperatywem hipotetycznym w dążeniu do samodoskonalenia i doskonalenia swoich idei. Nie jest tak, że te dwa ujęcia – normatywne i praktyczne – konkurują ze sobą. Przedstawiona perspektywa miała raczej na celu tym bardziej zachęcić do intelektualnej otwartości. Kontekst tego wezwania jest wszystkim doskonale znany: ugrupowania intelektualne zaczadzone polityczną gorączką, które okopują się głęboko i dzielą nieprzebytymi zasiekami; dla których naczelną wartością jest ideologiczna prawomyślność – wartością dla której poświęcić można przyjaźnie, dobrą wolę, uprzejmość i kulturę debaty. To jest kultura, dla której liczy się przede wszystkim „ewangelicki spryt”, z którego zamiast ewangelii zostaje ostatecznie tylko nieprzyjemny lisi swąd.
Stwierdzenie, że „na tym gruncie „miłość” do oponenta dyskusji jest bardziej lub mniej przypadkowym punktem dojścia, nie zaś punktem wyjścia” jest o tyle nie słuszny, że podejście szacunek do człowieka jest za razem celem, jak i przesłanką otwartości intelektualnej docelowym, formacyjnym celem. W nieprzytaczanym przez Ciebie sformułowaniu („traktując instrumentalnie memy nabieramy większego szacunku do ludzi”) zaznaczam wyraźnie, że to memy są dla mnie instrumentem – człowiek zaś jest celem. W moim ujęciu miłość do oponenta jest nie tylko NIEprzypadkowym punktem dojścia, ale i przesłankę, warunkiem koniecznym powodzenia pracy intelektualnej.
Tekst ten jest tylko ujęciem tematu z pewnej perspektywy – z perspektywy szczególnego etosu „zawodowego”: „przykazań intelektualisty”. Rola społeczna intelektualisty stawia bowiem za wartość naczelną prawdę i jej poszukiwanie, badanie, opisywanie i rozpowszechnianie, a także konfrontowanie swoich interpretacji. Natomiast wydaje mi się oczywistością, że rola ta nie unieważnia nadrzędnego faktu bycia człowiekiem, faktu wymagającego nade wszystko dobroci, słuszności i sprawiedliwości – traktowania człowieku jako celu samego w sobie. Rzecz w tym, że niektórzy intelektualiści – pochłonięci poszukiwaniem prawdy albo przekonani, że już ją znaleźli, a ci co szukają tylko błądzą – zdają się zapominać o przykazaniach dla człowieka i zaczynają pogardzać ludźmi (albo przynajmniej sprawiają wrażenie że nimi pogardzają). To takich też ludzi chciałem trafić pokazując subsydiarność (usłużność) statusu intelektualisty względem człowieczeństwa („traktując instrumentalnie memy nabieramy [uczymy się] większego szacunku do ludzi”).
Pozwolę sobie jeszcze tylko zauważyć, że moje memetyczne uzasadnienie otwartości intelektualnej ma tę zaletę nad uzasadnieniami czerpiącymi z Ewangelii i nauk Kościoła (a wiec z wiary w Boga), że jest uzasadnieniem świeckim, tj. – cytując Konstytucję – „te uniwersalne wartości czerpiącym z innych źródeł” i tym samym mogącym trafić także (a nie tylko) do tych, którzy tej „wiary nie podzielają”.
cdn...
3. Odnosząc się do uwagi, że „szacunek dla tradycyjnych wartości w pewnym tylko stopniu da się chyba pogodzić z ewolucjonistycznym hetero intelektualizmem”
Właśnie na tym polega tradycja, że to jest mem lub zespół memów, które od bardzo dawna ujawniają dobre zaadaptowanie do rzeczywistości – także moralną wyższość. Jako burke’owski konserwatysta wigowski (tj. liberalny) nie mogę rzecz jasna wykluczyć, że jakieś tradycje zaczną odstawać od rzeczywistości i będą wymagały koniecznej korekty. Ale zawsze kryterium takiej selekcji byłoby dla mnie bardziej „naturalne” (jeśli w ogóle to słowo może mieć sens w tym kontekście) – bardziej empiryczne i ewolucyjne – niż sztuczne, bo opierające się na abstrakcyjnych systemach selekcji typu intelektualnych redukcjonizmów pretendujących do holistycznych wyjaśnień rzeczywistości. Poza tym, zbyt daleko posunięty „szacunek do tradycji” przywieść może do jej bałwochwalstwa, bardziej tradycji szkodzącego niż jej pomagającego.
