poniedziałek, 7 marca 2011

Czarny Czwartek - recenzja


Nie chciałem tego oglądać. Widok krwi tryskającej z piersi mężczyzny dzierżącego w rękach polską flagę nie był zachęcający. Powiedziałbym nawet, że plakat promujący film „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł” traktujący o tragicznych wydarzeniach grudnia 1970 roku po prostu krzyczy, żeby omijać dzieło Antoniego Krauzego z daleka.

Skusiła mnie jednak pozytywna recenzja w „Gazecie Wyborczej”. Pomyślałem, że dam się pozytywnie zaskoczyć i w tłusty czwartek wybrałem się do kina.

I rzeczywiście, początek niczego sobie. Portret rodziny Brunona Drywy, wokół której zbudowana jest cała opowieść, jest przekonujący. Role rodziców dobrze zagrane, a nadzieje i problemy młodego pracownika stoczni gdyńskiej wydają się być bardzo prawdziwe.

Zanim puszczę pianę z ust, napiszę jeszcze kilka słów o tym, co było dalej. Drywa jest całkowicie apolityczny. Nie przychodzi mu nawet do głowy zaangażować się w działania strajkujących przeciw grudniowej podwyżce cen żywności robotników. Gdy śladem stoczni im. Lenina w Gdańsku, stanęła także stocznia gdyńska, Drywa cieszył się, że ma kilka dni wolnego. Jedynym zmartwieniem jego i żony wydaje się być to, czy drożyzna pozwoli im normalnie spędzić święta Bożego Narodzenia. I słusznie. Większość z nas odczuwałaby tę sytuację podobnie jak on.

Strajki trwają na całym wybrzeżu. Budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku płonie. Milicja rozgania strajkujących i pałuje często przypadkowych przechodniów. Największy dramat rozegrał się 17 grudnia. Dzień wcześniej władze partyjne wydają sprzeczne komunikaty: z jednej strony nakazują wrócić ludziom do pracy, a z drugiej obsadzają stocznie wojskiem i Milicją. I tutaj wraca do akcji Drywa, który podobnie jak tysiące innych usłuchał wezwania i jak co dzień wyruszył bladym świtem do stoczni. Widząc zbliżających się ludzi wojsko otworzyło ogień. Padają zabici i ranni. W tym filmowy Brunon Drywa.

Rozumiem, że „Czarny Czwartek”, film fabularny nie tyle oparty na faktach, co w wielu punktach je rekonstruujący, ma w możliwie przystępny i pociągający sposób przedstawić widzom tragiczne wydarzenia grudnia 1970 roku. Film Krauzego jest niby rzetelny. Jest w nim pokazanych wiele szczegółów nie znanych szerszej publiczności, takich jak to, że zastosowano blokadę informacyjną, czy że starano się przesiedlać rodziny ofiar, aby nie przypominały sąsiadom o niedawnej tragedii. Jest w nim oczywiście o podwyżkach. Jest o strajkach. No i jest o strzelających i poległych.

A teraz piana: „Czarny Czwartek” wypłyca historię. W żaden sposób nie pochyla się nad tym dlaczego doszło do podwyżek. Nie próbuje zgłębić sensu rozgrywającej się wówczas w partii walki o władzę i zamieszania informacyjno – kompetencyjnego, które doprowadziło do masakry. Nie, to by było dla widzów za trudne. Ot, zebrali się panowie z Biura Politycznego PZPR i w obawie przed ruskimi rozkazali strzelać do ludzi na ulicach. Oglądający nie musi zrozumieć mechanizmów, ma zapamiętać efekt.

I zapamięta, bo mniej więcej od połowy film jest taki, jak reklamujący go plakat: tonie we krwi. Kamera namiętnie pokazuje zbliżenia rozszarpanych przez kule głów i brzuchów. Gdy ranny został Milicjant, reżyser zadbał żebyśmy mogli dokładnie obejrzeć mięsną galaretę, w którą zamieniła się jego dłoń. Obraz reżyserowany przez Krauzego mógłby konkurować ogromem pokazywanego okrucieństwa chyba tylko z „Teksańską masakrą piłą łańcuchową”, amerykańskim hitem sprzed lat. Wylanie nadmiernej ilości sztucznej krwi wywołało u mnie tylko znieczulicę i niesmak, a przyznam że zazwyczaj wzruszam się do łez czytając o bohaterskich wyczynach demokratycznej opozycji.

„Czarny Czwartek” to film słaby, po linii najmniejszego oporu uderzający w najprostsze ludzkie emocje. Uważam jednak, że ma jeden niezaprzeczalny atut. Otóż w czasie gdy PRL stał się modny, kiedy w zbiorowej pamięci obraz komunizmu zaczyna być wyłącznie odbiciem pociesznych filmów Barei, propagandowy film dobitnie pokazujący, że miniona epoka nie była taka do końca zabawna, może wydawać się potrzebny. „Czarny Czwartek” idealnie wpisuje się w te założenia. Nie jestem tylko pewien, czy powinno to satysfakcjonować jego twórców - w końcu kronika filmowa donosząca o pladze stonki ziemniaczanej miała nam obrzydzić kapitalizm na zawsze.

Cyryl Skibiński


PS. Gorąco namawiam, żeby nie oglądać „Czarnego Czwartku”, ale gdyby ktoś był ciekawy co właściwie wydarzyło się na wybrzeżu w grudniu 1970 roku, polecam artykuł na Wikipedii. Oszczędność czasu, nerwów i pieniędzy, a obraz pełniejszy.

Brak komentarzy: