Dziś w warszawskiej katedrze odbyła się dziękczynna msza za ubiegłoroczną kanonizację arcybiskupa warszawskiego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Kazanie wygłosił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Józef Michalik. Pewną rozrywką dla wszystkich nieobecnych (w tym i dla mnie) może być porównanie streszczeń tej homilii, zamieszczonych na stronie KAI i portalu "Gazety Wyborczej". Już same tytuły mówią za siebie: "Św. abp Feliński był prawdziwym prorokiem" (KAI) i "Nie można karać za mówienie o morderstwie dziecka" ("GW"). Abp Michalik nie byłby sobą, gdyby nie nawiązał do niedawnego wyroku polskiego sądu w sprawie Alicji Tysiąc. "Gazeta" nie ma oczywiście obowiązku zgłębiania religijnego wymiaru kazania arcybiskupa, lecz robiąc to, co robi - sprowadzając je do kwestii sporu między Kościołem a państwem - wcale nie przyczynia się do ułatwienia rozwiązania tego sporu.
Nie zamierzam wdawać się w ocenę poszczególnych stwierdzeń abpa Michalika, którego sposób myślenia o Kościele i świecie jest zapewne nieźle wszystkim znany. Moja ocena byłaby równie przewidywalna, co zbyteczna. Dlatego jeden tylko cytat, który można i warto konstruktywnie rozwinąć: Każdy chrześcijanin "musi w pewnych momentach stwierdzić, że nie może milczeć". To prawda. W sytuacji, gdy człowiekowi (niekoniecznie mnie) wyrządzana jest krzywda, gdy stosuje się względem niego psychiczne i fizyczne formy opresji; w sytuacji, gdy całe grupy społeczne (niekoniecznie my) są prześladowane i wykluczane - chrześcijanin nie może milczeć. Gdy zabija się nienarodzone dzieci... I tu pojawia się fundamentalny dla mnie problem.
Abstrahując od filozoficzno-naukowego problemu "kiedy zaczyna się człowiek", chrześcijanin musi przyjąć do wiadomości istnienie ludzi, dla których człowiek nie zaczyna się od momentu poczęcia. W naszej kulturze medialnej przyjęły się dwie standardowe reakcje chrześcijanina na ten problem: (1) Sprzeciw posunięty do granic urzeczywistniania chrześcijańskiej metafizyki w prawie państwowym i wymieniania zwolenników aborcji w jednym szeregu ze zbrodniarzami hitlerowskimi; (2) Wycofanie się w sferę prywatną i uznanie wolności drugiego człowieka za wartość wyższą od życia dziecka, w którym ten dziecka nie widzi. Choć poniekąd bliżej mi do tej drugiej opcji ("cywilizacji śmierci"?), nie odpowiada mi taki zero-jedynkowy schemat.
Każdy chrześcijanin "musi w pewnych momentach stwierdzić, że nie może milczeć" - powiada abp Michalik. Ale pytanie, co mówi, gdy milczeć przestaje. Język nienawiści nie jest milczeniem, a nie stanowi adekwatnej odpowiedzi na coś, co rozpoznajemy jako zło. Niezależnie od sytuacji, chrześcijanin powinien mówić językiem miłości, językiem konstruktywnym, pozbawionym paniki i zapalczywości. Powinien mówić językiem szacunku dla każdego człowieka, nawet takiego, którego uważa za mordercę (choć w przypadku niewierzących kobiet dokonujących aborcji wydaje mi się to zbyt mocnym słowem). Niezależnie od wszystkiego, tylko taki język może być też językiem skutecznym. Tylko dzięki takiemu językowi Kościół może przestać być instytucją, względem której ludzie niewierzący pozostają skrajnie nieufni. Dla polskiego Kościoła to wyjątkowo trudne wyzwanie. Rację miał Krzysztof Śliwiński: błogosławione (szczęśliwe) są Kościoły funkcjonujące w krajach, w których chrześcijanie stanowią zdecydowaną mniejszość. Łatwiej im o język cierpliwej miłości.
Misza Tomaszewski
9 komentarzy:
Nie wiem czy miłość musi zawsze przyjomwać postać cierpliwego, łagodnego dialogu. Ta sama miłość, właśnie z powodu swojej mocy i wewnętrznej siły, czasami zakłamałaby samą siebie nie będąc mową z mocą. Jedno pozostaje wspólne: będzie mową budującą. Istnieje też język miłości cierpiącej, która widzi jak to, co najcenniejsze jest niszczone. Nie wiem, na ile w taką ramę wpisuje się to, co mówł abp Michalik. Wiem, że język konstruktywnej, niezapalczywej, niespanikowanej rozmowy nie jest jedyną opcją. Nie oznacza to, że może być niekonstrukywny, zapalczywy i spanikowany. Nie ma tu prostego przeciwieństwa, ale całe spektrum, również mocnych, sposób mówienia.
Wydaje mi się, że ów filozoficzno-naukowy problem "kiedy zaczyna się człowiek", nie jest czymś, od czego da się tutaj abstrahować. Cały ten problem jest kompleksowy, i podejście do kwesti języka, wyznaczone będzie przebiegiem rozumienia tego, czego ten problem dotyczy. Jak zwykle chodzi o principia.
Dzięki Ci za ten komentarz. Piszesz, że język nie może abstrahować od istoty problemu. Zasadniczo się z tym zgadzam, ale tu dotykamy problemu jeszcze bardziej fundamentalnego, który poruszymy zresztą w następnym "Kontakcie": Czy wolno nam narzucać innym ludziom własne poglądy ontologiczne (np. czy zarodek jest, czy nie jest człowiekiem), niekoniecznie rozstrzygalne na gruncie nauki, a co za tym idzie - dyrektywy moralne? Nie mam na to pytanie prostej odpowiedzi.