Zauważyć muszę więc, że postawa heterointelektualnego memetyzmu gwarantuje najlepsze podejście do kwestii tradycji, najbardziej zbliżając się do optymalnej pozycji na skali, rozciągającej się od bałwochwalstwa tradycji do rewolucyjnej postępowości.
Pozdrawiam i liczę na dyskusję w Realu,
Michał Zabdyr-Jamróz
Drogi Michale,
Bardzo się cieszę z tej Twojej odpowiedzi. Jestem w stanie odnieść się do niej tylko w największym skrócie, niemniej i ja liczę na ciąg dalszy w tzw. "realu".
1. Co do półek intelektualnych: Zgadzam się z Twoją niechęcią do katalogowania wytworów kultury i określania ich przy pomocy etykiet w rodzaju "poezja", "filozofia", "literatura", "nauka". Twoja celna uwaga zmusza mnie do doprecyzowania tego, o co mi chodzi i z czym mi już zgodzić się trudno. Trudno zaś jest mi się zgodzić z ignorowaniem kontekstu historycznego i kulturowego. Nie chodzi o to, że Platon jest filozofem, ale że jest Ateńczykiem żyjącym w IV wieku przed Chrystusem. Zestawianie jego myśli z teorią memów (podobnie zresztą jak poszukiwanie lewicowych treści u Arystotelesa) jest zabiegiem nadzwyczaj ryzykownym, bardziej - jak mi się wydaje - zabawą czy grą intelektualną niż poważnym zajęciem. "Strasznym mieszczanom", którzy "widzą wszystko oddzielnie" w kulturze współczesnej, podobnie jak i Ty, mówię stanowcze "nie". Boję się jednak lekkomyślnego zestawiania odległych od siebie dyskursów historyczno-kulturowych, bo w zestawianiu takim gubimy ich swoistość, instrumentalizujemy je, przyswajamy i trawimy.
2. Jeśli idzie o Platońskiego Erosa (z dość zrozumiałych względów nie chciałbym rozwijać tego wątku na forum), to kontrowersyjne wydaje mi się sytuowanie go na tle Dawkinsa, dla którego ludzkie działania są tylko tłem dla selekcji i reprodukcji memów. U Platona kluczowa wydaje mi się dialektyczna droga, jaką ludzkie poznanie przebywa od szczegółu do ogółu, przy czym ani początek, ani koniec tej drogi nie dają się uchwycić w postaci treści intelektualnych, ponieważ wymykają się pojęciowej racjonalności - pierwszy jest szałem, drugi zaś - mitem. Innymi słowy, to, co dla Platona najważniejsze, opiera się na wtajemniczeniu pozaintelektualnym, integralnym, doświadczeniowym. Trudno abstrahować tu od wpływów misteryjnych i od wpływu kultury oralnej (stąd: powtarzanie). Nie wiem, czy udało mi się wyrazić jasno. Jeśli nie, to temat musi poczekać do "realu".
3. Jeśli chodzi o instrumentalne traktowanie otwartości - jestem bardzo wdzięczny za wyklarowanie Twojego stanowiska. Odniosłem wrażenie, że w Twoim tekście akcenty były rozłożone nieco inaczej. Zdanie "traktując instrumentalnie memy, nabieramy większego szacunku do ludzi" zrozumiałem w ten właśnie sposób - najpierw memy, a ludzie przy okazji. Cieszę się, że było to tylko moje wrażenie, które nie znajduje potwierdzenia w Twoich poglądach.
