„Gazeta Wyborcza” opublikowała wywiad z filozofem religii i eseistą, profesorem Zbigniewem Mikołejko. Podobnie jak poprzednie z tego cyklu (ewidentnie słabsze), tak i ta rozmowa dotyczyła sensu filozofowania i teologizowania w wymiarze społecznym i indywidualnym. Mikołejko z właściwą sobie erudycją dowodzi współzależności filozofowania i rozwoju potęgi państwa. Odwracając tę tezę, przekonuje swoją rozmówczynię Aleksandrę Klich, że winna upadku Rzeczypospolitej jest właśnie pustynia intelektualna nowożytnej Polski:
My Polacy […] nie toczyliśmy, jak np. Francuzi czy Niemcy, bojów o pojęcia wiary, np. łaskę. To okrutne, ale w tych krwawych bojach krzepły absolutystyczne struktury, silne monarchie. Tymczasem my słabliśmy. Zapłaciliśmy za to słabością systemu państwowego i - później - krwią milionów.
Czyli to brak zapału do dyskutowania doprowadził nas do upadku? Przyznam, że ta diagnoza jest dość przerażająca i może warto wziąć sobie ją do serca jako przestrogę w trosce o trwałość polskiej państwowości, a jeśli nie, to przynajmniej o jakość naszej religijności. Dziś, bardziej niż kolejnych pokoleń katolików-rytualistów, potrzeba nam raczej heretyków. Mikołejko twierdzi, że brak nam w wierze właśnie swoistego zmagania się z Bogiem. Czy jednak w ustach niewierzącego podobne wynurzenia nie zakrawają na hipokryzję? Być może w innym przypadku tak, ale Mikołejko, który stracił wiarę jeszcze w dzieciństwie, paradoksalnie swoją religijną żarliwością onieśmieliłby pewnie niejednego „praktykującego katolika”. Zresztą, niech każdy sprawdzi sam: „Jezus to najbliższy mi z ludzi, to mój brat w cierpieniu, pozbawiony jakiegokolwiek zła. Ja przynajmniej go w nim nie dostrzegam. Żeby wszystko było jasne, nie chodzi mi o Chrystusa taniej wiary z Pasji Mela Gibsona - superherosa, przed którym szatan umyka w mysią dziurę, ale o Jezusa samotnego, opuszczonego. Również przez Boga. Mam do niego pretensję, że najpiękniejszego z nas posłał na śmierć. Ale z drugiej strony, gdyby Bóg go nie posłał, to człowiek nie otwarłby się na cierpienie, ból, upadek drugiego pod biczem losu”.
Wywiad jest dostępny także w Internecie.
Adam Hornung
3 komentarze:
Mikołejko twierdzi, że w wierze brak nam zmagania się z Bogiem, zamiast katolików-rytualistów potrzeba nam heretyków, a tymczasem Benedykt XVI pracuje nad daleko idącymi zmianmi w liturgii... Twierdzi on, że "posoborowa liturgia jest zainfekowana" i "za mało w niej sacrum". W konsekwencji więc
"cierpi na tym świętość, sakralność liturgicznego misterium, a tym samym gubi się prawda, że liturgia jest Bożym darem, który trzeba z należnym szacunkiem przyjmować, a nie manipulować nim."
Więcej o planach Benedykta XVI w najnowszym Tygodniku Powszechnym.
W tym rozumowaniu jest chyba pewna pułapka.
Myśl, żeby użyć heretyków jako swego rodzaju trampoliny dla rozwoju i pogłębienia przeżywania i rozumienia wiary, jest dla mnie nawet nieco straszna.
Zgodzę się, że spór, dyskurs, wymiana myśli muszą prowadzić do refleksji i choćby nazwania pewnych stanów czy przeczuć. Najlepszą byłaby sytuacja, w której ludzie wierzący w Boga, sami starali się krytycznie spojrzeć na swoje działania, zastanowić nad sensem wiary, spróbować wniknąć w jej istotę, jednym słowem świadomie przeżyć. Czy do tego potrzeba heretyków - ludzi, którzy przecież błądzą, szukają i są w tym godni współczucia (nigdy - pogardy)? Pragnę zwrócić uwagę, że za ten "wojenny dyskurs" Francja i Niemcy zapłaciły wysoką cenę. Nie tylko w ludzkim życiu, ale i odejściu od wiary w Boga oraz w ateizmie równie płytkim jak niekiedy wiara u nas. Z tym, że łatwiej wierzącemu "powierzchownie" pogłębić swoją wiarę, niż ateiście do niej wrócić.
Warto dodać, że w wierze można całkowicie polegać na rozumie tylko do pewnego stopnia, dalej zaczyna się... wiara właśnie. Jak zaś dyskutować o rzeczach wykraczających poza rozum? Przecież nie da się prowadzić dyskusji tylko na poziomie rozumu o rzeczach nieracjonalnych.
Nawiązując do tytułu artykułu, nie sądzę, że potrzeba nam więcej heretyków, ale raczej więcej szczerze i mądrze wierzących, którzy tym heretykom mogą pomóc.
Janek Murawski
Nie miałem zamiaru prowokować światopoglądowych dyskusji na temat religijności Polaków, skoro jednak tak, się już stało to pozwolę sobie, Janku, odpowiedzieć na Twój zarzut.
Piszesz, że najlepiej byłoby gdyby ludzie wierzący sami potrafili krytycznie patrzeć na swoją wiarę i w ten sposób rozwijali się duchowo. Zgadzam się. Bardzo wielu katolików poważnie traktujących swoje uczestnictwo w Kościele tak zapewne czyni, problem dotyczy jednak pozostałych, którzy w dodatku stanowią większość.
Co do samej herezji to można ją rozumieć w sposób dwojaki: obiektywny albo formalny. Pierwszy dotyczy osób nieświadomie wykraczających poza naukę KK. Drugi to w pełni świadomy wybór drogi rozwoju religijnego niezgodny z wytycznymi Kościoła. Deklarowałem, krótką odpowiedź więc nie będę rozwijał wątku, herezji obiektywnej, która dotyczy zdecydowanej większości katolików w skutek ignorancji teologicznej. Głoszenie herezji, choć nie jest już, karane chłostą ani spaleniem na stosie to wciąż może skutkować ekskomuniką. Zgadzam się z Tobą Janku, że należy takim ludziom współczuć (nigdy pogardzać), ale należy im również podziękować za pewien ferment intelektualny, który prowokują. Jest on szczególnie cenny w kontekście Polski, której ponad dziewięćdziesiąt procent obywateli deklaruje przywiązanie do KK, ale jak pokazują sondaże tylko mała część posiada „jakieś” podstawy teologiczne. Wszystko co prowokuje do dyskusji na temat wiary, religii, duchowości jest dla mnie bardzo cenne i inspirujące. Zwykle rozmowa z niewierzącym na temat wiary pogłębia moją duchowość przez co zyskuje ona wymiar racjonalny. Taki widzę sens tytule „Potrzeba nam heretyków”.
Zgadzam się z Tobą, że nie o wszystkim można rozmawiać w sposób stricte rozumowy. W debacie teologicznej tak jak w naukach ścisłych dochodzi się w pewnym momencie do miejsca gdzie jest już tylko wiara (o czym mówił nam kiedyś prof. Meissner w: Kontakt, nr.9 „Przyszłość”).
Dzięki za głos.
AH
Prześlij komentarz