Bywa niekiedy tak, że coś dzieje się wbrew naszej woli, bo ktoś nie potrafił jej uszanować. Skutki tego bywają różne, w zasadzie nie do przewidzenia. Tak było z upublicznieniem pisma o. Ludwika Wiśniewskiego do nuncjusza apostolskiego, prymasa i kilku biskupów, który nie był listem otwartym, a prywatną korespondencją. Mleko jednak się rozlało - ojciec Wiśniewski usłyszał tak słowa pełne oburzenia, jak i szacunku i poparcia, przede wszystkim zaś stał się, przynajmniej na chwilę, twarzą reformatorskiego spojrzenia na polski Kościół. Problem w tym, że wcale tego nie chciał.
Zaproszony do wygłoszenia wykładu na Uniwersytecie Warszawskim, pod wiele mówiącym tytułem „Kłopoty z Kościołem”, nie odmówił. Choć już na wstępie wyraził przekonanie, że zaproszono go ze względu na list, nie mówił o nim. Nie powtarzał również zawartych w nim tez. Skoro raz je spisał i przedstawił, komu chciał, po cóż miałby strzępić język? Bo ojciec Ludwik promieniuje (o tym słowie co nieco także później) ewangeliczną prostotą, zapałem i radykalizmem. Jego mowa jest: „tak, tak; nie, nie”. To człowiek, który żyje Słowem, a mówiąc o słabościach Kościoła, odpowiedzi i lekarstwa nieustannie szuka w Piśmie.