4. Masz rację co do tego, że zaletą Twojego projektu, jak również całego ostatniego numeru "Pressji" jest wykorzystywanie języka niereligijnego do wskazywania na istotne z punktu widzenia człowieka wierzącego wartości. Myślę jednak, że dorobek polskiego katolicyzmu otwartego - co widać zresztą w jego dialogu z niewierzącymi uczestnikami kultury - również nieźle sobie na tym polu radzi. Solidarność nie wymaga religijnego odniesienia, choćby miała religijną inspirację.
Przepraszam, że krótko i w sposób mało uporządkowany. Raz jeszcze dziękuję za inspirujący tekst, jak również za odpowiedź. Pozdrawiam Cię serdecznie,
Misza
PS. Przyszło mi do głowy, że warto podsumować jednym zdaniem. Z Twojego, Michale, tekstu wyłania się Platon - intelektualista w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Nie zgadzam się z tym obrazem i tym bardziej obstaję przy ostrożności, z jaką powinniśmy zestawiać ze sobą twory odmiennych kultur i epok. Raz jeszcze bardzo serdecznie Cię pozdrawiam,
M.
Drogi Misza,
Ad 3. Cieszę się, że usatysfakcjonowały Cię moje wyjaśnienia w sprawie instrumentalnego traktowania memów (nie zaś ludzi).
Ad 4. „Solidarność nie wymaga religijnego odniesienia, choćby miała religijną inspirację.” […] dorobek polskiego katolicyzmu otwartego - co widać zresztą w jego dialogu z niewierzącymi uczestnikami kultury - również nieźle sobie na tym polu radzi” Popieram w całej rozciągłości. Dorobek ten zasługuje – domaga się propagowania.
Ad 1, 2 i PS
Po pierwsze: Dawkinsa też niesłusznie odczytuje się jako neo-darwinistę społecznego, który traktuje nas tylko jako wehikuły samolubnych genów. Rzecz w tym, zę jego dzieło i hasło „samolubny gen” to nie dzieło społeczne, które niosłoby z sobą jakieś przesłanie moralne lub postulaty polityczne, ale raczej popularno naukowe – tj. podsumowujące i przedstawiające w przystępnej formie dorobek nauk przyrodniczych w dziedzinie ewolucjonizmu i genetyki. Dawkins wielokrotnie się zarzekał, że hasło samolubne geny nie odnosi się do życia społecznego. Sam przyznawał się zresztą do bycia labourzystowskim lewakiem popierającym welfare state. Protestował on przeciwko używaniu jego teorii do uzasadnienia koncepcji neokonserwatywnych w tym ichniego wydania neodarwinizmu społecznego (a la wycofanie państwa). We wstępie do książki przy okazji mowy o samolubności, nawiązał tylko – skądinąd słusznie – do faktu egoizmu korporacyjnego związków zawodowych (ówczesna Anglia zwana była chorym człowiekiem europy, strajki lat ’70 tych, głęboki kryzys ekonomiczny, itd.). Dla niego wiec „samolubność genów” jest przykrym faktem naukowym, który nie ma dla niego żadnych konsekwencji normatywnych, chyba że tylko takie, że jeszcze bardziej powinniśmy starać się o solidaryzm społeczny. Wskazywał też przy okazji na to że mimo tego „złego” punktu wyjścia, możliwe jest w przyrodzie dobro. To był zresztą przez wiele lat dylemat ewolucjonizmu – swoisty odwrócony dylemat teodycei – „jak możliwe jest dobro w tak złym świecie”. No i pokazywał, że ewolucjonizm wyjaśnił to teorią (A) altruizmu krewniaczego – bardzo w duchu „samolubności genów” (najbardziej typowego np. dla eusocjalnych mrówek); a także (B) altruizmu odwzajemnionego – który pięknie rozwinął się u ludzi (skłonność do altruizmu jest genetycznie uwarunkowana, i nie jest wcale jakąś szkodliwą mutacją, ale b. skuteczna strategią ewolucyjną).