W tej sprawie nie chcę się wypowiadać, ale polecam ciekawy artykuł Artura Bazaka. Oczywiście poglądy przeciwne do poglądów Miszy:
LINK
A tu przekonująca ocena wyroku polskiego sądu w sprawie Alicji Tysiąc dokonana przez Zbigniewa Nosowskiego (5 marca 2010). Pozostaje dla mnie otwartym pytanie, czy sąd ukarał "Gościa Niedzielnego" za nieposługiwanie się językiem miłości (co byłoby niezrozumiałe), czy jednak za posługiwanie się językiem nienawiści.
To faktycznie problem jeszcze bardziej fundamentalny. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na to, jakie pole do dyskusji otwiera pytanie: "Czy wolno nam narzucać innym ludziom własne poglądy ontologiczne niekoniecznie rozstrzygalne na gruncie nauki, a co za tym idzie - dyrektywy moralne?" Pojawia się tutaj kilka kontekstów, które stanowiąc ukryte tło takiego pytania, mogą zakryć inne horyzonty rozumienia. Po pierwsze, pytanie takie odwołuje się do koncepcji autonomii i samodzielnego rozeznawania moralnego – tak istotnego dla nowożytnej świadomości, np. dla liberalizmu. Indywidualistyczna koncepcja człowieka, autonomii postępowania, choć zawiera ogromne pokłady głęboko chrześcijańskiego myślenia, wchodzi w pewne nieuniknione napięcia np. z koncepcją odpowiedzialności, misyjnej posługi kościoła, czy zwłaszcza z tymi momentami doktryny chrześcijańskiej, dla której tak wyratykułowany indywidualizm, jest pojęciem zewnętrznym, choć niekoniecznie wrogim. Tu chodzi o wysiłek porozumienia między danymi nam w tradycji artykulacjami wiary, a nowożytnością, który jak sądzę jest wciąż przed nami. Po drugie, troszkę bałybym się nazywać etyczne nauczanie Kościoła „poglądem ontologicznym”. Znów dlatego, że, abstrahując (przynajmniej tu) od prawdziwości tej nauki, nazwanie jej poglądem, jest nazwą wobec niej zupełnie zewnętrzną. Ta nauka, niezależnie od swej prawdziwości, wewnętrznie posiada strukturę przekraczającą „pogląd”. Dla Kościoła, to nie kwestia mniemania, ani poglądu, ale prawdy, zapośredniczona przez interpretację objawienia – a wiec czegoś zewnętrznego i otrzymanego, a nie tylko prywatnego i wewnętrznego, jak „pogląd”. Nawet jeśli się z nią nie zgadzamy, to postawienie wobec niej pytania o stosowność „narzucania poglądów” troszkę chyba mija się z jej wewnętrzną intencją i utrudnia rozumienie, każąc mówić o niej w języku wobec niej zewnętrznym. Po trzecie, dlaczego nauka – rozumiem że chodzi tu o nauki przyrodnicze - pojawia się jako instancja rozstrzygająca o takiej kwestii? Znów: na razie chodzi tylko o to, na ile język posługujący się pojęciami jak „dyrektywa moralna” jest w ogóle w stanie spotkać się z językiem Kościoła?
Podsumowując: na razie chodzi mi tylko o uważność w dyskusji. Pytanie, tak jak je postawiłeś, od razu chyba skazuje nas na rozmowę w języku, którego pochodzenie ginie w mroku, a stosunek do języka i rozumienia Kościoła, nie jest do końca wyjaśniony. Być może, zanim na te pytanie odpowie się wprost, trzeba by cofnąć się o krok, o zastanowić się jakie horyzonty otwiera takie postawienie pytania.
Jedna autouwaga: dałem się zwieść językowi. Najpierw mówie że nie da się abstrahować o ważności tej kestii, a podem sam wydaję się sugerowac coś podobnego. Przepraszam. Moja wina. Podrzymuje to co powiedziałem w pierszym komentarzu. W drugim, chodziło mi o to, że na początku dyskusji, choć nie bez związku uznania prawdziwości nauki, istnieje jeszcze problem tego, jak probujemy się porozumieć i zrozumieć to, co mówi drugi.O to, co niejako poprzedza dyskusje. W całości wysiłku rozumienia, uważam dalej że nie da się zupełnie odciąć od uznania za prawdę tego, co mówi drugi. Proszę o wyrozumialość
Dzięki! Obiecuję odpowiedzieć w przyszłym tygodniu, jak tylko oddam rozdział mojej pracy magisterskiej.
Długo zeszło. Ale dodać chciałem właściwie tylko jeden krótki komentarz. Rozumiem, że z perspektywy Kościoła jego nauka nie jest oczywiście poglądem, lecz interpretacją prawdy objawionej. W perspektywie demokratycznej nauka ta staje się jednak poglądem, lepiej lub gorzej uargumentowanym i uwiarygodnionym za pomocą postawy. Naszą rolą nie jest narzucanie innym tej prawdy jako prawdy i domaganie się, by przez wszystkich jako prawda została uznana, lecz taki sposób jej głoszenia i takie świadectwo własne, który zwiększyłby jej moc w oczach innych ludzi. W perspektywie demokratycznej światopogląd chrześcijański jest tylko światopoglądem, ale to wcale nie znaczy, że wszystkie światopoglądy są sobie równe.
Prześlij komentarz