Po wtóre: Rozumiem zastrzeżenia wobec „wsadzania Platona we frak”. Kwestia kontekstu kulturowego i swoistości epok i miejsc musi oczywiście być pamiętana. Ale zdaje mi się, że tym sposobem trochę zamykamy w formalinie tych myślicieli zapominając o tym, że tez byli ludźmi i też byli intelektualistami. Zapominamy o tym, że zasługują na to by traktować ich jako równych uczestników wielkiego dialogu tworzącego dorobek całej ludzkości. Trochę tu może jestem naiwny, ale nigdy nie uwałem, że słuszne jest skazywanie różnych myślicieli – i z różnych epok – na niemożność porozumienia się. Wiem jak Platon bardzo różni się od Dawkinsa, ale nie mogę się powstrzymać przed wskazaniem czego dostrzegam, że pewne kwestie, które zalały wyjaśnienie dopiero teraz, miały swoich prekursorów dużo dawniej. Dla mnie jest właśnie podobieństwo Platona koncepcji Erosa i Dawkinsa – replikatorów świadectwem wymownym odwiecznego dialogu. Wierzę szczerze, że mimo różnic można i należy konfrontować odmienne tradycje i wcale nie jest tak, ze Ateny nie dogadają się z Jerozolimą. Na pewno zaś mogą się one wzajemnie inspirować. Mam nadzieję, zę w żaden sposób nie zafałszowałem Platona nauki o Erosie. Jeśli tak to chętnie zrozumiałbym mój błąd, lecz uważam że nawet mistycyzm i intelektualizm znajdą płaszczyznę porozumienia.
Serdecznie pozdrawiam,
Misza,
czuję się w obowiązku odpowiedzieć na kilka podniesionych przez Ciebie kwestii.
Po pierwsze: odnośnie zaproponowanego przez Ciebie modelu, w którym "prawica wskazywałaby bardziej na rozumność i wolność człowieka, lewica na jego podatność na cierpienie". Tutaj w pewnym stopniu się zgadzam, choć w Twojej definicji zauważam też pewne niedopowiedzenie. Bo główne pytanie brzmi moim zdaniem: jaka jest wobec tego rola państwa? Prawica powie, że człowiek jest rozumny i wolny, i właśnie w taki rozumny i wolny sposób powinien pokierować swoim życiem - wziąć sprawy we własne ręce, robić rozumny użytek ze swoich pieniędzy, nie liczyć na pomoc państwa i zadbać o zapewnienie sobie środków na utrzymanie na starość. A co z osobami, które sobie z różnych powodów nie radzą i lądują na marginesie? Tu jest pole działania dla organizacji charytatywnych i dla indywidualnej dobroczynności. Lewica natomiast w imię pochylania się nad ludzkim cierpieniem będzie żądać dla państwa prawa do odbierania pieniędzy jednym i dawania ich drugim.
Pod drugie: w kolejnym swoim komentarzu piszesz "straszne jest [---] przekonanie, w myśl którego jeżeli znam zasadę, według której inni powinni postępować, to mogę im ją narzucić, uszczęśliwiając ich na siłę", przypisując to mniemanie (jak rozumiem) prawicy. Ale to akurat jest argument na rzecz mojej tezy. Bo to właśnie lewica uważa, że ludzie powinni współczuć, tym, którym się w życiu nie powiodło i wobec tego na siłę organizuje dla takich osób struktury państwowej pomocy, które są finansowane z pieniędzy siłą odbieranych tego państwa obywatelom.
Po trzecie: chyba nie będę dla Ciebie dobrym partnerem do dyskusji na gruncie filozofii oraz oceny osiągnięć myśli lewicowej bądź prawicowej. A to dlatego, że nie mam filozoficznego wykształcenia ani (niestety) czasu na czytanie prac z tego zakresu - ograniczam się jedynie do czytania publicystyki i obserwowania tego, co dzieje się na scenie politycznej. Powiem więc tylko tyle, że do zgłębiania lewicowej ideologii w wystarczającym stopniu zniechęciły mnie lata życia w realnym socjalizmie. W praktyce stosuję więc zasadę "po owocach ich poznacie" i jakoś tak dziwnie się składa, że gdziekolwiek lewica dojdzie do władzy (pod swoimi z pozoru bardzo pięknymi hasłami walki z biedą, nierównością, wykluczeniem, bezrobociem itp.) tam zostawia gospodarkę zrujnowaną i na skraju zapaści, przed którą ratuje ją dopiero dochodząca w efekcie do władzy prawica. Przyjrzyj się sam co się dzieje obecnie w rządzonych przez socjalistów Grecji, Hiszpanii... A z drugiej strony dobrymi przykładami (jednymi z wielu) są boom gospodarczy w Wielkiej Brytanii za rządów Margaret Thatcher czy osiągnięcia prowadzącej liberalną politykę gospodarczą Estonii.
Paweł Biliński
A Brazylia?
Albo niektóre stany w Indiach? Na przykład Bengal Zachodni?
Brazylia to żaden przykład, bo tam gospodarka opiera się na eksploatacji niezwykle bogatych zasobów naturalnych. A biorąc pod uwagę złoża ropy, które ostatnio odkryli, to będą sobie w stanie fundować socjalizm jeszcze co najmniej przez najbliższe sto lat!
Co do Bengalu Zachodniego, to nie wiem o nim wiele. Przeczytałem w Wikipedii, że mają tam najdłużej się utrzymujący (już przez 34 lata) wybrany demokratycznie rząd komunistyczny. No cóż, zapewne jest to jakieś osiągnięcie. Ale chyba osiągnęliby dużo więcej, gdyby po prostu postawili na liberalną gospodarkę kapitalistyczną, jak wiele innych krajów i prowincji w Azji, takich jak Korea Południowa, Taiwan, Hong Kong, Japonia... Nie mówiąc o Chinach, które dzięki liberalizacji systemu gospodarczego pod koniec lat 70. błyskawicznie wyrosły na globalną potęgę.
Paweł Biliński
Paweł,
W moim przekonaniu redukowanie naszej odpowiedzialności za ludzi w jakiś sposób społecznie upośledzonych do fakultatywnej dobroczynności jest niewłaściwe. System społecznej solidarności, opierający się na ingerencji państwa w sferę socjalną przedstawiasz jako złodziejstwo. Ja, odmiennie, widzę w tym realizację postulatu, zgodnie z którym celem ekonomii jest - jak pisze Amartya Sen - nie bogacenie się ludzi i społeczeństw (tak zaś rozumiem dogmat neoliberalny), lecz poszerzenie ludzkiej wolności. Ta ograniczana jest nie tylko i nie przede wszystkim przez brak pieniędzy, ale przez szereg innych czynników (wysoka i wczesna śmiertelność, nierówności w dostępie do edukacji i kultury, niedożywienie, brak dostępu do opieki zdrowotnej itp.). Problemów takich, jak bezrobocie czy budownictwo mieszkaniowe, wolny rynek nie załatwi. Równie oczywiste jak to, że kwestionowanie wolności rynku jest szaleństwem, jest dla mnie uskrajnianie tej wolności i odmawianie państwu prawa do działania dla dobra wykluczonych czy nieuprzywijelowanych obywateli. Ich właśnie nie widać w statystykach. PKB może być fantastyczne, ale jeśli ileś tysięcy czy milionów ludzi jest wyłączonych z korzystania z dobrodziejstw systemu wolnorynkowego, to znaczy, że mamy do czynienia z systemem niesprawiedliwym. Przyzwyczailiśmy się - takie mam poczucie - do mnóstwa niesprawiedliwych zjawisk. Nie bulwersuje nas, że - jak pisze kard. Reinhard Marx - pracodawca może dziś zarabiać np. tysiąc razy więcej od szeregowego pracownika. Moim zdaniem - powinno.
Wracając do dobroczynności, nieodparcie wiąże mi się ona z dzieleniem się z drugim człowiekiem z tego, co mi zbywa. A nie na tym powinna polegać rzeczywista solidarność. Mnóstwo ludzi pada ofiarą nieszczęścia, jakim jest z ich perspektywy urodzenie się w takim, a nie innym środowisku społecznym. Można wykazać silną wolę i wybić się na swoje, to jasne. Ale lektura raportów poświęconych np. sytuacji ludzi z tzw. marginesu na rynku pracy nie pozostawia złudzeń. Oni urodzili się jako przegrani. I w moim przekonaniu jest to niesprawiedliwe. Podobnie jak przyczyna ich biedy (szeroko pojętej) ma charakter systemowy, tak charakter systemowy powinna mieć nasza pomoc tym ludziom. Na pielęgnowanie swojego miłosierdzia w wersji charytatywnej zawsze będzie miejsce - obok rozsądnej pomocy socjalnej, która nie będzie bynajmniej rozdawnictwem, lecz która przywróci ludziom wykluczonym poczucie własnej wartości, przydatności, sprawczości. Która wyrówna szanse. Bardzo powoli wchodzę w zasady katolickiej nauki społecznej, ale i bez tego widać, że potępia ona zarówno komunizm, jak i neoliberalizm jako sposoby myślenia o ekonomii trudne do pogodzenia z chrześcijaństwem.
Miałem dzisiaj okazję przejrzeć nieaktualny już, ale mimo to pouczający raport ekipy Michała Boniego "Polska 2030". Sporo tam liczb, które pokazują, czego nie zauważamy, zacierając ręce w związku z neoliberalnymi posunięciami naszego rządu. Wykluczenie w edukacji, strukturalne bezrobocie, brak dostępu do kultury - to wszystko dzieje się w tych sprawnych społeczeństwach, kierujących się myśleniem ekonomicznym niemal wyłącznie w kategoriach zysku. I nie chodzi o żaden socjalizm, tylko o pogodzenie idei wolnego rynku z ideą społecznej solidarności. Wolny rynek nie rozwiąże sam wszelkich problemów społecznych, a jeśli mam wybierać, to wybieram rozwój jako ich pokonywanie, a nie rozwój jako generalne bogacenie się społeczeństwa.
Pozdrawiam Cię,
Misza
ad Michał Zabdyr-Jamróz:"Brazylia to żaden przykład, bo tam gospodarka opiera się na eksploatacji niezwykle bogatych zasobów naturalnych." Nieprawda.Polityka uspołecznienia gospodarki,konsekwentnie prowadzona przez tamtejszy rząd od 2003 roku,jest przyczyną ogromnego wzrostu prosperity w całym kraju. Np. w ciągu jednej kadencji Luli zatrudnienie znalazło dodatkowe 8.7 miliona osób.Jednocześnie programy socjalne i wyrównujące szanse,jakie są prowadzone przez rząd,wcale dużo nie kosztują - czołowy program finansowego poparcia dla biednych rodzin koszuje mniej niż 0,5% PKB, dla 50ciu milionów osób. To jest po prostu mądrze prowadzona,lewicowa polityka "społecznej gospodarki rynkowej",w której prawdziwym zasobem są...ludzie,a nie ropa i zasoby naturalne.One tylko są środkiem do celu.I na tym polega różnica w podejściu rządu Brazylii i rządów liberalnych w USA,Europie Zachodniej.Przykład Brazylii pokazuje,ze istnieją realne różnice między polityką lewicową(która mądrze korzysta ze zdobyczy liberalizmu)a liberalną(już nawet nie mówię o neoliberalnej).
JM
Rydz, dla porządku - odpisujesz Pawłowi Bilińskiemu, nie zaś Michałowi Zabdyr-Jamrozowi.
M.T.
Prześlij komentarz